Dlaczego tytuł jest taki długi? Po pierwsze dlatego, że ma dawać do myślenia. Ciekawe, komu da? Po drugie, traktuję to jako wprawkę literacką. Chcę przejść na emeryturę jako człowiek pióra. Taką mam fantazję. Że się nie nadaję? A czy będę osamotniony? Po trzecie wreszcie, dodałem do tego karpia coś jeszcze, żeby nie wydać się zanadto monotematyczny. To szkodzi sławie. Niektórym szkodzi, bo innym pomaga.
W pewnym programie telewizyjnym, którego nazwę przemilczę, politycy (oni nigdy nie wypoczywają) raczyli widzów swymi refleksjami. Dziś każdy dzieli się z każdym jakąś refleksją. Nie może się podzielić wrażeniem, spostrzeżeniem, przemyśleniem (to akurat może jestem w stanie zrozumieć), w ostateczności opinią - każdy chce być refleksyjny. Jakie czasy, takie refleksje. Goszczeni w studiu politycy chcieli się przeto (miało być "zatem", ale już kiedyś wspomniałem, że to "zatem" za bardzo mnie prześladuje, zatem teraz nie będzie "zatem") z widzami podzielić refleksjami. Podzielili się też ze mną. Dlaczego to oglądałem? W innej sytuacji bym nie oglądał, ale moja żona po niedawnej przygodzie z karpiem a wcześniej po przygodzie, mniejsza o tę drugą a właściwie pierwszą przygodę, bardziej zwracała uwagę na choinkę niż na mnie. Nie miałem wyjścia. Mimo desperacji wysłuchałem tylko strzępów refleksji, bo nie byłem w zbyt refleksyjnym nastroju. Kończąc zapoznawanie się z płynącymi do mnie refleksjami, nie wytrzymałem i też zdobyłem się na refleksję. Była to refleksja nieparlamentarna.
Ale ja tu tak ciągle o sobie, a w końcu kogo mogą obchodzić moje refleksje. Z przykrością i z oporami wracam do tematu. Jeden z polityków, który niedawno bawił na Bermudach, chodząc tam w bermudach (niewykluczone zresztą, że to tylko plotka, w końcu nie brak u nas złych jezyków), po wyrażeniu zdania o innym polityku, innego zdania tego polityka o tamtym polityku się zresztą nie spodziewałem, podzielił się refleksją o prezydencie. Refleksyjnie stwierdził, że prezydent od pewnego czasu zasługuje na miano prezydenta wszystkich Polaków. Ta refleksja zabrzmiała bardzo refleksyjnie, bo wywołała i u mnie refleksję. Zreflektowałem, że to już drugi prezydent, o którym można powiedzieć, że jest prezydentem wszystkich Polaków. Gdyby na tej telewizyjnej refleksji poprzestać, moje refleksyjne oglądanie nie zakończyłoby się refleksją nieparlamentarną.
Inny polityk, który w swym poprzednim, niepolitycznym wcieleniu był ..., nie zdradzę, nie zdradzę, bo chyba nie warto, ów inny polityk refleksyjnie opisał polityka, którego opisał poprzednik i którego niemal wszyscy politycy opisują strasznie refleksyjnie. Opisał go zgodnie z refleksyjną modą. Nic mu nie dodał, niczego mu nie ujął. Czy dlatego, że sam z siebie nie jest specjalnie refleksyjny, czy dlatego, że taka refleksyjność brzmi jak refleksyjność intelektualna, nie mnie oceniać. I tę refleksję jakoś, tak sądzę, bym zniósł refleksyjnie (z przyzwyczajenia), ale nasz polityk nie wytrzymał. Musiał podzielić się jeszcze jedną refleksją. Rzekł, że w jego domu w ogóle nie wymienia się nazwiska polityka, którego tak refleksyjnie opisał. W tym nie byłoby nic złego, w końcu być może nasz refleksyjny polityk mieszka w domu refleksyjnie niepolitycznym, w którym nazwisk polityków się nie wymienia. Chodzi jednak o to, że w tym domu nie wymienia się nazwiska tego konkretnego polityka z jakąś zapamiętałą konsekwencją. Domyśliłem się, ale mogłem się źle domyślić, bo zanadto domyślny nie jestem, domyśliłem się więc, że w domu naszego polityka nie wymienia się tego nazwiska z obawy, że podziała jak detonator bomby. I w tym dramatycznym momencie dzielenia się refleksją nie zdzierżyłem. Wychodząc z refleksją nieparlamentarną na ustach, usłyszałem jeszcze śpiewaną przez refleksyjnych polityków kolędę.
Po co o tym napisałem w dzień świąteczny? Bo to był taki świąteczny program.



Komentarze
Pokaż komentarze (14)