6 obserwujących
85 notek
31k odsłon
  150   0

JACEK D. - HISTORIA PRZEGRANEGO POKOLENIA (X)

     Mówi się że, każda epoka ma swojego idola, a każde pokolenie ma swój hymn. O naszych idolach z lat osiemdziesiątych, jeżeli jeszcze pamiętamy, to zapewne wolelibyśmy zapomnieć. Wymienianie tu ich nazwisk służyłoby utrwalaniu pamięci o nich, lepiej więc przemilczeć tych przebrzmiałych, wątpliwych bohaterów.
     Co do hymnu… Dość skutecznie próbowano skojarzyć pokolenie stanu wojennego i lat osiemdziesiątych z „Autobiografią” zespołu Perfect. Zważywszy na to, że główną rolę w wylansowaniu tego utworu odegrał zmilitaryzowany III Program PR można przyjąć, że była to zamierzona socjotechniczna manipulacja. Inaczej mówiąc, taki hymn był do zaakceptowania przez komunistyczną władzę i zaistniał medialnie za jej aprobatą. W rzeczywistości tekst „Autobiografii” mówi coś niecoś o historii pokolenia wcześniejszego. My, urodzeni w latach sześćdziesiątych, mieliśmy tylko powielać ich peerelowsko-inteligenckie dylematy, typowy dla nich, trochę romantyczny i tragiczny, cykl wzlotów i upadków. Mieliśmy uznawać ten fatalizm za swój. Nie oceniając, na ile wiernie „Autobiografia” oddawała przeżycia pierwszego pokolenia PRL-u, dla nas mogła być co najwyżej przypomnieniem, przestrogą, że nie wolno wznosić się za wysoko, ale ta myśl, to przekonanie wybrzmiało tak naprawdę dopiero później w innej piosence innego zespołu. Co charakterystyczne utwór „1980 Nasze reggae” zespołu Sztywny Pal Azji nigdy nawet nie zbliżył się popularnością do „Autobiografii”, choć trzeba przyznać, że wylansowała go również (a jakże) radiowa Trójka. Przyczyn pewnie było kilka. Zdaje się, że zadecydowała temperatura emocji – zupełnie inna w 1982 roku i dziesięć lat później.


     Moim zdaniem refren-motto „nie wolno wznosić się za wysoko” doskonale oddaje postawę pokolenia urodzonych w latach sześćdziesiątych, pierwszego i chyba jedynego całkowicie ukształtowanego przez realia Polski Ludowej. PRL wpoiła w nas bierność, minimalizm celów, poczucie bezsiły i niewiarę w swoje możliwości. Ten refren mówi o wielu mi bliskich, bliskich metrykalnie.
     Mimo swoich wygórowanych ambicji doskonale wpisał się weń swoją pokręconą biografią Jacek D. Czym? Łatwością, z jaką porzucał swoje własne plany, by podpiąć się pod dobrze rokujące zastane układy, swoją groteskową, nieprzejrzystą karierą i w końcu jej żałosnym schyłkiem i tragiczną, bezsensowną śmiercią.
     Nie będę zaprzeczał – odbieram ten refren jako dedykowany również i mnie samemu. Najoględniej rzecz ujmując, na każdym etapie życia ograniczałem się jedynie do kosztowania z drzewa dobrego i złego, nigdy nie miałem odwagi, by samemu posadzić jakikolwiek ogród. W tamtych czasach, na przełomie osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych lat, jedynym moim pragnieniem, jedyną moją ambicją było uciec stąd – na długo, jak się da to nawet na zawsze. Oczywiście na Zachód. Pomysł, a potem już twarde postanowienie, narodził się w czasie służby wojskowej.  By nie tracić czasu, od razu zacząłem doskonalić mój niemiecki. Zaraz po wojsku wysłałem papiery na uniwersytet w jednej z bawarskich metropolii. Po wielu staraniach i przygodach rozpocząłem wiosną 1990 roku kolejne studia, które były dla mnie tylko i wyłącznie sposobem na zalegalizowanie dłuższego pobytu w Niemczech. Nie miałem żadnego naukowego, ani zawodowego celu, żadnego praktycznego pomysłu do zrealizowania. Chciałem posmakować wolności, innego, lepszego życia, przeżyć coś ciekawego. Jak wiadomo, drzewo dobrego i złego jest źródłem poznania. Po dwóch latach wróciłem do kraju nie zyskując nic poza trzeźwym spojrzeniem na idealizowane wcześniej Niemcy, które wbrew wypracowanej przez powojenne dziesięciolecia propagandzie wcale nie uporały się ze swoimi demonami. Niemcy z upodobaniem niemal wszystko poddają krytyce. Wydawałoby się, że nie ma tu świętych krów – z zasady kwestionuje się tam wszelkie możliwe autorytety: historyczne, kościelne, społeczne, no i rzecz jasna polityczne. Jedno, z czym Niemcy sobie nie radzą to oni sami – wciąż boją się, bądź nie potrafią być duetchskritisch, nie są w stanie twardo i realnie oceniać siebie samych. Owszem, chętnie się zgodzą, że tak samo jak inni są dziećmi tego samego Boga, ale zaraz pomyślą, że jednak tymi lepszymi. I to ma i zapewne będzie jeszcze miało swoje konsekwencje. Nierozbrojona bomba wciąż tyka. Tyka coraz głośniej.
     Jedną z takich konsekwencji, rzecz jasna najmniej ważną, było to, że w referendum akcesyjnym zagłosowałem przeciwko. Zapewne dużą przesadą byłoby obwinianie siebie samego za to, że tak wielu Polaków nie dostrzegało wtedy w Unii Europejskiej służącego niemieckim interesom lewacko-etatystycznego lewiatana, ale niewątpliwie fakt, iż w mojej najbliższej rodzinie wszyscy poza mną oddali głos na tak, to już kwestia mojej bierności i zaniechań – moja porażka.
                                                              

Lubię to! Skomentuj5 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale