Świat stanął w miejscu (to jest metafora) na wieść o dzisiejszej debacie w polskim sejmie. Ja stanąłem w kolejce do telewizora, bo w moim domu wszyscy oglądają telewizję według zapisów kolejkowych z dnia poprzedniego. Stanąłem, choć moje szanse wyglądały podobnie jak szanse na odwołanie ministra Grabarczyka. To, że dzwonią do mnie sławne osoby, w żaden sposób nie zwiększa domowego autorytetu. Czasem wydaje mi się, że wręcz go zmniejsza. Ciekawe dlaczego? Gdybym nie zastosował sztuczki socjotechnicznej (jestem pilnym uczniem naszego rządu), mógłbym dorwać się do telewizora dopiero w poniedziałek wieczorem. Jaka to była sztuczka, nie powiem, moi nauczyciele też nie zdradzają swoich sztuczek, ważne, że przyniosła sukces. Telewizor miałem do własnej dyspozycji. Poczułem się jak wielkie panisko. Chyba na to zasłużyłem.
Usiadłem, włączyłem telewizor (właśnie w tej kolejności, bo my mamy pilota; tak, idziemy z postępem, powoli, ale idziemy, nigdy nie lubiłem wrogów postępu), wyłączyłem telefon ... Telefon wyłączyłem z premedytacją, obawiając się, że ktoś może mi zakłócić oglądanie. Już dobierałem się do własnych paznokci, gdy się zaczęło. Ach, cóż to był za spektakl! Cóż to był za mecz!
Pierwszy do piłki doszedł pan premier. Nic w tym dziwnego, do piłki dochodzą zazwyczaj najbardziej wytrawni gracze. Premier jest gwiazdą najlepszej drużyny, a najlepsza drużyna zawsze ma najlepszego trenera. Najlepsi trenerzy zawsze powtarzają swym zawodnikom, że najlepszą formą obrony jest atak. Premier otrzymał piłkę, przebiegł z nią całe boisko, wbił kilka bramek, nie czekając na gwizdki sędziego, którego zresztą nie było, wrócił na własną połowę i bez odpoczynku szarżował dalej. Pele, który obserwował ten mecz we własnym telewizorze (zapewne ma ich kilka, nie musiał więc dokonywać takich cudów prestidigitatorskich, jakich ja musiałem dokonać), nie mógł się powstrzymać i na bieżąco komentował to wydarzenie dla kilku stacji telewizyjnych. Premier zaś, nie przerywając biegu z piłką, ma bowiem kondycję kosmonauty, cały czas mówił. Grzmiał na opozycję, jakby został podłączony do chmur, z których podobno biorą się wyładowania atmosferyczne (chyba, że coś mi się z tymi wyładowaniami pokręciło). "Burza" pewnego Anglika, który podobo nie istniał, to przy tym jedynie chrząknięcie motyla. O ile ta "Burza" jest rzeczywiście o burzy, bo tego nie jestem pewien. A jeśli nie jest, to przecież nie ma znaczenia, ważne, że ładnie (tak mi się wydaje) brzmi. Słowo "świństwo" w ustach premiera nie było jakimś słowem wyjątkowym. Gdyby opozycja miała trochę honoru, o czym już zresztą kiedyś pisałem, po tym wystąpieniu premiera także powinna podać się do dymisji. A skoro o tym mowa. Jak jej nie wstyd, tej opozycji, premier mówi, że od wszystkich głów państw otrzymywał gratulacje za postępowanie Polski po katastrofie, a od opozycji gratulacji nie otrzymał. Jak tu żyć z taką opozycją! Opozycjo, won!
Gdybyż jeszcze ta opozycja siedziała cicho. A po takiej burzy powinna siedzieć cicho, każdy na jej miejscu siedziałby cicho. A opozycja nie. Opozycja zaczęła się odgryzać. Nie mogła premierowi odebrać piłki, zaczęła go więc kopać po kostkach. A premier nic. A premier podskakiwał. A potem znów przystąpił do kontry. Na jego czole nie pojawiła się nawet kropelka potu, taką ma kondycję. Wbił znów kilka bramek i nakrzyczał na opozycję. Premier nie tylko krzyczał, spokojnym głosem, premier okazał się też politykiem refleksyjnym. Powiedział, że nie cierpi na manię wielkości. Poczułem wielką ulgę. Strach pomyśleć, co by się stało, gdyby premier cierpiał jednak na manię wielkości.
Nie był to, dodajmy, mecz jednego tylko premiera. Inni zawodnicy też dochodzili do piłki. Minister od wyjaśniania kazał opozycji milczeć, minister, która pali, wyszperała nawet słowo "szubrawiec" (nic w tym dziwnego, podobno nikotyna wpływa korzystnie na pamięć), natomiast minister od "Trylogii" zadał pytanie, które mogło wstrząsnąć światem. Minister od liczenia nic nie mówił, nie ukrywał jednak radości, ciągle się śmiał. To dobrze, gdy ktoś ma specyficzne poczucie humoru. A człowiek zwany muchą toczył nieustanny bój z adrenaliną. Minister od biletów osłaniał tyły premiera. Gdyby była wojna, mógłby mu podstawić pociąg pancerny, który miałby szansę wyruszyć do boju po podpisaniu preliminariów pokojowych.
Nie próżnowała też rezerwa. Poseł Bucharin, który nie jest specjalistą od katastrof lotniczych, specjalistycznie mówił o lotnictwie, poseł o telewizyjnym nazwisku też coś mówił, ale nie dosłyszałem, bo mój telewizor, który jest starszy ode mnie, od czasu do czasu odmawia posłuszeństwa, poseł, który czasem coś zostawia, grzmiał o zaprzaństwie opozycji, nieskładnie, ale grzmiał, poseł Znam tysiąc języków chwalił i ganił. Boję się, że następnym razem może nie dostać powołania do kadry.
Zagrań opozycji nie będę relacjonował, bo choć wiele z nich było markowych, reprezentowały starą szkołę futbolu, szkołę, która przeszła już do lamusa.
Kończąc swój komentarz, Pele powiedział, że niebawem czeka nas wielka rewolucja piłkarska. Mecze nie będą rozgrywane na boiskach, ale przeniosą się do sal parlamentów. Tam bowiem są bardziej widowiskowe. Na złośliwe pytanie, jak mogłem zrozumieć słowa wypowiadane przez sławnego piłkarza i komentatora, skoro nie mówi on po polsku, nie odpowiem, zachowując godność osobistą i wierząc w patos sytuacji. To ostatnie sformułowanie jakoś tu nie pasuje! I co z tego! Tylu lepszych ode mnie używa jeszcze mniej pasujących zwrotów i nic się nie dzieje, to dlaczego ja czasami nie mogę.



Komentarze
Pokaż komentarze (45)