Łączy ich więcej, niż mogłoby się wydawać z pozoru. Pierwszy zaczynał skromnie, bo był skromnym, ale i młodym politykiem. Tę skromność można zresztą rozumieć na wiele sposobów. Ani w KLD, ani tym bardziej w UD/UW nie miał najmniejszych szans, by zaistnieć naprawdę. KLD było czymś w rodzaju Polskiej Partii Przyjaciół Piwa, tyle że pozbawionej ostentacyjnego wygłupu. Powagi, jako ugrupowanie polityczne, nie miało żadnej, co najlepiej widać z perspektywy lat. Pomijam w tej chwili wszystkie wstydliwe zakątki, o których w tym miejscu nie ma powodu wspominać. W partii największych intelektualistów i największych moralistów Tusk w ogóle nie miał czego szukać, bo gdyby liczył na uzyskanie eksponowanego stanowiska albo na szansę odgrywania eksponowanej roli, musiałby czekać do upadku partii. Tam role mądrych, mniej mądrych, średnio mądrych i mądrych inaczej zostały rozdane od samego początku i tego rozdania nic nie było w stanie zmienić. Tusk mógł być jedynie postrzegany jako polityk kulturalny, do cna uczciwy (te jego jeremiady o uczciwości w polityce, których nikt nie słuchał), nagrodzony synekurą bez znaczenia, ale to wszystko. W tych czasach Tusk był (pomijając, bo i to nie ma dla naszych rozważań znaczenia, problem zdolności, i tych ogólnych, i tych politycznych) tym, kim po latach stał się Rokita odsuwany na najbardziej boczny tor w PO.
Lepper zaczynał, pomijając okres PRL-u, o wiele bardziej malowniczo. Czy bardziej wówczas, czy bardziej dziś śmieszą migawki filmowe pokazujące jego metody, postulaty, zwolenników i jego samego, nie ma sensu rozstrzygać. Dla tej opowieści nie ma też znaczenia, czy był autentyczną pozaparlamentarną opozycją wobec wszystkiego, czy wykreowano go na pozaparlamentarną opozycję wobec rządów lewicy, opozycję zabawną i do pewnego stopnia straszną zarazem. Lepper oraz jego zwolennicy, i ci skupieni w Samoobronie, i ci oddający na nią głosy czy trzymający za nią kciuki, przy okazji mieli odgrywać rolę podobną do, nomen omen, trędowatego na kulturalnym przyjęciu ludzi z klasą. Taki Lepper, choćby porozbijał miliony traktorów, choćby lał po tyłkach miliony urzędników, choćby zdarł gardło, krzycząc, że Balcerowicz musi odejść, choćby wygadywał straszniejsze i głupsze rzeczy niż te, które wygadywał o całej ówczesnej elicie politycznej, pozostałby Lepperem w gumowcach. Na folklorze by się zaczęło i folklorem by się skończyło.
Droga Tuska, która miała go doprowadzić do celu, była drogą dłuższą. Rozbił partię, która wydawała się nie do rozbicia, założył (w jaki sposób też nas tu nie interesuje) nowe ugrupowanie, zaczął z tym ugrupowaniem głosić nowe, zdawałoby się bardzo chwytliwe hasła, sprawiał wrażenie (czy mu to do końca wychodziło, to już inna bajka) fajnego chłopaka i polityka, który nie tylko chce, ale być może wreszcie będzie mógł zrobić to, co z zapałem głosi. Na hasła PO dało się złapać bardzo wielu wyborców, a nawet bardzo, bardzo wielu wyborców, bo trzeba też liczyć tych, którzy zakochali się w pomyśle POPiS-u. Tusk jednak ani nie zyskiwał, ani specjalnie nie tracił jako polityk. Obserwatorzy sceny politycznej, czyli z grubsza rzecz ujmując my wszyscy, lubili go, a w każdym razie traktowali jako mało, w gruncie rzeczy, znaczącą postać sceny politycznej. I to mimo pozycji, jaką zajmował w swej partii. Pomijając twardy elektorat PO, a więc grupę ilościowo niezbyt liczną, nikt nie tylko nie odbierał Tuska jako muśniętego geniuszem, ale miał wręcz wątpliwości, czy jest on politykiem z prawdziwego zdarzenia. Przegrane przez niego wybory prezydenckie były tego najlepszym dowodem. Przy czym nie chodzi o to, że Lech Kaczyński był do nich wyjątkowo dobrze przygotowany, nie chodzi też o to, że sztab Tuska go nie docenił, chodzi o coś zupełnie innego. Tusk na tle swego rywala wydawał się kimś niemal bezradnym. Jeśli już był szefem bardzo dużej partii, było to sprawą wewnętrzną PO, ale nikt, jeśli tylko oceniał bez emocji, nie miał wątpliwości, że nie jest to materiał na prawdziwgo polityka, nie mówiąc już o mężu stanu.
A potem nastąpiły dwie metamorfozy, które zapoczątkowały "nowoczesność" w polityce. Pojawiły się dwa oblicza tej "nowoczesności". Lepper był pierwszy. Przestał być watażką, stając się wpasowanym w garnitur politykiem, który chce z innymi rozmawiać jak równy z równymi. Efekty pracy Tymochowicza (czy całego sztabu Tymochowiczów, nie ma to znaczenia) przerosły wszelkie oczekiwania. Wałęsa przez lata pozostawał sobą, z Lepperem dokonano cudu. Przestał być ludojadem dla pięknoduchów (oczywiście, nie dla wszystkich, ale to uproszczenie jest tu konieczne) i nie przestał być swojakiem dla dotychczasowych zwolenników, i tych czynnych, i tych biernych. Co w końcu zgubiło Leppera nas nie interesuje, interesuje nas to, dlaczego wysiłki Tymochowicza nie mogły zakończyć się trwałym sukcesem. Otóż dlatego, że za Lepperem nie stały media. Dlaczego nie stały też nie ma znaczenia. One mogły go aprobować, ale tylko chwilowo, wówczas, gdy np. był wygodnym narzędziem do atakowania PiS-u. W żadnej innej sytuacji nie miał szans.
Tusk jako szef najliczniejszej i najbardziej znaczącej partii opozycyjnej wobec rządów Marcinkiewicza i Kaczyńskiego, mimo że świadomie zaaprobował zepsucie dysputy politycznej, nie miał szans na odniesienie trwałego sukcesu. Przede wszystkim dlatego, że był sobą. Nieporadnym, pozbawionym pomysłów i wizji politykiem, który nie ma ani wystarczających kwalifikacji, ani możliwości, by porywać wyborców. W sztabie Kaczyńskiego (on sam w sposób może szczególny) zdawano sobie z tego sprawę, dlatego - m. in. dlatego - Kaczyński przegrał z nim debatę telewizyjną. Przegrał ją, bo go całkowicie zlekceważył. Nikt wówczas nie przewidział, że Tusk od dłuższego już czasu przepoczwarza się w motyla.
Na scenę weszli Tymochowiczowie PO. Z pozoru mieli łatwiejsze zadanie, bo w końcu Lepper był niegdyś osobą raczej mało, jak go oceniano, okrzesaną. Z Tuskiem takich problemów nie było. Natomiast były o wiele poważniejsza, trudniejsze do przezwyciężenia. Lepper zawsze był, jak to rozkosznie określają komentatorzy sportowi, walczakiem. Może dlatego, że od młodych lat boksował. Tuska trzeba było przeprogramować niemal całkowicie, wyzwalając to, co w nim zawsze było, nazwijmy to, kontrowersyjne, i hamując to, co było z punktu widzenia 'nowoczesnej" polityki największą słabością. Efekty oglądamy każdego dnia. Nie można było, co oczywiste, uczynić z Tuska prawdziwego polityka, uczyniono zeń jednak ulubieńca tłumów, który wygrywa wybory. Mentorem Tuska mógłby być jakiś stokroć zdolniejszy król marionetek od tego stojącego przy nim młodzieńca, ale na niewiele by to się zdało. Lepper nie mógł przetrwać dzięki mediom, Tusk dzięki nim trwa w najlepsze. I jeszcze jedno: z metamorfozy Leppera żartowano na prawo i lewo, metamorfozy Tuska nikt (wiadomo, kogo mam na myśli) dostrzec nie chce.
Jest to wspaniałe zwycięstwo manipulacji, bo tak wygląda współczesna polityka. Czy się to komuś podoba, czy nie.



Komentarze
Pokaż komentarze (7)