capa capa
1144
BLOG

Premier i jego portret psychologiczny

capa capa Polityka Obserwuj notkę 51

W związku z burzą blogerską, która się rozszalała po programie red. Sekielskiego, natychmiast uruchomiłem wszystkie swoje kontakty (w tym kontakty telefoniczne) i postanowiłem spełnić jedno z wyrażanych oczekiwań. Redaktor Sekielski miał udowodnić swą bezstronność, przygotowując program o profilach psychologicznych premiera i prezydenta. Jest to życzenie mało eleganckie z dwóch powodów: musiałby red. Sekielski udowadniać, że nie jest wielbłądem lub wielorybem, a tego wszak udowadniać nie musi, a poza tym, spełniając życzenie, naraziłby się na zarzut, że jest monotematyczny. Postanowiłem zaoszczędzić red. Sekielskiemu kłopotów, bo wiem przecież, że jest on dziennikarzem obiektywnym. Inni przecież w naszej telewizji nie pracują. Postanowiłem zatem ("zatem" dawno nie używałem, zatem dziś "zatem" nie zabraknie) wziąć sprawę we własne ręce.

Długo nad tym myślałem, w końcu wymyśliłem, że czyniąc zadość oczekiwaniom, trzeba powołać się na opinie psychologów, których nikt nie oskarży o stronniczość. Tak, tak, do tego już doszliśmy. Poprosiłem zatem (a, kuku) trzech światowej sławy psychologów spoza Polski, by zechcieli wypowiedzieć się o premierze. Musiałem wybierać, nie mogłem od razu prosić o wiwisekcję premiera i prezydenta, bo moi rozmówcy są ludźmi tak strasznie zapracowanymi jak minister Pitera i po prostu nie miałem śmiałości. Wybrałem premiera.

Nakreślić psychologiczny portret premiera zgodzili się profesorowie M. Picombero z Multiuniwersytetu Bużumbura i Gitega, J. Portales z Uniwersytetu im. D. Ibarruri w Chacabuco i W. I. Kolczenko z Uniwersytetu im. A. Leppera w Smorgoniach. Na dowód tego, że są to matadorzy psychologii, wspomnę, że łącznie otrzymali 374 doktoraty h. c. Z oczywistych względów nie mogę wymienić wszystkich znakomitych uczelni wyższych, które te doktoraty im wręczyły. Trzej profesorowie nie wydawali się zaskoczeni propozycją, co z kolei mnie zaskoczyło, ale gdy okazało się, że od lat nie zajmują się niczym innym, tylko badaniem osobowości naszego premiera, odetchnąłem z ulgą. Nie pytałem, skąd te zainteresowania, ponieważ domyśliłem się (czasami i mnie stać na przebłysk intelektu), że sława naszego premiera dawno już przekroczyła wszelkie oceany, morza, rzeki i góry.

Mógłbym, oczywiście, przekazać zapis wypowiedzi ekspertów, ale tego nie uczynię (mogłem napisać: nie zrobię, ale to brzmi tak jakoś plebejsko), ponieważ wierzę, że moja relacja, zważając na maestrię pióra, będzie właściwsza. Koniec wstępu, zaczyna się relacja.

Każdy średnio rozgarnięty wie, że psychika człowieka kształtuje się od wczesnego dzieciństwa. Ja tego nie wiedziałem, ale jakoś udało mi się zrobić mądrą minę i zdołałem to ukryć. Podobnie było z naszym premierem. Oczywiście, mam na myśli dzieciństwo, nie głupie miny. Gdy wreszcie dotarło do niego, że jego imię jest imieniem, które nosi największa gwiazda szołbiznesu (piszę to po polsku, kto chce to czytać po angielsku, nie zabraniam), doznał iluminacji. Inny na jego miejscu, stwierdza prof. Portales, jąkałby się do końca życia albo do późnej starości się moczył  (dosłownie, nie w przenośni), a premier ani się nie jąka, ani się nie moczy. Można by wprawdzie zapytać profesora, skąd wie o tym ostatnim, ale jak mówi, to widocznie wie, inaczej nie byłby profesorem. Premier postanowił od czasu wspomnianego odkrycia być tak sławnym jak jego sławny imiennik. A nawet postawił sobie poprzeczkę wyżej. Postanowił być bardziej sławny od imiennika. Obserwując zachowanie premiera, dodaje prof. Portales, premier uwierzył, że przeskoczył tę przez samego siebie ustawioną poprzeczkę.

Profesor Kolczenko, który nie lubi nie mówić, przerwał swemu sławnemu koledze, dodając, że podobnego odkrycia przyszły premier dokonał, gdy przekonał się, że inaczej niż inni wymawia "r". Inni, gdy to odkrywają, nabawiają się takich kompleksów, że zamiast "w" mówią "v" a zamiast "q" mówią "ku". Tacy ludzie rzadko wychodzą na ludzi. Premier wyszedł, wytłumaczył sobie bowiem, po przeczytaniu niezliczonej ilości książek, które połykał (ale dlaczego je połykał, wstydziłem się spytać), że jest - ni mniej, ni więcej - arystokratą ducha. A że zawsze miał ciągoty do kultury fizycznej, dodawał: ducha i ciała. To wywołało w nim, kontynuował prof. Kolczenko, syndrom przywódczy. Każdego, kogo spotkał i wiązał do swego rydwanu (to nie jest moje stwierdzenie, tak rzekł profesor, który, o czym może nie każdy wie, jest również autorem 17 tomików poetyckich pisanych w języku jugurtyjskim), natychmiast uczył swojego "r". Oczywiście, "r" nieco zmodyfikowanego, bo wiedział przecież, że nie wszyscy mogą być arystokratami ducha i ciała w ten sam sposób.

Dla odmiany profesora Picombero musiałem nieco ponaglać, bo jest raczej nieśmiały. Po chwili i on jednak zaczął mówić. Stwierdził, że młody premier po rozegranym meczu między drużynami "Młodzi zdolni" kontra "Młodzi przystojni" (przyszły premier w pierwszej połowie grał w barwach pierwszej drużyny, w drugiej w barwach drugiej), w którym to meczu nie strzelił żadnego gola, choć był napastnikiem, wcale się nie załamał. Inny na jego miejscu przerzuciłby się na go, a przyszły premier się nie przerzucił, postąpił inaczej. Odtąd postanowił lepiej dobierać sobie partnerów i rywali. Podjął epokową decyzję, właściwie sam mógłby wykładać psychologię, bo niebawem okazało się, że przyszły premier w każdym kolejnym meczu strzela gola za golem. Gdyby mecze piłkarskie trwały dłużej, bramkarze drużyn piłkarskich dostawaliby zawałów serca z powodu częstotliwości wyciągania piłek z bramek (z siatek, jak mówią piłkarze i komentatorzy).

Dorosły już przyszły premier, rzekł prof. Kolczenko, który nie mógł zbyt długo milczeć, był tak bardzo przygotowany do życia, że zadna trudność nie była mu straszna. Gdy poznał zasady liberalizmu, stał się liberałem, ale pamiętając, że jest arystokratą ducha i i ciała, postanowił go zreformować. I zreformował, dodałem, bo nie chciałem okazać się niegrzeczny. I zreformował, potwierdził profesor, takiego liberalizmu nikt jeszcze nie wprowadzał w życie. Gdy dostrzegł zaś (premier, nie profesor), że włosy zamiast przybywać, odchodzą, odkrył zasadę, że na mądrej głowie włosy nie rosną. Ale jako człowiek elastyczny, wróg każdej formy doktrynerstwa, dodawał, że nie dotyczy to wszystkich w równym stopniu.

Rozsierdzony prof. Portales zastosował chwyt, który nazywa się bodaj podwójny nelson i na moment obezwładnił prof. Kolczenkę, odbierając mu głos. Wytłumaczył, że pierwsze spotkanie premiera z Peru (może powiedział: pierwszy pobyt?) wcale naszego premiera nie onieśmieliło, przeciwnie, wrócił do Polski jako Ludwik XIV, i tak kazał siebie nazywać. Nikt nie protestował. Gdy publicznie nazwano go po raz pierwszy geniuszem (wiadomo, że w zaciszu gabinetów, boisk i siłowni to określenie było na porządku od dawna), wcale nie poczuł konsternacji. Inny na jego miejscu coś by uczynił, prof. Portales nie wiedział, co, ale był pewien, że każdy zjadacz chleba coś by uczynił. Premier się z tym określeniem zgodził w całej rozciągłości (to mój ulubiony zwrot, radzę też go polubić). Gdy pierwszy raz publicznie przemówił po angielsku, zdradził zaufanym osobom, że bardzo lubi ten język, że w tym właśnie języku powinni się porozumiewać na wszystkich murawach. 

Innymi słowy, podsumował prof. Picombero (proszony o podsumowanie), premier jest przykładem prawdziwego macho (czyta się maczo, wyjaśniam na wypadek, gdyby ktoś nie wiedział), a jego rodacy powinni być dumni, że mają takiego premiera. Przytaknąłem. Nie z grzeczności, z przekonania. I Wy, rodacy, także bądźcie dumni.

PS. Redaktor Sekielski powinien mi trochę zazdrościć, bo wątpię, by przygotował lepszy program o premierze.                  

capa
O mnie capa

"Jestem jak harfa eolska, która wyda kilka pięknych dźwięków, ale nie zagra żadnej pieśni."

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (51)

Inne tematy w dziale Polityka