Tym razem śmiertelnie poważnie, a więc jednocześnie powieje nudą.
Rafał Ziemkiewicz, dając - moim zdaniem - słuszną diagnozę obecnej sytuacji politycznej i wskazując na jej genezę, stwierdził zarazem, że "Polska jest najważniejsza" po niezbyt udanym starcie poszła po rozum do głowy, a zmieniając taktykę, może w przyszłości liczyć na sukces. I z tą ostatnią opinią nie zgadzam się w sposób zdecydowany. Nie dlatego, że kieruję się emocjami, ale dlatego, że inaczej oceniam polityczne realia.
Ma rację Ziemkiewicz, gdy pisze, że PiS może dojść do władzy tylko i wyłącznie wówczas, gdy uda mu się zgarnąć całą pulę, a na to się nie zanosi. Szanse "Polski, która jest najważniejsza", mają polegać na przyciągnięciu do swego rydwanu niezadowolonych z PO i rozczarowanych, w taki czy inny sposób, metodami, ale również dotychczasowymi wynikami PiS-u. Teoretycznie jest to wnioskowanie bez zarzutu, zastanawiając się jednak nad nim głębiej, ogarniają nas wątpliwości.
Przypatrzmy się zatem tym teoretycznym możliwościom "Polski, która jest najważniejsza". Twardego elektoratu PiS-u nie jest ona w stanie naruszyć, co do tego nie może być sporu. Mało prawdopodobne, by stało się to wówczas, gdyby na miejscu Kaczyńskiego znalazł się inny lider. Na to się zresztą także nie zanosi. Twarde elektoraty każdej partii są elektoratami ideowymi, twardy elektorat PiS-u odbiera "Polskę, która jest najważniejsza", jako twór w gruncie rzeczy bezideowy. A reszta potencjalnych wyborców? Dla tych, których motorem wyobraźni jest nienawiść do PiS-u, zaaprobowanie "Polski, która jest najważniejsza", oznaczałoby próbę posługiwania się argumentacją pozbawioną emocji, a to wydaje się po prostu niemożliwe. Migalski, Jakubiak, Kamiński i Bielan, te cztery postacie może w sposób szczególny, zawsze będą się wspomnianej grupie kojarzyć z "pisiorstwem", "pisuarami" czy tego rodzaju epitetami, którymi się ona z lubością posługuje. Jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi, dla tej grupy wyborców PiS-owscy renegaci są nie mniej niewiarygodni jak dla twardego elektoratu Kaczyńskiego. A poza tym ich nienawiść do PiS-u PO kanalizuje w tak idealny sposób, że żadna zmiana nie jest ani konieczna, ani potrzebna.
Wyborcy sceptyczni lub zgoła niechętni Kaczyńskiemu, którzy zawiedli się lub wkrótce zawiodą się na PO, także nie zasilą masowo poparcia dla "Polski, która jest najważniejsza". Ci, którym ciągle bliżej do PO, nie potrzeba atrapy, przy czym to niezbyt uprzejme określenie wcale nie musi oznaczać prób dezawuowania "Polski, która jest najważniejsza". To nowe ugrupowanie może być dla tych wyborców sojusznikiem PO w przyszłym parlamencie, ale nie sądzę, by w wyborach odebrało głosy partii Tuska. Bo co też atrakcyjnego może "Polska jest najważniejsza" tej grupie zaproponować, coś, co swą atrakcyjnością przewyższy ofertę PO? Załóżmy, że ta grupa wyborców jest odporna na socjotechnikę, która w wydaniu PO także za bardzo jej nie odpowiada. Co zatem mogłaby zaproponować "Polska, która jest najważniejsza", co w warstwie merytorycznej prześcigałoby PO, a jednocześnie nie byłoby kalką, choćby wytartą czy zamazaną, PiS-u? Jednego okienka w urzędach przecież nie zaproponuje, pakietu dla przedsiębiorców, wolne żarty? Ulepszenia polityki zagranicznej? Iluż z grona wspomnianych wyborców to interesuje? A tych, których interesuje, zadowoli Sikorski, w przeciwnym razie popieraliby PiS. Uczciwszego państwa? To akurat, gdyby się do tego postulatu za bardzo przywiązać, mogłoby wręcz działać jak płachta na byka. W takim razie co pozostaje? Budowa autostrad, dróg, mostów? A dlaczego sami tego nie robili, gdy PiS rządził? - zapyta, jak sądzę, niejeden z wyborców. Poza tym nie zapominajmy, że niemerytoryczne rządy PO odzwyczaiły "szarego wyborcę" od jakiejkolwiek merytoryczności. Wygaszenie wojny polsko-polskiej? Rolę strażaków wystarczająco skutecznie od dawna gra PO. Jeśli zaś komuś zależy na partii skupiającej w swych szeregach różne nurty, różne nurty "Polski, która jest najważniejsza", są niczym przy różnych nurtach PO.
Jest jeszcze jeden, za to poważniejszy problem, który wyraźnie będzie utrudniał "Polsce, która jest najważniejsza", osiągnięcie sukcesu. Krytyka poczynań rządu, oczywiście, konstruktywna krytyka tych poczynań - to sidła, w które bardzo łatwo wpaść niechcący. Media przyzwyczaiły (można użyć określenia bardziej dosadnego, ale nie o to przecież w tej chwili chodzi) wyborców do postrzegania wszelkiej krytyki poczynań PO jako przejawu podjudzania wojny polsko-polskiej. Jak, chcąc zakończyć tę wojnę, krytykować rząd, nawet gdyby była to krytyka konstruktywna? Media tak długo będą wspierać "Polskę, która jest najważniejsza", jak długo służyć to będzie osłabianiu PiS-u. Gdyby miało służyć osłabianiu PO, skończy się jak w przypadku "Ruchu Poparcia". Ziemkiewicz już dawno temu nie zgadzał się z tezą, że poprzednie wybory parlamentarne PiS przegrał z powodu mediów, z czym w jakiejś tam mierze można się zgodzić, ale niedostrzeganie czy niedocenianie ich oddziaływania grozi zaciemnieniem nie tylko polskiej sceny politycznej, ale również ewentualnych preferencji wyborczych. NIe trzeba bardziej wyuzdanych intelektualnie argumentów, wystarczy obserwacja kariery Stefana Niesiołowskiego oglądanej przez pryzmat mediów elektronicznych. Liczy się wyłącznie prawda etapu.
A jeśli zapomnieć o krytyce, a spojrzeć na współdziałanie z PO, cóż dostrzeżemy? "Koalicję" w sprawie finansowania partii politycznych. "Koalicję" z premedytacją wymierzoną w PiS. Jak przyjmuje to wyborca, który nie zamierza głosować na PiS? "Polska jest najważniejsza" byłaby lepszym koalicjantem dla PO w przyszłym parlamencie, ale głosu na nią nie oddam. Dlaczego? Przecież to tak łatwo odgadnąć.
I jeszcze jedno, już na koniec. Gdyby "Polskę, która jest najważniejsza", tworzyli politycy mniej znani, wówczas może byłoby jej łatwiej. Chodzi jednak o to, że ludzie niechętni PiS-owi zawsze będą pamiętać zachowania i sposoby argumentacji Elżbiety Jakubiak, Marka MIgalskiego czy Michała Kamińskiego, gdy bronili racji Kaczyńskiego. Nikt z nich nie czynił tego, nazwijmy to, w sposób nadmiernie umiarkowany. Tego umiarkowania zabrakło też w pierwszych dniach rodzenia się stowarzyszenia, zmieniła się jedynie perspektywa. Umiarkowanych wyborców, tych, których ani nie przekonuje Tusk, ani nie przekonuje Kaczyński, nie przekona również - jestem tego niemal pewien - "Polska, która jest najważniejsza", której twarzami stali się wymienieni wyżej politycy. Na ekstremalny elektorat PO, o którym wspominałem, działają jak zły sen, na wyborców umiarkowanych jak memento. Złowrogie memento.
To, co napisałem, dotyczy rozważań na temat ewentualnych szans na stworzenie alternatywy i dla PO, i dla PiS-u. Nie dotyczy zgadywanki, czy "Polska jest najważniejsza" przekroczy próg wyborczy.



Komentarze
Pokaż komentarze