Wszystko popada w ruinę. Kiedyś mieliśmy smoka wawelskiego, dziś mamy wyłącznie smoki barowe, łoiliśmy (nie alkohol, bo to akurat się nie zmieniło, i bardzo dobrze) Aleksandrów Macedońskich i Cezarów, dziś łoimy żony, mężów, dzieci, zwierzęta, każdy łoi, kogo i co może, kiedyś nasi władcy ucinali języki poddanym, dziś każdemu język urasta do kolan. Jednym słowem: powszechne skarlenie!
W polityce jest jeszcze gorzej. Dawniej poseł na mównicy zwracał się do swego marszałka: "Czcigodny panie marszałku, czy laska nie jest zbyt ciężka, może panu pomóc?". Albo: "Panie marszałku, w jakże czarujący sposób prowadzi pan obrady tej niegodnej pana izby. My niegodni, szczerze pana podziwiamy". Albo: "Panie marszałku, ileż nasza izba straciłaby, gdyby pan nie był jednym z jej najważniejszych reprezentantów." Widzowie na galerii czuli się jak w Wersalu lub na raucie u księcia Wellingtona. Gdy tylko ulubiony i najbardziej ceniony marszałek pojawiał się w izbie, z galerii rzucano w jego kierunku kwiaty, nagradzano go rzęsistymi brawami a najpiękniejsze damy ukradkiem, przez swych pokojowców, przekazywały ulubionemu marszałkowi sekretne, nasączone perfumą (tylko prostak pisze - perfumami) bileciki. W tamtych czasach każdy chciał być marszałkiem sejmu. Dramat wielu polegał na tym, że nie każdy mógł marszałkiem zostać. Ileż to głów rozpadało się z powodu doznanego zawodu (proszę mnie za tę frazę skomplementować, chociaż w bardzo dyskretny sposób), ileż całych, choć pustych głów, kończyło w odosobnieniu, ileż głów nie wytrzymywało uderzającego w nie alkoholu. Takie to były czasy.
A dziś? Tylko usiąść i płakać albo postawić kosy na sztorc i szturmem wziąć parlament, by zaprowadzić w nim nowe, czyli stare, porządki. Gdybym miał kosę (pal sześć ten sztorc), już bym nie stukał w te oporne dla mnie klawisze (ciekawe, dlaczego inni blogerzy mają klawisze lekkie, a moje zacinają się przy każdym słowie? to nie klawisze, matołku!), tylko biegł po schodach sejmu i krzyczał: "Dość kompromitowania nas wszystkich, teraz my." A przecież jestem człowiekiem potulnym do granic nudy, jestem przymilnym zwierzaczkiem domowym (po ang. pet; wspominam o tym tylko dlatego, że moja językowa ignorancja stała się, podobno, powodem żartów), w dodatku lękam się cienia, a jednak, gdy widzę, co się dzieje, chce mi się biec z tą kosą w kierunku sejmu. Dlaczego, zapyta ktoś zaniepokojony moją aktywnością? Dlatego, że obraża się naszego marszałka!
Marszałka naszego sejmu, marszałka, którego niektórzy wytrawni blogerzy uznają za szczyt doskonałości, poseł partii opozycyjnej wysyła do ministra, ministra psychiatry! Takiego marszałka! I za co? Za to, że wyłączał mikrofony. A co miał wyłączyć? Prąd w całej stolicy? Zdziczenie, jak nic zdziczenie. Mało tego. Gdy poseł Halicki, Wielki Szatny swojej partii (dlaczego Wielki Szatny?, a dlaczego nie, kto mu zabroni być Wielkim Szatnym, jak zechce może być nawet Bujanym Fotelem - w końcu mamy wolność i demokrację), ogłosił, że niecnego posła należy przykładnie ukarać, niecni obywatele chcą niecnemu posłowi postawić pomnik w Warszawie. Byłby to niecny pomnik. Całe szczęście, że pani prezydent miasta stołecznego prędzej pozwoli na postawienie własnego pomnika niż na postawienie niecnego pomnika niecnego posła. Przynajmniej to jedno napawa otuchą (tak strzelam z tym "napawaniem", bo nie wiem, czy otuchą można się napawać).
I jeszcze jedno wydarzenie, które wytrąciło mnie z równowagi. Przyznaję. Od dłuższego czasu stałem się nieznośnie nerwowy, ale jak mam nie być nerwowy, gdy bez przerwy piszę, a czytają kogoś innego. Ale dość mazgajenia. Zdenerwowało mnie postępowanie dziennikarzy. W Sheratonie doszło do wydarzenia porównywalnego jedynie ze zburzeniem Bastylii, a dziennikarze milczą. Wszystkie międzynarodowe agencje informacyjne trąbią o tym bez przerwy, a w polskich mediach bez przerwy trąbią o sukcesach rządu. "Polska, która jest najważniejsza", partia "obywatelskich wolności, pobudzenia energii Polaków, wolności i swobody" (tak sugestywne sformułowania po raz ostatni czytaliśmy w czasach naszej młodości z Różą Luxemburg w "Iskrze"), właśnie spłatała "psikusa Platformie", a Platforma być może nic o tym psikusie nie wie, bo dziennikarze to przed nią ukryli. Zwykły skandal. Gdyby dziennikarze nagłośnili spotakanie w Sheratonie, PJN miałby dziś 74 % poparcia, a tak ma zaledwie 4%. Zgroza. Platforma, zaczynając, miała tylko trzech tenorów, PJN ma kontratenora, dwa mezzosoprany, kilka basów i barytonów. I co z tego. Czy gdyby Caruso i Sembrich-Kochańska śpiewali w pustych operach, przeszliby do historii wokalistyki?
Mam dość. Wychodzę. Po kosę.



Komentarze
Pokaż komentarze (47)