Wciąż (zaraz tam wciąż! od wczoraj) odbieram wezwania i ponaglenia, przychodzące różną drogą, bym wreszcie skończył z pisaniem o sobie. O sobie to mogą pisać inni - lepsi, poczytniejsi, mający więcej do powiedzenia, mądrzejsi i zdolniejsi. Tacy jak ja powinnni, jeśli już koniecznie muszą, choć przecież wcale nie muszą koniecznie, pisać o innych. Mogą pisać o nich poważnie, a więc bez żadnych tam wygłupów, pisać krótko, bo żeby pisać obszerniej, trzeba mieć coś do powiedzenia, i pisać optymistycznie. Żadne tam załamywanie rąk, rozdzieranie koszul, podkoszul czy halek (jeśli ktoś nosi halki), oskarżanie wszystkich o wszystko. Nic nie zastąpi nam optymizmu, powiedziano mi, optymizm czyni nas zdrowszymi, weselszymi i bogatszymi. No, a jeśli czyni nas bogatszymi, któż nie chciałby być bogatszy! Ja chciałbym. Bardzo chciałbym. Dlatego ten wpis będzie optymistyczny, poważny i krótki.
Iluż to malkontentów rozpisywało się o lenistwie rządu, który rzekomo nic nie robi, tylko wpatruje się w sondaże i boksuje niekonstruktywną opozycję. Ileż w tych opiniach było jadu, ileż sarkazmu, ileż braku empatii. Tego ostatniego słowa długo nie znałem, poznałem jakiś czas temu, gdy red. Olejnik wyjaśniła, że empatia to współczucie. Pozazdrościłem jej erudycji i, nie ukrywam, że z pewnym trudem, zapamiętałem. To tylko taka dygresja, wracam do sedna. Atakowano rząd, ale najbardziej atakowano premiera. Było mi go żal. Niepotrzebnie, premier sam umie się bronić.
Okazało się, drodzy malkontenci, że premeir wcale nie uchylał się przed odpowiedzialnością, nie unikał wysiłku, nie lekceważył problemów, przed którymi stanęła nasza "zielona wyspa". Premier po prostu obserwował. I co, łyso wam, wam, wam, malkontenci. Przejąć władzę i od razu brać się do roboty, to może każdy kretyn albo każda kretynka (wspominam o tym, żeby uwolnić się od podejrzenia, że lekceważę założenia feminizmu). I co wychodzi z takiej pracy? Nic, bo nagle, to po diable. Robimy, robimy i robimy, chociaż jeszcze nie wiemy, co powinniśmy zrobić. Premier tego podstawowego błędu, który popelniają wszyscy nieudacznicy, szczęśliwie uniknął. Szczęśliwie, bo uniknął, ale nie uniknął go z powodu zwykłego szczęścia, tylko z powodu zadumy nad kondycją państwa.
Premier się zadumał ... Inny na jego miejscu dumałby przez kwartał i znalazłby się w punkcie wyjścia, bo cóż też można wydumać przez kwartał!? Premier się zadumał, dumał przez trzy lata, ale w końcu wydumał. I to jeszcze jak wydumał. Doszedł do wniosku, że nie będzie żadnej rewolucji. Słusznie, każdy, kto pamięta rewolucje, wie, że nic dobrego z nich nie wychodzi. Ja nie pamiętam, ale często opowiada mi o nich Róża Luxemburg. Nie są to opowieści pokrzepiające. Tego zagrożenia, tej pułapki premier uniknął.
Gdy już wszystko przemyślał, ruszył z ofensywą. W podręcznikach historii napiszą o niej ofensywa jesienno-zimowa. By lepiej widzieć grozę sytuacji, przeniósł się do sejmu. Już się wydawało, że te przenosiny niczemu nie służą, gdy niespodziewanie gruchnęła wieść, że premier nawet tam, używając wyłącznie pokojowych środków, potrafił zaprowadzić porządek. Od dawna w gmachu sejmu nie było tak czysto, sprzątaczki nie tylko wykonują swoją powinność, ale zaczęły doradzać posłom. To premier je tak pobudził do działania, wychodząc ze słusznego założenia, że władza nie może się oderwać od społeczeństwa. Musi się wsłuchiwać w jego głos. Premier poszedł dalej (to taka metafora, bo premier nigdzie nie poszedł, dalej siedział w sejmie), unowocześnił system sprzątania i nakazał, by wszyscy posłowie w gmachu sejmu nosili kapcioszki. Wydaje się to jakieś takie mało widowiskowe z punktu widzenia reform państwowych, ale tylko z pozoru. Władza powinna przecież ułatwiać życie obywatelom. Skoro ułatwia życie sprzątaczkom, ułatwia nam wszystkim.
Publicznie premier ogłosił, że reformuje PKP, którą poprzednie rządy doprowadziły na skraj przepaści, a w tajemnicy przygotowywał od dawna zapowiadane cuda. Jeden z nich obserwujemy. Zima cofnęła swe groźne macki. Nieoczekiwanie przyszła odwilż. Nic tak nie służy kolejnictwu, jak dobra, nieoczekiwana, solidna odwilż. Dzięki niej, czyli dzięki premierowi, państwo zaoszczędziło górę pieniędzy, którą idioci chcieli wpakować w reformę PKP.
Dumając nad kondycją Polski, premier dostrzegł również inne nieprawidłowości. Dlaczego u nas w zimie na jabłoniach nie rosną jabłka? Gdyby rosły, bylibyśmy całoroczną potęgą sadowniczą. Ale nie rosną. Premier, który w takich chwilach przestaje być spokojny, walnął pięścią w stół, wezwał do siebie wszystkich najważniejszych sadowników i nakazał im zmianę niekorzystnej koniunktury. Ci zapewnili go, że od następnego roku jabłonie będą w Polsce dawać plony również zimą. Oto siła perswazji. Premier zamierza wielką reformą objąć też sektor wodny. Powodzie dokuczają nam w sposób wprost nieznośny. Wprawdzie Stefan Niesiołowski, stojąc na wałach, umie je zatrzymać, ale przecież nie może w nieskończoność stać na wałach, skoro ma też inne obowiązki. Od następnego roku w Polsce zostaną osuszone wszystkie rzeki. Czyli innymi słowy, Polska stanie się państwem bez rzek, ale zarazem państwem bez zagrożeń powodziowych. Tak, drodzy malkontenci, skoro inne państwa mogą się doskonale rozwijać bez dostępu do morza, my możemy się w ten sam sposób rozwijać bez dostępu do rzek. I znów wam łyso, jak sądzę. Podobnie proste rozwiązanie zreformuje służbę zdrowia. Minister Kopacz dostała wytyczne, by udać się na kurs do doktora Kaszpirowskiego. Po powrocie będzie mogła leczyć z ekranów telewizorów. Szpitale i ośrodki zdrowia zostaną przekształcone w muzea i skanseny. Miało być krótko, więc nie mogę pisać o wszystkim. Dlatego wspomnę tylko o orlikach. Od przyszłego roku orliki znajdą się przy każdym gospodarstwie domowym. To słuszna decyzja, jesteśmy bowiem społeczeństwem pozbawionym ruchu, a ruch daje zdrowie (będzie to też pewnego rodzaju ułatwienie dla pracy minister Kopacz). Wystawiamy telewizory przed gospodarstwa domowe, w telewizorach kaszpiruje nas minister Kopacz, a my ochotnie gramy w piłkę i jesteśmy zdrowi.
Tego sobie i Państwu życzę.



Komentarze
Pokaż komentarze (10)