capa capa
416
BLOG

Stolica zostaje w Warszawie. Niestety

capa capa Polityka Obserwuj notkę 41

Konstruktywny krytyk moich notek (a co będę sobie żałował - moich wspaniałych, niepowtarzalnych notek), a zarazem moja największa blogerska podpora, przy tym sam zawołany bloger, bloger, ozdoba blogosfery, Vitus, nakrzyczy na mnie, że znów jadę na tym samym rumaku, ale trudno. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko jedno: o tym nie moża milczeć.

Niedawno, ale wówczas byłem jeszcze stosunkowo młody, wezwałem wszystkich rodaków do poparcia inicjatywy przeniesienia stolicy z Warszawy do Pułtuska. Uczyniłem to nie ze względu na chorobliwą megalomanię, ale dla dobra nas wszystkich, czyli altruistycznie. Otrzymałem w tej sprawie setki tysięcy (a może i więcej, w euforii na taki odzew nie liczyłem dokładnie) listów i telefonów z poparciem. Z najróżniejszych miejsc w Polsce. Nie wszyscy wprawdzie zgadzali się na Pułtusk, ale kazdego malkontenta przekonywałem listownie i telefonicznie. Kosztowało mnie to sporo wysiłku i pieniędzy (zastawiłem dom, żonę, chciałem dzieci, ale się nie udało, gdy spróbowałem zastawić siebie, najadłem się tylko wstydu), ale właściwie dopiąłem celu. Gdy już rzecz cała gotowa była do realizacji ... Wyobraźcie to sobie: cała władza w Pułtusku, Pułtusk naszym oknem na świat, cały świat, który chciałby nas poznać, też w Pułtusku - wizja marzenie. Gdy wszystko zmierzało do upragnionego celu, zaprotestowała Warszawa.

Nie zaprotestowali, rzecz jasna, mieszkańcy. Może dlatego, że czytają wytrawniejszych blogerów, może dlatego, że także zakochali się w Pułtusku, nie wiem. Nie oni jednak zaprotestowali. Nie zaprotestowały też władze państwowe. Te nie zaprotestowały z prostego powodu - Pułtusk uznały za idealne i poniekąd symboliczne (ale dlaczego symboliczne?) miasto stołeczne. Z takich władz możemy być dumni. Zaprotestował ktoś inny. Ktoś, o kim, muszę to przyznać z pokorą, muszę uderzyć się w piersi, zupełnie nie pomyślałem. Zaprotestowała pani prezydent miasta stołecznego. Obecnego miasta stołecznego.

Gdy tylko doszły ją wieści o planowanej zmianie (ona, niestety, też mnie nie czyta, ale w końcu jest tak zapracowana, że może nie mieć na to czasu), zmieniła się w lwicę. Zaryczała jak lwica, a ryk jej słychać było w całym magistracie. Mówiono później, że słyszano go również w Koluszkach. Zaryczała i powiodła magistrat na barykady. A magistrat stołeczny to prawdziwy legion. Nie ten rzymski, ten rodem z wieszcza. Taki legion może zmieść wszystko i wszystkich. Pani prezydent już chciała biec jak ta ślicznotka Wolność, która wiodła lud na barykady, ale ktoś przytomny odwiódł ją od tego zamiaru. Nie odwiódł jej jednak od poprowadzenia ludu magistratu na barykady. Symboliczne barykady, bo prawdziwych barykad, na szczęście albo na nieszczęście, nie stawiano. Pani prezydent powiodła magistrat na mosty stolicy. "Kto ma mosty, ten ma miasto" - krzyknęła ochoczo. Dobrze, że nie wybudowała tych mostów więcej, ale nie można też wykluczyć, że nie budowała ich właśnie z tego powodu. 

"Pułtusk! Niedoczekanie! - nadal krzyczała. Kto chce, niech idzie do Pułtuska, ale moja noga tam nie postanie. Jestem prezydentem stolicy, czy nie jestem? - pytała retorycznie. Możemy się przenieść do Krakowa, do Londynu, do Rzymu, ale do Pułtuska nie pójdę za żadne skarby. Skarby są po to, by eksponować je w odpowiednich miejscach. Albo ja, albo Pułtusk. Musimy działać z pozycji siły."

I podziałała. Magistracki legion, uzbrojony w co tam każdy miał pod ręką, ruszył w kierunku mostów, Jeden wziął spinacze, drugi długopis (broń czasami śmiercionośna), inny zabrał ze sobą przenośny wieszak, wszyscy zaś, bez wyjątków, zabrali biurowe fotele (kto chciałby stać na tych mostach, kiedy można sobie wygodnie posiedzieć). Gremialnie przysięgali, że nie oddadzą nawet jednego fotela, że nie pozwolą przenieść stolicy do Pułtuska, choćby mieli w zamian dostać wyższe uposażenie (złośliwi albo zazdrośni powtarzali później, że tej frazy przysięgi wcale nie było słychać), że nie opuszczą swej pani prezydent. Pani prezydent wydała zaś manifest skierowany do mieszkańców Warszawy, w którym zagroziła, że w razie oporu z ich strony każe przenieść Nike i Syrenę do piwnic i sama będzie stała na ich miejscu. W dni parzyste jako Syrena, w pozostałe jako Nike. Zdecydowanie przy tym odrzuciła prośby niektórych doradców, którzy próbowali namówić ją, by raczej zastąpiła Zygmunta III.

Pospolite ruszenie, które prowadzili mieszkańcy Pułtuska, pewne łatwego sukcesu, po dojściu do mostów od drugiej strony, stanęło i znieruchomiało. Wszystkiego się bowiem spodziewano, ale nie tak perfekcyjnie zorganizowanego oporu. Najbardziej wojowniczy przedstawiciele ruchawki, którzy wcześniej ślubowali, że nic im nie przeszkodzi w przeniesieniu magistratu stołecznego do Pułtuska, także stracili zapał, gdy pani prezydent przez megafon ostrzegła, że jako broni ostatecznej użyje śniegu. A że śniegu ci u niej było dostatek, wcześniej profetycznie zakazała jego usuwania (a malkontenci mówili, że go usunąć nie potrafi), najbardziej zagorzałym zwolennikom Pułtuska opadły ręce. 

Sprawa Pułtuska upadła, co odbieram jako osobistą klęskę. A zwycięska pani prezydent, nauczona doświadczeniem, powiększyła ilość foteli w magistracie. Oczywiście, foteli zajętych. Stołeczny magistrat stał się podwójnym legionem. Nie legionem rzymskim, rzecz jasna, ale legionem wieszcza. Tego i wieszcz nie byłby w stanie wywieszczyć.       

capa
O mnie capa

"Jestem jak harfa eolska, która wyda kilka pięknych dźwięków, ale nie zagra żadnej pieśni."

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (41)

Inne tematy w dziale Polityka