Premiera, który w dawnych czasach zażywałby sławy spełnionego alchemika, nazywano już różnie. Był "Geniuszotchnięty", co jakoś się nie przyjęło, ponieważ Archimedes, który wynalazł ten przydomek, wypocił z siebie tyle potu dowcipu, że jego zmęczenie udzieliło się rodakom. Był premier również "Słońcem Peru", ale i to się nie za bardzo przyjęło, ponieważ na dłuższą metę wszystkim groziło porażeniem. Poseł Halicki, poseł Halicki to taki poseł, który ma rzymski profil, greckie poczucie humoru i czeską zapalczywość bronienia własnego zdania, nazwał premiera Mojżeszem. "Mojżeszem", który przeprowadził PO przez wzburzone wody Morza Czerwonego. To może by się i przyjęło, bo jak się słucha premiera, morze przemienia się w może a może w morze, ale na drodze do upowszechnienia stanął europoseł Migalski. Może (w przemówieniach i czynach premiera - morze) nie tyle nawet stanął, co rozłożył się swym olimpijskim tułowiem - jak nie przymierzając Reytan - na drodze Mo(j)żeszowej kariery premiera. Europoseł Migalski, o którym podobno zaczynają mówić "Chuck Norris PJN-u", nie tylko położył się na tej drodze, ale również położył jej kres. Oznajmił bowiem, że premier nie przeszkodził wyjazdom rodaków do Egiptu. A więc nie żaden tam "Mo(j)żesz", tylko "faraon".
"Faraon" źle się jednak ludziom PO kojarzy. Innym ludziom się tak nie kojarzy, bo inni ludzie nie są tak gruntownie oczytani. Ludziom PO jednak się kojarzy. Kojarzy im się, że może (albo "morze", gdyby o tym mówił premier) być dwóch faraonów. Dwóch Ramzesów. Ramzes i Ramzes podstawiony, czyli Lykon. Ludzie PO zapominają jednak, że Ramzes był człowiekiem naiwnym, a premier człowiekiem naiwnym nie jest, a więc z tym "faraonem" to tylko takie strachy na Lachy. A właściwie na Polachy. "Faraon" się nie przyjmie, ogromną karierę robi natomiast przydomek "Tęga Głowa" (niektórzy mówią "Tęga Głowa Kaszub") wymyślony przez tych samych ludzi PO. Inni ludzie na to nie wpadli. Nie wpadli z oczywistych powodów. "Tęga Głowa" albo "Tęga Głowa Kaszub" odnosi się, rzecz jasna, do potencjału politycznego premiera i jego ukrywanych dotychczas (nawet ukrywanych dość skrzętnie) talentów humorystycznych.
Premier "Tęga Głowa" (prawda, że to brzmi lepiej od "Słońca Peru", nie wspominając już o pomyśle naszego Archimedesa) ma jednak kłopotek. Dość poważny kłopotek. Ktoś przewrażliwiony gotów byłby rzec: premier ma kłopot. Tym kłopotkiem (piszę "kłopotkiem", bo nie jestem przewrażliwiony; jestem nadwrażliwy, ale przewrażliwony nie jestem) nie jest, jak mogliby sądzić ludzie, których trudno posądzić o tęgie głowy, poseł Kłopotek. Poseł Kłopotek jest kłopotkiem (piszę "kłopotkiem", bo nie jestem pewien, czy jest kłopotem) PSL-u. I dobrze tak jemu, temu PSL-u, że ma jakiś kłopotek; bez kłopotków partie są jak sery bez dziur. Kłopotkiem premiera jest marszałek. Piszę "kłopotkiem", bo nie bardzo wierzę, że jest prawdziwym kłopotem. Kłopotkiem premiera nie jest marszałek od wyłączania mikrofonów, podobnie jak poseł Mucha nie jest kłopotkiem dla marszałka od wyłączania mikrofonów. Kłopotkiem premiera jest marszałek Schetyna. Kłopotek! Każdy chciałby mieć takiego kłopotka. Premier "Tęga Głowa" (można dodać - "Kaszub") nie takie kłopotki przeprowadzał przez nie takie morza (a gdy chciał, to przez "moża") czerwone. Tak je przeprowadzał, że docierały do egiptów. A w egiptach, jak wiadomo, przede wszystkim panują ciemności, ciemności egipskie (dodaję to na wypadek, gdyby wśród potencjalnych czytelników znaleźli się zwolennnicy PiS-u). Marszałek "Kłopotek" Schetyna powinien, jeśli wolno mu radzić, tak na wszelki wypadek, nasłać na premiera wszystkie plagi, rzecz jasna, plagi egipskie, ale z drugiej strony, czy premiera mogą znieść jakiekolwiek plagi, nawet te egipskie? On znosi (dosłownie i w przenośni) wszystko. Złośliwi, a więc nie ja, dodają: i wszystkich.
Natomiast kłopotkiem nie okazał się dla premiera minister Klich. Dla świętego spokoju (ludzie od zwalczania kłopotków premiera, kłopotków wszelkiego rodzaju, wcześniej poszli po rozum do głowy, czyli też są, w jakimś tam stopniu, tęgimi głowami) ministrowi nie wręczono bukietu kwiatów. I dobrze, kto widział, by zimą wręczać kwiaty. Zamiast kwiatów minister Klich dostał dłonie do uściśnięcia. Z tego jest zresztą większy pożytek, bo człowiek wyrabia sobie mięśnie. Złośliwi, a tych przecież znajdziesz i w Morzu (premier mógłby, gdyby chciał, powiedzieć: Możu) Czerwonym, szeptali, że na uściskach dłoni się jednak nie skończyło. Minister Grabarczyk miał ministrowi Klichowi wręczyć talon do swojego zakładu fryzjerskiego (to ten sam zakład, z którego korzysta minister Pitera; minister Pitera niczego ministrowi Klichowi nie wręczyła, bo ona jest od wypracowania raportu o zwalczaniu korupcji, wszelkiej korupcji, której zresztą pod rządami PO nie ma), a rzecznik Graś obiecał mu kilka bezpłatnych lekcji ze sztuki podbijania kamer i oczarowywania mikrofonów.
Dobrze, że w sejmie zwyciężyła mądrość. Gdyby zwyciężyła polityka, minister Klich musiałby odejść. A dokąd on może odejść, skoro wojsku poświęcił najlepsze lata życia? Wojsko nigdy mu tego nie zapomni.



Komentarze
Pokaż komentarze (31)