Dlaczego niemal bez przerwy piszę o premierze? Co za idiotyczne pytanie. A dlaczego pisano o Cezarze, Napoleonie i Aleksandrze? Piszę o premierze z kilku co najmniej powodów: jest, jak wymienione osoby, wielki; ratuje Polskę przed recydywą PiS-u, który można porównać do dżumy skrzyżowanej z chorobą wściekłych krów; przypomina największych amantów kina niemego; mógłby rywalizować z towarzyszami Fidelem i Wiesławem o palmę pierwszeństwa w konkurencji na najlepsze przemówienie stulecia; jako pierwszy w historii polityk kocha wszystkich i wszystko; gdy tupnie nogą, Wezuwiusz przypomina sobie o swoim istnieniu, a Godzilla znów wychyla swą fotogeniczną głowę z fal okalających Kraj Kwitnącej Wiśni. Last, not least (uczęszczam również na przyspieszone kursy rodzimego języka byłego premiera Browna, który - może jako jedyny - mógłby rywalizować z naszym premierem), piszę o nim również dlatego, że jestem jego admiratorem. Celowo nie napisałem - fanem, bo fanem to mógłbym być ministra Nowaka lub poseł Muchy.
Mój ulubiony premier podobno potrzebuje pomocy. Do tego doszło! Premier ma problemy. Wiem, brzmi to, jakbym powiedział, że Pacyfik stał się pustynią, ale niestety, podobno, to prawda. Problemem premiera nie jest, rzecz jasna, sam premier. Gdyby premier mógł rządzić jednoosobowo, mógłby rządzić Zjednoczoną Republiką Interkontynentalną, która natychmiast stałaby się zieloną wyspą. Nie, problemem premiera nie jest sam premier. Co zatem jest problemem premiera? To dobre pytanie. Tak naprawdę nie wiadomo. Opozycja nim nie jest, bo co to za opozycja, nie jest nim także koalicjant, bo co to za koalicjant. Nie jest nim kryzys, bo co to za kryzys, skoro premier odbijał go od siebie jak Borg odbijał najbardziej niewygodne piłeczki (lepszy od Borga byłby tutaj z pewnością Mayer odbijający podkręcone piłki). Nie są nimi ani rząd, ani partia, ani nawet prezydent. Skoro zaś problemem nie może być prezydent, tym bardziej nie mogą nim być Balcerowicz, Belka czy Meller. Nawet razem wzięci. W takim razie co? Wychodzi na to, że fatum. Nie lubię tego fatum.
Nie z takimi premier umiał sobie poradzić, by nie poradził sobie z jakimś tam fatum. Poradzi sobie. Jedno, co jednak premier powinien zrobić, jeśli wolno mu radzić, powinien nie słuchać zewsząd pojawiających się rad. Cóż mu bowiem radzą? Marketing narracyjny (do tegośmy doszli, to tak jakby ktoś otworzył wirtualny skup jaj) radzi rekonstrukcję gabinetu, za wzór stawiając prezydenta Sarkozy'ego. Dziękuję za taki marketing, skoro dotychczas narracyjnie gabinet był drużyną, która mogłaby wygrać z Barceloną 11-0. A poza tym stawianie premierowi za wzorzec Sarkozy'ego jest jakieś takie niepolityczne. Gdyby to jeszcze chodziło o de Gaulle'a. Z kolei profesor Krzemiński, nasz ukochany Laputańczyk, który tylko dzięki przypadkowi nie został jeszcze uhonorowany Noblem, radzi, by nie rekonstruować gabinetu, i dodaje, że wszystkiemu winny jest PiS (jakbyśmy nie wiedzieli!). Niebawem dojdzie do tego, że rad zacznie udzielać red. Rolicki (kto pomyślał, że napiszę o red. Wołku, musi się mieć z pyszna), który jest taką krynicą wiedzy i atramentu, że nie mógł się bez niego obyć "Uważam rze". Uważam, że "Uważam rze" powinien bardziej uważać, żeby nie stracić czytelników, jeszcze przed ich pozyskaniem.
Ludzie, przestańcie doradzać premierowi! Premier nie tylko ma swoich, wypróbowanych doradców, premier najlepiej doradza sobie sam. Jedyne, co możecie zrobić, chcąc nieco ułatwić premierowi życie, to zaproście to fatum na konferencję prasową premiera albo do sejmu na któreś z jego wystąpień. Fatum ma swój rozum. Posłucha premiera i wreszcie się od niego odczepi. Przyczepi się do kogoś innego.
A zresztą, cóż to za problemy. Inni to dopiero mają problemy! Poseł Poncyljusz na przykład albo co innego myśli, a co innego mówi, albo co innego mówi, a co innego myśli. Niby nie powinno to dziwić, poseł Poncyljusz zawsze sprawiał takie wrażenie, ale kiedyś przynajmniej lepiej starał się to ukrywać. Tymczasem polska Angela Merkel postawiła na młodość. Jej zdaniem, premier i prezes są przedstawicielami pokolenia, które powinno odejść, bo niczego nie rozumie. Co innego my, młodzi. Nie chcę dociekać, czy polskiej Angeli Merkel, inaczej niż nam wszystkim, lat ubywa, dostrzegam jednak coś niepokojącego w jej spostrzegawczości. Jeszcze kilka miesięcy temu prezes wydawał się młodzieniaszkiem, a tu, proszę, staruch. Chyba, że prezes z kolei starzeje się w tak galopującym tempie, że zwykli śmiertelnicy tego nie dostrzegają. Dostrzegają to jedynie wybrańcy. Problem ma również SLD. Ma problem, ponieważ tworzy gabinet cieni. W przypadku każdej innej partii nie byłoby problemu, ale w SLD jest. Żeby ten gabinet mógł odzwierciedlać rzeczywiste możliwości partii, powinien składać się z co najmniej pieciuset resortów. Jedyną partią, która nie ma problemów, jest, jak widać, PiS - jeden wielki problem nas wszystkich.



Komentarze
Pokaż komentarze (27)