Ostatnie tygodnie zdyskredytowały szczaw. Niesłusznie i niesprawiedliwie. Tak u nas, niestety, jest. Gdy brak argumentów - wyśmiewamy. A przecież niewinnie przez miłującego bliźnich rzucona myśl, gdyby się nad nią dłużej zatrzymać, okazuje się bezcenna.
Kraj nasz, mimo ogromnych sukcesów, nadal nie odnosi sukcesów. Europa tonie wprawdzie w odmętach kryzysu, a my spokojnie wiosłujemy, ale korab nasz wyraźnie przecieka. Premier może się urobić po łokcie, sam jednak, co brzmi złowieszczo, nie może być jednocześnie żaglem, majtkiem, kotwicą i kapitanem. Dlaczego nikt nie pomaga premierowi, nie wiem, mogę się tylko domyślać. Wiem jednak, że premier bardzo to przeżywa. Jego słowa o tym, że więcej czasu poświęca grze w piłkę i kibicowaniu niż polityce, które bezradni zawistnicy obśmiali, zabrzmiały przecież jak lament. Chciałbym, mógłbym - mówił między wierszami premier - ale brak mi już sił, by samemu dźwigać wszystkie ciężary.
A pomocnicy? A pomocnicy proponują przeniesienie tego tam, tamtego tu, owego gdzieś. Napracują się, biedacy, nic jednak z tego nie wynika. Wiatrów dużo, ale wiatru nie ma. Czy u nas nie ma prawdziwych ekspertów gospodarczych? Czy u nas nie ma żadnych bogactw, którymi moglibyśmy uszczęśliwić świat? Węglem nie będziemy się chwalić, diamentów nie mamy (mamy dyamenty, ale one są nam samym potrzebne), a łupki zachowujemy na naprawdę czarną godzinę. Czy to oznacza, że jesteśmy bezsilni?
Ależ skąd! Diamenty i ropa to tylko problem. Zazdrośnicy mogą się podkopać i wykraść albo podpalić. Poza tym wszystko to jest drogie eksploatacyjnie. Zamiast diamentów i ropy dajmy światu to, co mamy, co możemy mieć w nadmiarze. W "złotym wieku", który ani nie był taki złoty, ani nie trwał tak długo, jak się twierdzi, dawaliśmy światu zboże. Dawaliśmy, bo mieliśmy w nadmiarze. Dawaliśmy i byliśmy potęgą. A przynajmniej tak nam się wydawało. Dziś możemy dać światu coś stokroć ważniejszego. Możemy dać światu szczaw.
Szczaw jest eliksirem. Żelazo, karoten, białko, witamina C - samo zdrowie. I żadnych nakładów. Cała ziemia w ręce, izwinitie, cała ziemia pod szczaw. Stadiony, z których nie ma żadnego pożytku, a które jednocześnie zapewnią odpowiednią wilgotność, Orliki, pola, polanki, Polanki (cała), ogrody i skwery, balkony i fantomy autostrad. Wszędzie szczaw. Szczaw rośnie, rośnie, wreszcie wyrasta. Zbieramy szczaw. Likwidujemy tym samym bezrobocie, przywracamy PGR-y, opróżniamy więzienia, domy poprawcze, sierocińce, domy spokojnej starości i szpitale. Zamiast płacić mandaty bezduszni kierowcy trafiają na pola szczawiowe, zamiast studiować, bo i po co, niedoszli studenci przychodzą im w sukurs. Na pola szczawiowe wysyłamy też tych, którzy nie umieją optymistycznie patrzeć na nasz dryfujący korab. Zrywamy, jemy i eksportujemy. W ilościach nieznanych dotychczas historii eksportu.
Rodaków do wartości odżywczej szczawiu nie trzeba będzie przekonywać. Nie do takich rzeczy ich, czyli nas, przekonano. Zagranicę przekonamy równie łatwo. Wystarczy kilka wojaży naszych ukochanych przywódców lub byłych przywódców, którzy zamiast mówić o czymś, o czym nikt nie chce słuchać, będą mówić o zdrowiu. A o zdrowiu słuchać chce każdy. O zdrowiu fizycznym i psychicznym, bo szczaw działa też wybornie na intelekt.
Nie musimy być monotematyczni. Poza szczawiem możemy zaproponować kapustę, z której powstaje bigos.
Za dwa-trzy lata staniemy się prawdziwą zieloną wyspą. Wyspą szczawiową. Będziemy zdrowi, młodzi, bogaci i szczęśliwi. Anglicy, Niemcy, Francuzi, bez pracy u siebie, będą przepychać się, by znaleźć dobrze płatne zajęcie na polach szczawiowych w Polsce, a premier będzie mógł mówić z dumą, że nic tak bardzo go nie zajmuje jak polityka szczawiowa.
Rady tej udzielam gratis, bo lubię zielony kolor.


Komentarze
Pokaż komentarze (94)