capa capa
1778
BLOG

Pani prezydent idzie na wojnę

capa capa Polityka Obserwuj notkę 89

Pani prezydent miasta stołecznego, nasza kochana ozdoba miasta stołecznego, nasza ozdoba wszechświata, postanowiła skończyć ze staroświeckością. Pani prezydent, która w dawnych latach bez przerwy się modliła (chyba, że ktoś jedynie plotkował na ten temat), wszystkim przebaczała, dzieliła się jajeczkiem a nawet śledzikiem, gdy zaszła taka potrzeba, odbierana była przez naród jako typowy przykład zwiewnej białogłowy. Nie dziwię się narodowi, bom sam, gdym tylko panią prezydent ujrzał po raz pierwszy, krzyknął: zwiewna białogłowa. Zwiewna białogłowa dalej byłaby zwiewną białogłową, gdyby nie odezwał się elektorat. Ten elektorat to dziwna rzecz. Mógłby się nie odzywać, a tu, patrzcie, nieoczekiwanie się odezwał.

Elektorat zasypał panią prezydent mailami (że niby taki nowoczesny). Omal nie pozbawił ją tchu. Gdy tylko pani prezydent wydobyła się spod stosu maili, który ją przywalił do podłogi i zawzięcie trzymał, rączo podskoczyła, zakasała rękawy i swym słodziutkim głosikiem krzyknęła: dość!!! W sąsiednich pokojach pospadały ze ścian obrazy, zachwiały się regały, panna Zosia połknęła pudełko spinaczy a pan Władek pieczątkę.

Głos ludu - rzecz święta. Pani prezydent, ściągając z czoła ostatniego, przyklejonego doń maila, postanowiła zmienić charakter swej prezydentury. Dotychczas hołubiła PiS (empatia rozlewała się po niej jak mleko po cudach rządu i partii), ale w końcu pojęła, że wiecznie nie można być samolubem. PiS nie pozwala elektoratowi żyć godnie, trzeba wziąć się za PiS. Dość słodzenia, głaskania po główce, ciągłego ustępowania. Od dziś, rzekła sobie pani prezydent, wet za wet, wek (chyba weck?) za wek, cios za cios.

Pani Renatka (a może Wioletka, a może Samanta, a może ... skąd mam wiedzieć, przecież nie pracuję w Ratuszu), wbiegając do gabinetu pani prezydent, myślała biedaczka, że panią prezydent ugryzła mucha ce-ce (pani Renatka wyobrażała sobie, że tę muchę należy pisać przez "ce-ce"), podniosła ręce do góry i oblała się lepkim potem. Muchy wprawdzie w gabinecie nie było, ale na środku stała pani prezydent. Niby nic niezwykłego, w końcu pani prezydent albo siedzi, albo stoi. Tym razem jednak pani prezydent stała jakoś tak inaczej. Na głowie hełm (kolega pani prezydent napisałby "chełm"), na twarzy wymalowane słoneczka miłości, na piersiach lornetka, za pasem siedem rewolwerów, zza pleców wyłaniał się karabin maszynowy, w dłoni miotacz ognia, w oficerkach noże, sztylety i bagnety, u nóg ckm.

"Idę (inny kolega rzekłby po łacinie "idem") strzec porządku w stolicy" - rzekła pani prezydent i opisała, jak będzie to czynić. Samochody podejrzane o pisowskość spali, zerwie chodniki, gdy dojrzy twarz podobną do twarzy pisowca, bo to łatwo rozpoznać, dzieci z chorągiewkami, bo to na pewno dzieci pisowskie, odeśle do sierocińców, pisowskich starców połapie na arkan (arkan, dla niepoznaki, schowała pani prezydent ... gdzieś go musiała schować, bo był niewidoczny) i przekaże do dyspozycji poseł Muchy, a gdy spotka prezesa, wyzwie go na pojedynek. Poetycki pojedynek. On w nią strofami Herberta, ona w niego strofami Majakowskiego.

I poszła. Gdy wróci, resztę dopowie.  

capa
O mnie capa

"Jestem jak harfa eolska, która wyda kilka pięknych dźwięków, ale nie zagra żadnej pieśni."

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (89)

Inne tematy w dziale Polityka