Naiwność i głupota. Głupota i naiwność. O podłości nie warto wspominać.
Krzysztof Kłopotowski, którego lubię, cenię i szanuję, co jakiś czas nawołuje do umiaru. W imię racji, którym z czystym sumieniem należałoby przyklasnąć. Obserwując i oceniając, dochodzi do wniosku, że wyniszczające obrzucanie się błotem, niecheć, która dawno przerodziła się w nienawiść, i głuchota na jakiekolwiek argumenty, osłabiają Polskę, a z Polaków czynią niedobre stwory. Ma rację - to nie ulega wątpliwości, ale przepisywane przez niego lekarstwa są wyłącznie placebo, a przyczyny schorzenia zdiagnozowane zostały w zanadto dobrotliwy sposób.
Nigdy nie jest tak, i nigdy tak nie bywało, by w jakimś konflikcie (obojętnie czego on dotyczył) obie strony ponosiły winę. A w każdym razie winę tak samo wielką. Ktoś prowokuje, ktoś zaczyna, ktoś podsyca, ktoś eskaluje. Druga strona może się albo temu poddać, czyli ulec, albo odpowiedzieć dostępnymi środkami. Strona poszkodowana, choć także nie jest bez winy, powinna, jeśli dobrze odczytuję intencje Kłopotowskiego, zdobyć się na jakiś gest. Szlachetne to, ale całkowicie nieżyciowe. Polityka nie jest literaturą, a już na pewno nie jest literaturą kończącą się wylewanymi łzami radości. Gdy strona poszkodowana okaże choć trochę "dobrej woli", będzie to przyjęte nie jako wyciągnięcie dłoni do zgody, ale jako okazanie słabości. A słabi w polityce nie istnieją. Odchodzą w niebyt. "Spróbujmy się polubić", "rozmawiajmy ze sobą", pisze Kłopotowski. Spróbujmy więc, czytając teksty poświęcone niedawnemu "sprzątaniu" pod Pałacem Prezydenckim.
Można spróbować "polubić" przeciwnika, gdy stać go na okazanie czegoś, co choć w mglistych zarysach przypomina elementarny, przypisany istocie ludzkiej szacunek. Można spróbować "polubić" śmiertelnego wroga, nawet zwycięskiego śmiertelnego wroga, gdy stać go na powiedzenie gloria victis. Czy można polubić wroga, który z uśmiechem na twarzy i z nienawiścią w oczach pluje ci w twarz? Nie sądzę. "Kochajmy się" ładnie brzmi u wieszcza, ale tylko na papierze, bo i wieszcz wiedział, że jego "Kochajmy się" nigdy się nie ziści.
Z kolei poseł, który, chyba z dumą, podkreśla, że skończył historię, uczy nas politycznego myślenia. Czyni to na głos, bez żenady, bez odrobiny zastanowienia, bez jakiegokolwiek zrozumienia dla istoty polityki. Tego go nauczono podczas studiów historycznych? Jeśli Rosja stoi za zamachem, natychmiast - ironizuje nasz znakomity historyk - wypowiedzmy jej wojnę. I, wyobrażam sobie, pisząc to, nie drgnął mu nawet jeden muskuł twarzy. To nie jest problem przenoszenia się z partii do partii, by potem miesiącami bredzić o tym i podobnych sprawach na blogach. To jest kwestia, od której powinno się dostawać gęsiej skóry. I jeszcze jedno. Zadając takie pytanie, nie sposób się zatrzymać. Po nim koniecznie musi paść kolejne (na to jednak nasz ekspert, jak widać, nie wpadł) - jeśli milczymy, gorzej, jeśli udajemy, że nic się nie stało, do czego nas, czyli państwo, to udawanie i to milczenie doprowadzi? Polityką powinni się zajmować ludzie, którzy do niej dorośli. Inni powinni się nią przestać zajmować. Natychmiast.
I wreszcie gest miłości bliźniego. Duchowny rzucający "hienami", z premedytacją nadinterpretuje tekst, z którym polemizuje. W dodatku czyni to w sposób, powiedzmy, daleki od jakiejkolwiek subtelności, a tego duchowny czynić nie powinien. Niesmak wywołuje nie to, że nasz duchowny atakuje rozmyślania Sakiewicza, bo niby dlaczego miałby tego nie czynić, ale to, że posługuje się metodami ... Nie dokończę, by naszego duchownego nie zawstydzać.
W tytule zaznaczyłem, że o Dulcynei nie wspomnę. Nie zasługuje na to.



Komentarze
Pokaż komentarze (184)