W wiodącej nie od dziś "narracji" (dureń przyjmie wszystko, nawet propozycję nazywania klusek "mączną epiką") ścierają się dwa stanowiska odnoszące się do kształtu polskiej polityki zagranicznej: "twardego partnerstwa" oraz "ubogiej i brzydkiej panny". "Twarde partnerstwo" odeszło w niebyt obsypane obelgami, drwinami i wzruszeniem ramion. Nie spełniło oczekiwań, skłócając Polskę z (w zależności od inwencji) sąsiadami, Europą lub światem. Tylko polityka zrozumienia, porozumienia, zasypywania podziałów, ran, zaszłości, może oznaczać, że (w zależności od inwencji) sąsiedzi, Europa lub świat będą nas (w zależności od inwencji) szanować, kochać lub traktować poważnie. "Uboga i brzydka panna" nie ma wyboru - jak to uboga i brzydka panna. Kłaniając się wszystkim, ustępując wszystkim, pozwalając się wszystkim poklepywać po plecach, milcząc, gdy trzeba mówić, mówiąc, gdy trzeba milczeć, i wiecznie się uśmiechając, liczy, że zostanie zaaprobowana przez wszystkich i stanie się wreszcie poważnym partnerem politycznym.
Każdy głos, który mówił, że słabi, nawet jeśli rzeczywiście są słabi, nie mogą pozwalać sobą pomiatać, uznawany był za głos "oszołoma". Gorzej - za durnia. Każdy, kto czuł wiatr na plecach wygłaszał podobne sądy. Politycy, dyplomaci, eksperci, celebryci i idioci. Każdą z tych grup można w jakiś sposób zrozumieć. Nie każdy musi się znać na wszystkim, choć akurat od polityków i dyplomatów chyba (?) wolno tego wymagać. Można ich zresztą w dowód "uznania" wysłać do wszystkich diabłów. Ekspertów jednak nic nie może usprawiedliwić. Nic, nikt i nigdy. I nic im nie można zrobić. A przecież, żeby wiedzieć, że słaby manifestujący swą słabość nigdy, przez nikogo nie będzie traktowany poważnie, trzeba jedynie znać historię. Choćby pobieżnie.
Manifestowana dotychczas polityczna mentalność "ubogiej i brzydkiej panny", mimo nieprzyjemnych zgrzytów, nie doznawała uszczerbku. Dlaczego? Na to pytanie każdy musi sam udzielić sobie odpowiedzi. Od dziś, a właściwie od wczoraj, sytuacja się jednak skomplikowała. Pokazała, nie po raz pierwszy, ale tym razem bardzo dosadnie, że Moskwę można kochać, można się z nią jednać, można jej ustępować, można udawać głupiego, nie dostrzegając różnych jej posunięć, można zrobić więcej, ale wszystko to na nic.
Moskwa nie lubi (a to delikatne określenie) twardych graczy politycznych, choćby nie dysponowali zbyt wielką siłą, ale w jakiś sposób ich szanuje (historia uczy tego nawet inteligentnych opornie). Słabych, którzy padają przed nią na kolana, trwając bez ruchu, lubi (choć może jest to określenie trochę zanadto optymistyczne), ale nimi jednocześnie, nie ukrywając tego przed nikim, pogardza. Jak nikim innym. A skoro pogardza, może ich traktować tak, jak potraktowała dziś (a właściwie już wczoraj) ocieplenie stosunków polsko-rosyjskich.



Komentarze
Pokaż komentarze (14)