Dulcynea, niegdyś moja Dulcynea, postanowiła porzucić swoje spokojne Tabasco. Żyła tam w sielskiej atmosferze, piłowała drewno, prostowała marchewki, kopała kanał z Tabasco do Mandżurii. W chwilach wolnych od pracy wiła wianek z mandragory. Uwiła kilometrowy i włożyła sobie na cenną głowę. Nie imały się jej żadne troski.
Pech chciał, że dowiedziała się o podróży prezydenta Obamy na zieloną wyspę. Początkowo przyjęła to bez emocji. Przyjedzie prezydent do prezydenta i będą prezydencić - mówiła sobie. Mówiła tak, bo znana jest z twórczego języka. I podśpiewywała. Nie wiem, co, ponieważ śpiewała w tabascańskim dialekcie. Uspokojona już zabierała się do dalszego wicia, by wyglądać jeszcze dostojniej, gdy nagle doszły wieści o prezesie.
Prezes miał tę niegodziwą cechę, że wyprowadzał Dulcyneę z równowagi. Na myśl o tym, że niegodny prezes spotka się z prezydentem Obamą u prezydenta, że może zechce wszystkim podawać dłoń, że wkroczy do pałacu otoczony szmaciakami, szmaciankami i szmatulami - Dulcynea eksplodowała.
Na tym można by skończyć naszą opowieść, ale jednak nie można. Różni ludzie eksplodują różnie. Dulcynea eksploduje po swojemu. Zdarła z siebie wianek, co zabrało jednak trochę czasu, powyciągała z kufrów stare prześcieradła, pędzle, farby i dalejże malować transparenty. Na jednym napisała: "Brudne ręce, precz!". Na drugim: "Nie tykać głów państw!" . Na trzecim: "Prezes, ty, komucho-postkomuchu!". Na czwartym ... Nie chcę zanudzać, dodam więc tylko, że stworzyła siedemset transparentów. Uradowana poowijała się nimi, wsiadła na osła i pognała na zieloną wyspę.
Oflagowana będzie bronić dostępu do pałacu. Może zrobimy to samo? W przeciwnym razie prezydent Obama gotów zlekceważyć nasze łupki. Pal sześć łupki, ale jeśli zlekceważy nasze głupki?



Komentarze
Pokaż komentarze (137)