Nigdy nie rozumiałem kobiet. Tak mówi moja żona, choć wyraża to nieco bardziej dosadnie. Ona słynie z dosadności. Jej opinia nie jest trafna. Rozumiem kobiety, rozumiem je jak mało kto. Gdybym Wam tylko mógł to udowodnić. Nie o tym jednak chciałem mówić. Z wszystkich znanych mi kobiet nie rozumiem wyłącznie własnej żony. Nie sądzę zresztą, by ktokolwiek ją rozumiał. Czasami odnoszę (odnoszę, żeby nie wracało, ale wraca) wrażenie, że ona samej siebie też nie rozumie. Dlaczego pozwalam sobie na tak osobiste wyznanie, chociaż zwykle jestem powściągliwy i o sprawach rodzinnych nie mówię? Dlatego, że ostatnio żona zaskoczyła mnie w sposób szczególny. A już myślałem, że z jej strony mogę się nie spodziewać zaskoczeń.
Od lat byliśmy wzorowym i kochającym się małżeństwem. Moja żona lubi śledzie (oczywiście nie chodzi o lubienie platoniczne), polubiłem i ja, ona dla rozrywki rzuca piłką lekarską, próbuję i ja ją podnosić, ona ogląda "Szkło kontaktowe", ja również siedzę przed telewizorem. Zdawało się, że jesteśmy jak Wars i Sawa. Nie różniła nas również polityka. I dobrze, bo polityka nieraz podobno dzieli małżeństwa. My byliśmy do tego stopnia zgodni, że żona zawsze za mnie stawiała krzyżyk w rubryce listy wyborczej. Ma dobre serce, nie chciała bym się zanadto męczył.
Kochaliśmy PO. Żona kochała wręcz miłością namiętną. Podejrzewałem, że bardziej kocha PO, niż PO kocha samą siebie. Gdyby ktoś z PO powiedział, że Wielkanoc mamy obchodzić w lipcu, żona w lipcu pobiegłaby ze święconką do kościoła. Wszystko jej odpowiadało. Nie muszę dodawać, że i mnie odpowiadało.
W jaką furię wpadała (kto jej nie zna, nie wyobrazi sobie, w jaką furię może wpadać kobieta), gdy dochodziły do niej głosy krytykujące brak autostrad. "Po co nam autostrady - krzyczała - mało jest wypadków na zwykłych drogach!" Ministrowi od kolei chciała wysyłać pierniki własnego wypieku i byłaby wysłała, gdyby się nie spaliły. O służbie zdrowia w ogóle nie chciała słuchać, bo twierdziła, że z dobrobytu wszystkim się w głowach poprzewracało. Kiedyś nie było szpitali i ośrodków zdrowia, ludzie jakoś żyli, a niektórzy z nich byli nawet zdrowi. Nie zniechęciło ją nawet skierowanie do specjalisty (przez dyskrecję nie wspomnę, o jakiego specjalistę chodziło), z którym ma się spotkać w 2017 r.
Problem OFE objęła specjalnym embargiem. Tłumaczyła, że podłość ludzka nie zna granic. Może i tak, choć podejrzewałem, że przyczyna leżała w czymś bardziej prozaicznym - nie umiała odczytać skrótu. Deficyty, bilanse, długi zagraniczne i tak dalej, i tak dalej zawsze uznawała za nudne, a tym samym niegodne, by o nich dyskutować w domu o określonym poziomie intelektualno-kulturalnym, czyli w naszym domu. Wzrost cen beznzyny uznała za coś naturalnego, ba, wręcz potrzebnego. "Ludziom się w głowach poprzewracało - tłumaczyła swe racje, a fraza z przewrotami w głowach innych należy do jej ulubionych. - Teraz każdy najchętniej jeździłby samochodem z kuchni do sypialni." My nigdy nie mieliśmy takich fanaberii, może dlatego, że nie jesteśmy zmechanizowani. Gdyby mięso i wędliny kosztowały pięć razy drożej niż kosztują, żona nawet by tego nie dostrzegła. Na jej propozycję od lat jesteśmy jaroszami.
Pozbawiona wad żona ma jednak jedną niewielką słabość. Uwielbia cukier. Może sobie wielu rzeczy odmówić (wielu nam odmówiła), ale cukier jest dla niej ważniejszy ode mnie. Do szklanki z herbatą (ten płyn, który pijamy w domu, zwyczajowo nazywamy herbatą) wsypuje piętnaście łyżeczek cukru. Dodam, że ja cukru nie używam. Nie dlatego, że nie lubię, tak jakoś wyszło. To, że cukier zdrożał, wpłynęło na żonę więcej niż przygnębiająco. To były dla mnie trudne chwile, bo ni z tego, ni z owego poczułem się tak, jakbym osobiście zadecydował o nowych cenach. Gniew żony znosiłem pokornie. Granat wybuchł (niby w przenośni, ale wcale nie jestem pewien, czy z czystym sumieniem można mówić o przenośni), gdy cukru zabrakło w sklepach, a później zaczęto go sprzedawać w ściśle wydzielonych ilościach. To ja przyniosłem tę hiobową wieść do domu. Nie mógł przynieść nikt inny, ponieważ mnie przypadł w udziale zaszczyt robienia zakupów. Przemilczę słowa, które usłyszałem, wspomnę jedynie, że żona, jak stała, wybiegła z domu, by mnie sprawdzić. Wróciła późnym wieczorem. Widocznie obeszła kilka sąsiednich miast.
I wówczas się zaczęło. Jeśli ktoś dotychczas nie wierzył, że nawet najbardziej namiętna miłość może się skończyć niespodziewanie, powinien z nami zamieszkać. PO i rząd są teraz osobistymi, w dodatku śmiertelnymi, wrogami mojej żony. Wynika z tego, że i moimi. Mnie jest wszystko jedno. Nie dręczy mnie również brak spokoju w domu, bo przez te wszystkie lata się uodporniłem. Niepokoi mnie inna rzecz. Na kogo teraz będę głosować ręką żony? Nie wiem, a boję się zapytać.



Komentarze
Pokaż komentarze (48)