Z PiS-em nikt nie chce współpracować. Nikt z amerykańskich tuzów politycznych, co bardzo ożywiło innego tuza politycznego. Ożywiło dra Migalskiego. Cieszymy się, że coś jeszcze ożywia dra Migalskiego, bo polska polityka jakoś nie może go ożywić. On jej zresztą też.
Ja się nie dziwię, że z PiS-em nie chce współpracować żaden amerykański tuz polityczny. Jak może chcieć, skoro istnieje obawa, że na lotnisku powita go poseł Suski w kominiarce. W kominiarce, ponieważ zapomniałby zdjąć. PiS jedzie więc po równi pochyłej. Bez współpracy z amerykańskimi tuzami politycznymi zjedzie po niej lotem błyskawicy.
Amerykańskie tuzy polityczne (dodajmy, żeby nie stworzyć wrażenia, że jest inaczej) aż przytupują nóżkami, by wszystkim doradzać. Tacy już są. Bardzo chcieli doradzać PiS-owi. Może nie wszyscy, ale Sarah Palin chciała. Chciała, ale się biedaczka zawiodła. Każdy dzień rozpoczyna nasza pani Sarah od lektury bloga europosła Migalskiego, jak zresztą pozostałe amerykańskie tuzy polityczne (dopiero w drugiej kolejności czytają raporty z Pentagonu). Wstała więc nasza pani Sarah, have a shower (czy jak tam to określają uczeni mężowie), soczek ze świeżych owoców, kawa Marago (jak mówią dowcipnisie: nago) i biegiem do komputera. Ciach-prach, otwiera stronę europosła Migalskiego, wzywa tonę slawistów (kilkunastu noblistów, bo i proza dra Migalskiego na to zasługuje), ci tłumaczą, a nasza ukochana pani Sarah gubi wczorajszy makijaż (make up, czyż nie?). Okazało sie, że jest "najgłupszym politykiem w USA". Załamana zrywa kontakty z PiS-em. Z obawy, że w przeciwnym razie dr Migalski mógłby napisać o niej jeszcze coś gorszego.
Palin jak Palin, ale honor mocarstwa do czegoś zobowiązuje. Gdy już wszystkie amerykańskie znakomitości przeczytały wpis dra Migalskiego, powstał taki chaos jak w dniu ataku na Pearl Harbor. Co zrobić, żeby następnym razem dr Migalski nie doprowadził do międzynarodowego kryzysu. Mózgi mózgów zebrały się na Kapitolu, najbardziej tajną linią połączyły się z mózgami Białego Domu, i rozpoczęły trust mózgów. Za dużo tych mózgów, ale kto pisze z taką częstotliwością, prędzej czy później musi zacząc bredzić językowo. Trustali się i trustali, wreszcie wytrustali. Europosła Migalskiego powstrzymać może wyłącznie współpraca amerykańskich tuzów politycznych z PJN. Ta partia jest w USA, warto to bez przerwy powtarzać, bardziej znana od brytyjskiej Partii Pracy i Partii Miłośników Świeżego Powietrza w Burundi razem wziętych.
Przyklasnął temu sam pan prezydent Obama, ale entuzjazm nie trwał długo. Wysłać, ba, łatwo powiedzieć, ale kogo? Byle tuza politycznego to można wysłać do przyjaciół Anglików, ale do PJN-u trzeba wysłać kogoś, kto zrobi wrażenie na europośle Migalskim. Jak muchy padali, mimo że w pobliżu nie było naszego marszałka od wyłączania mikrofonów, kolejni analitycy, najlepsi z najlepszych, zepsuły się najdoskonalsze komputery (gdyby w tej krytycznej chwili ktoś nacisnął guzik, ten guzik, potrzebny byłby nowy Kolumb). Tragedia wisiała w powietrzu. W końcu zdecydowano się na krok rewolucyjny, taki New Deal reaktywacja. Postanowiono zwrócić się do najbardziej elitarnej elity. Wyjazd do Polski zaproponowano Arystotelesowi. Odmówił. Może, gdyby ten Migalski był trochę starszy, ale teraz jest przecież w takiej formie, że nikt nie ma z nim szans. Po odmowie Arystotelesa Platon też nie chciał być kamikadze i przyniósł zwolnienie lekarskie. Akwinata, Monteskiusz, Locke i Feuerbach też odmówili. Połączono się nawet z Pareto, który spokojnie odpoczywał sobie w Celigny. Gdy go wreszcie dobudzono, odpowiedział, że tak polubił swój spokój, że nie ma mowy, by zeń (pierwotnie miało być "zen", ale chyba za bardzo nie pasowało) zrezygnował. Do Marksa nikt nie dzwonił, bo wiedziano, że ostatnimi czasy bez przerwy ma zajętą linię (CIA wykryło, że godzinami rozmawia z Różą; niewdzięcznica!).
Nie udało się również zatrudnić byłych prezydentów. Grant chciał wprawdzie lecieć z ochotą, ale z walizkami wypakowanymi alkoholem, zdecydowano się więc nie ryzykować. Waszyngton, Adams i Jefferson mieli zbyt zaawansowaną sklerozę, mogliby przynieść więcej kłopotu niż pożytku. "Przynieść"? "Przynieść" to można wiadro. Ale niech już tak zostanie. Jakiś przyszły Kleiner też musi się czymś wykazać. Najbliższy wyjazdu był Lincoln, ale on ciągle rośnie, a CIA doniosło, że europoseł Migalski nie lubi wyższych od siebie, więc znów skierowano biednego Lincolna do teatru.
Kto uratował sytuację? Sarah Palin. "Skoro nikt nie jest w stanie dorównać drowi Migalskiemu intelektualnie, wyślijmy Norrisa" - rzekła. "Chucka Norrisa" - dodała, widząc ogólne zdziwienie. "Norris, oczywiście, też nie zaimponuje Migalskiemu intelektem, ale jest przecież mistrzem walk. Podobnie jak dr Migalski, który pisał o tym na swoim blogu." "Rzeczywiście" - przypomnieli sobie pozostali, przypomnieli sobie, bo też przecież o tym czytali. Uznano to za rozwiązanie idealne. Prezydent Obama wyjechał na trening koszykarski, inni odeszli do zwykłch zajęć, a Sarah Palin mogła wreszcie zjeść śniadanie.
Po Polski przybędzie zatem Chuck Norris. Przybędzie, by wspierać PJN. PiS i tym razem stoi na przegranych pozycjach, bo przecież Chuck Norris nie przestraszy się posła Suskiego w kominiarce czekającego na lotnisku. Gdyby PO nie miało w swych szeregach minister Pitery i ono mogłoby się bać.



Komentarze
Pokaż komentarze (34)