W kwaterze głównej partii i rządu już zacierano dłonie, bo spodziewano się, że sławny ojciec zwycięstwa prezydenta Obamy okaże się również ojcem (a może i matką) zwycięstwa partii i rządu. Zacierano te dłonie, zacierano, niektóre dłonie nabawiły się odcisków, inne rozpaliły się do takiej czerwoności, że Sławomir Sierakowski chciał z nimi przeprowadzać wywiady, a tu nieoczekiwanie zaszła pomyłka. Doradzacz doradzał, ale nie Obamie, a może i doradzał Obamie, ale Obama o tym nie wiedział, słowem - wyszło jakoś głupio. Dłonie nienawykłe do tak intensywnej pracy opadły, już wydawało się, że pół Polski pęknie ze śmiechu, gdy niespodziewanie ktoś podpowiedział, żeby skorzystać z usług szamana.
Początkowo przyjęto ten pomysł z pewnym niedowierzaniem (taka nowoczesna partia i taki nowoczesny rząd i szaman - trochę wstyd), ale w końcu stwierdzono, że spróbować nie zaszkodzi. Na wszelki wypadek postanowiono jedynie sprawy nie nagłaśniać. Dlatego nikt jeszcze o tym nie wie. Ja wiem, bo dzwoniła do mnie pewna emerytowana rewolucjonistka, która z tym szamanem grywa w pikietę. Szaman nazywa się tak jakoś po szamańsku, nawet nie będę próbował powtarzać. Nazwijmy go po prostu szaman Abrakadabra.
By zachować wszelkie środki ostrożności, Abrakadabra chodzi w przebraniu. Raz jest (podobno, bo ja go przecież nie widziałem) posłem Szejnfeldem, raz ministrem Grabarczykiem (gdy minister Grabarczyk buduje autostrady, Abrakadabra udaje kogoś innego), innym razem minister Piterą. Wystarczy dobrze się przyglądać ludziom partii i rządu, baczny obserwator dostrzeże jakieś zmiany. Gdy je dostrzeże, będzie już wiedział, że widzi i słyszy szamana Abrakadabrę.
Szaman (myślę, że nie zdradzam żadnej tajemnicy, bo wie o tym każde dziecko) jak to szaman - szamani. Abrakadabra, ale nie biorę za to odpowiedzialności, przywołuję jedynie słowa jego pikietowej znajomej, wymyśla różne techniki. W zależności od osób, z którymi ma do czynienia. Jednych przemienia w coś, innych uczy różnych sztuczek szamańskich. W kogo lub w co pozamienia część członków partii i rządu, nie mam pojęcia, mam tylko nadzieję, że nie w komary, by kąsały (naukowo brzmi to komarzyły, ale skoro nie każdy z nas jest naukowcem, musimy się zadowolić amatorskim "kąsaniem") prezesa. Wiadomo bowiem, że wśród nich, tych członków, są zdolni i zdolniejsi. Jedni byliby kąsali prezesa, i bardzo dobrze, jeśli wielki demaskator Stefan Bratkowski dostrzegł w nim faszystę, trzeba go kąsać. Drudzy mogliby się pomylić i zamiast kąsać prezesa, zaczęliby kąsać mnie. Mnie? A za co?
Niekomarów Abrakadabra ma obdarzyć, czyli zaczarować (nie bójmy się tego słowa). Ktoś dostanie pięć języków. Nie języków obcych, takich zwykłych, do lizania. I będzie mówił pięć razy więcej, niż dotychczas. Można się domyślić, na kogo wypadnie. Inni dostaną dodatkowe pary rąk. Do pracy. W resortach, których cuda się nie imają, będzie jak znalazł. Jeszcze inni dostaną dodatkową parę nóg. Nie mam pojęcia, po co, ale Abrakadabra przecież wie lepiej. Każdy coś dostanie. Jeden z posłów ma podobno dostać drugą głowę. Oby lepszą. Tylko dwie osoby zostaną pominięte w tym rozdawnictwie: premier (nie trzeba tłumaczyć dlaczego) i prezydent (tego z kolei nie potrafię wytłumaczyć).
W chwili, gdy słupki poparcia wzrosną do ... (dostrzeżecie to), okaże się, że Abrakadabra wywiązał się z zadania.



Komentarze
Pokaż komentarze (26)