PiS, ta sekta małych, zakompleksionych, słabo wykształconych, źle ubranych ludzi wydawała się niezatapialna. Zasklepiona w swym nielicznym buraczano-kukurydzianym elektoracie wegetowała, zazdrośnie obserwując wzrost potęgi naszej ukochanej partii. Podrygiwała od czasu do czasu, ale nijak nie mogła zagrozić, całe szczęście, postępowej części narodu.
Podrygiwała z rozpaczliwą nieudolnością, ale się nie rozkładała. Nic, zdawało się, nie mogło jej rozłożyć. Nic, dosłownie nic. Nic i nikt. Ani nasz dziarski marszałek, którego od czasu, gdy nie trzyma warty na wałach przeciwpowodziowych, rozpiera nadmierna aktywność, ani poseł Kutz, który jako jedyny mieszkaniec globu rozumie, co sam mówi, a mówi dużo, ani minister Sikorski, który, jak na dżentelmena przystało, po dżentelmeńsku proponował prezesowi wakacje (a wiadomo, prezes lubi wysyłać rodaków na wakacje, ale sam nie wyjeżdża), ani chorobliwie obiektywni dziennikarze, którzy dla dobra PiS-u bez przerwy pokazywali upadki PiS-u, ani poseł Kalisz, który swym wypracowanym na sławnych kortach smeczem chciał wysetować PiS prawniczo. Nikt. O, zgrozo, nawet sam pan premier. Nawet pan premier, który kocha PiS, bo kocha nas wszystkich, ale kocha PiS miłością ojcowską, bo jest naszym ojcem, a miłość ojcowska jest surowa, nawet on, smagając PiS swymi Demostenesowskimi frazami, nie mógł sobie z PiS-em poradzić.
Byłby tak ten - kompromitujący nas przed światem - PiS trwał w nieskończoność, gdyby nie potęga blogu. W PiS-ie są różne komórki. Jest komórka kominiarek, komórka nasłuchu, komórka optyczna, komórka przytakujemy prezesowi, mnóstwo komórek. Ostatnio, na nasze szczęście, na nieszczęście PiS-u, rozkazem specjalnym prezesa nr 2439/546/748/2011 powołano komórkę do czytania blogów. Niewiele z tego wynikało, bo wszak wiadomo, że blogerzy jak blogerzy, piszą, co ślina na język przyniesie. Nieoczekiwanie jednak przeczytano, w blogu najlepszego analityka po tej stronie wielkiej rzeki, że w dłoniach premiera znajduje się miecz. Powiało grozą. Groza spotężniała, gdy ktoś doczytał, że chodzi o miecz Damoklesa. Gdy wreszcie zorientowano się, że ten miecz wisi, a więc równie dobrze może spaść, prezes spasował.
"Mogłem walczyć z wszystkimi i z wszystkim, ale z wiszącym mieczem Damoklesa nie dam rady - rzekł. Poddaję się." Wyciągnął z kieszeni kajdany, założył je sobie, rozkazał europosłowi Ziobrze wyciągnąć z podręcznego worka naręcze kajdan, które ten trzymał w nim na wszelki wypadek, i założyć je wszystkim członkom PiS-u. Na końcu europoseł Ziobro ozdobił kajdanami swe, skompromitowane, pisowskie ręce. Odziany w kajdany zagon PiS-u, z własnej inicjatywy, maszeruje w tej chwili do aresztu.
Możemy odsapnąć, Polska jest uratowana.



Komentarze
Pokaż komentarze (125)