capa capa
574
BLOG

Kurica nie ptica

capa capa Polityka Obserwuj notkę 27

Siedziałem spokojnie w domu, rozwiązując krzyżówkę (tak sobie pomyślałem, że skoro czynią to utytułowane osoby, spróbuję i ja), bez większego zresztą powodzenia, gdy nagle zadzwonił telefon. Chyba powinno być: usłyszałem telefon, bo co innego może robić telefon - tylko dzwonić lub nie dzwonić. Z tym językiem polskim są same trudności. Gdybym znał jakiś inny, pisałbym w innym. Mój telefon najpierw stał spokojnie, a potem nieoczekiwanie zadzwonił. Podskoczyłem. Tym, którzy zaszczycają mnie swymi odwiedzinami, nie muszę specjalnie tłumaczyć, dlaczego podskoczyłem. Innym tłumaczyć nie będę, bo i tak mnie nie odwiedzają. Czasem zadaję sobie pytanie, kto na tym bardziej traci, i zaraz - zgodnie z prawdą - odpowiadam: bardziej tracę ja. I muszę z tym żyć. Ale co to za życie? Czytelników przepraszam, nie mogę opanować gadulstwa, nie kontroluję bombardujących mnie dygresji - w sumie jestem trochę żałosny. Podskoczyłem, bo przypomniałem sobie, jakimi upokorzeniami kończyły się inne nieoczekiwane telefony. Skromność (mówię, oczywiście, o sobie) została jednak nagrodzona.

Dzwoniono do mnie ze sfer rządowych. Jak to brzmi! Jak to upaja! Jak to dodaje pewności siebie! Nie będę się zresztą przechwalał, bo stracę i Was. Telefon był z wysokich ... dobrze, prawda jest najważniejsza ... z najwyższych sfer rządowych. Osoba, z którą rozmawiałem, przedstawiła się, rzecz jasna, bo jest dobrze wychowaną osobą, ale jej nazwiska nie wyjawię, żeby ktoś sobie jednak nie pomyślał, że zanadto się przechwalam. Osoba ta uprzejmym głosem zapewniła mnie, że będzie mówić w imieniu doradców pana premiera. Usłyszawszy to, omal nie oblałem się herbatą. A właściwie trochę się oblałem i później dość długo wyglądałem głupio, ale zostawmy moje spodnie w spokoju. Wiem, że największe sławy blogosfery piszą nie o takich sprawach, ale co wolno wojewodzie ... Znów, nieświadomie, odbiegam od tematu, dobiegam zatem, świadomie, do tematu.

Mój rozmówca zawiadomił mnie, że do uszu doradców premiera doszły wieści, że jestem (tzn. ja, Wasz skromny sługa, jestem) znakomitym znawcą polityki i praw nią rządzących. Nigdy tak o sobie nie myślałem, ale słysząc to, pomyślałem sobie, że może za rzadko o sobie myślę, że może po prostu jestem zbyt skromny, że powinienem o sobie też myśleć, że jestem znakomitym znawcą polityki i praw nią rządzących. I tak sobie, słysząc ten zasłużony komplement, pomyślałem. I swą myśl wyraziłem głośno. W tym samym momencie pomyślałem, że przesadziłem z odwagą i zadufaniem, że mój miły rozmówca rzuci słuchawkę, ale on rzekł, że cieszy go rozmowa z mężczyzną znającym swą wartość. Komplementował mnie dłużej w najlepsze, a ja dalej oblewałem się herbatą.

"Chcielibyśmy spytać pana o radę" - usłyszałem po chwili.

"Służę" - odpowiedziałem. Dopiero po tym "służę" uświadomiłem sobie, w co się pakuję, ale herbata już się wylała.

"Pan premier przywykł do wszelkiego rodzaju pochwał ..." . No, ja myślę - pomyślałem, ale swą myśl zachowałem dla siebie.

" Do pochwał wygłaszanych przy najróżniejszych okazjach, ale ostatnio zaczął mieć pewne wątpliwości. Byłbym zapomiał, naszą rozmowę nagrywamy, bo uważamy, że każde wypowiedziane przez pana słowo nie może umknąć uwadze. Myślę, że to panu nie przeszkadza?"

"Skąd znowu - odpowiedziałem. Skoro już zabrnąłem tak daleko, brnąłem dalej. - Mam głos podobny do Junoszy Stępowskiego, więc myślę, że przyjemność będzie podwójna."

"Do Jaremy Stępowskiego? Nie zauważyłem, proszę wybaczyć." 

Kretyn - pomyślałem, ale nie chciałem być niegrzeczny, poprosiłem go więc, żeby przeszedł do konkretów.

Okazało się, że premiera zaniepokoiły komplementy, jakie do niego doszły w związku z jego reakcją na raport MAK-u. Premier zdaje sobie sprawę, że czym innym są opinie dziennikarzy, którym nie pozabierano programów, i ich reakcję przyjmuje ze spokojem. Nie jest jednak pewien, czy to samo może myśleć o komentarzach ekspertów. Co ma sądzić, gdy słyszy, że swym postępowaniem utrwalił wizerunek męża stanu, polityka uprawiającego politykę przez duże "P", że nie ulega emocjom, że znalazł złoty środek, że swym postępowaniem stwarza dalsze możliwości działania, że zachowuje polityczny dystans, nie ulega psychologicznym naciskom ze strony części opinii publicznej i polityków PiS-u, że nie szkodzi polskim interesom i postępuje odpowiedzialnie. Nie wie też, co sądzić o innych opiniach. O głosach, że decyzję o ogłoszeniu raportu MAK-u podjęli urzędnicy średniego szczebla, którzy powiadomili jedynie premiera Putina o swym zamiarze, wysyłając do niego dwie, a może nawet tylko jedną kartkę, z informacją, a ten, nie znając szczegółów, wyraził zgodę. Że Rosja tym samym popełniła wielki błąd, znalazła się bowiem w trudnym położeniu, że Polska ma teraz spore szanse, że powinna wysłać do Rosji specjalnego wysłannika, który podczas kuluarowych rozmów mógłby się dowiedzieć, o co właściwie Rosjanom chodzi.

Słuchałem tego, broda urosła mi do pasa, myślałem, że urośnie do kolan, ale w końcu mój rozmówca poprosił o odpowiedź na pytanie, czy to są jaja (tak się wyraził), czy oni chcą z premiera zrobić pośmiewisko, czy mówią tak w dobrej wierze? Czy to będzie działać na korzyść pana premiera, czy mu zaszkodzi? Odpowiedziałem, że wśród części komentatorów są zwyczajni idioci i nimi nie ma powodu się przejmować. Jeśli usłyszą w telewizji, że Burundi chce podpisać z nami unię, okraszą tę informację uczonym żargonem i będą przekonani, że powinni dostać angaż w Harvardzie. A pozostali powiedzą o unii z Burundi to samo, byle tylko zaszkodzić PiS-owi.

"Czyli jest dobrze. Pan premier powinien spać spokojnie" - usłyszałem w słuchawce. A w czym miałem usłyszeć?! Jako autor staczam się coraz bardziej.

"I tak, i nie - odpowiedziałem (do słuchawki, rzecz jasna). To zależy od tego, na czym premierowi zależy (byłem dumny z tej frazy). Jeśli na tym, co mnie się wydaje, to rzeczywiście dobrze. Lepiej być nie może. Jeśli na czymś więcej, to podobne wypowiedzi kompromitują go bardziej, niż mógłby skompromitować sam siebie".

 "To znaczy, że wcale tak dobrze nie jest? Czy dobrze pana zrozumiałem" - odpowiedział mój rozmówca. Przecież nikt inny nie mógł odpowiedzieć. Oto dlaczego nigdy nie dorównam Dulcynei. Ona, cokolwiek powie, trafia w sedno (chciałem napisać coś bardziej oryginalnego, ale się nie udało), a ja po dwóch setkach nie trafiam do domu.

"Proszę pana, źle może być wówczas, gdy większość komentatorów zacznie mówić, że premier zbudował piramidy i po śmierci Curie pomagał Skłodowskiej. Chociaż i tego nie jestem pewien" - zabrzmiała moja odpowiedź.

"A ja myślę, że otrzymaliśmy zły numer telefonu. Jeśli ktoś nie wie, że Skłodowska była Curie i nie mogła pracować po swojej śmierci, ten może pomagać innym partiom, ale nie naszej. Pan jest, proszę darować, półgłówkiem. Przepraszam, że zmarnowałem pański i swój czas. Żegnam."

Nie zdołałem odpowiedzieć. W ten sposób skończyła się moja kolejna rozmowa telefoniczna. I co z tego? Do mnie przynajmniej dzwonią.

PS. 

Skąd tytuł tej notki? To taki trik. Zauważyłem bowiem (są tacy, którzy mówią, że niczego nie zauważam, ale, jak widać, nie mają racji), że tylko podobne tytuły zwracają uwagę. Ze dwa razy już tak wszystkich (znowu ta przesada!) oszukałem. Ale i tu nie ma reguł. W przypadku paru innych z podobnymi tytułami nic nie wyszło. Nie liczy się bowiem tytuł, liczy się promotor, że pozwolę sobie rubasznie zażartować. A poważnie? Poważnie jestem pewien. że kto zechce, doskonale zrozumie tytuł.       

capa
O mnie capa

"Jestem jak harfa eolska, która wyda kilka pięknych dźwięków, ale nie zagra żadnej pieśni."

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (27)

Inne tematy w dziale Polityka