6 obserwujących
85 notek
31k odsłon
  108   0

JACEK D. - HISTORIA PRZEGRANEGO POKOLENIA (XI)

  -   No dobra, Paweł, długo kazałeś mi czekać.  Przypomnisz sobie jeszcze, co miałeś wtedy na myśli?
   -   Co? Kiedy? O co ci chodzi?
   -    No wtedy,  rozmawialiśmy o Jacku D. Mówiłeś, że źle skończy, ale nie chodziło ci o jego śmierć… Znowu minęło ileś tam lat, może byśmy skończyli wreszcie tę rozmowę. Jeżeli nie teraz to kiedy?

    -   No tak, zgadza się. Chcesz to znów drążyć?... To już taka prehistoria…   dwie dekady, końcówka tamtego wieku… Nie wiem, jak dobrze pamiętasz tamte czasy… Mam na myśli politykę. AWS w zupełnym rozkładzie, komuchy powracali hardzi z czyśćca, Kwaśniewski panoszył się już drugą kadencję. Ludzie starej SOLIDARNOŚCI coraz częściej pękali, niektórzy całkiem bezwstydnie przechodzili na stronę postkomuny. Nie wiem czy dla kasy, kariery, czy po prostu pokazywali, kim naprawdę byli. Pamiętasz, była taka Labuda działaczka podziemia z Wrocławia, pamiętasz?
   -   Jak mówisz?   
   -   Labuda.
   -   No nie.
    -   No tak, przekleństwo dobrej pamięci to mój problem – człowiek zaśmieca sobie pamięć sprawami, nazwiskami bez znaczenia. Wylądowała, znaczy ta Labuda – uważasz solidarnościówa - u Kwaśniewskiego. Mówiło się, że specjalnie dla niej MSZ otworzyło ambasadę w Luksemburgu. A takiego gościa jak Milewski kojarzysz?
 -   Milewski…? Milewski…? Który?
  -   Jerzy Milewski, bardzo ciekawa postać, zarejestrowany jako TW, w osiemdziesiątych  latach prowadził biuro SOLIDARNOŚCI w Brukseli. Rozumiesz, niby reprezentował nas w wolnym świecie… W wolnej Polsce odnalazł się jako minister, gdzieżby, w kancelarii Kwaśniewskiego. Domyślasz się już, po co ci to opowiadam?
  -    Raczej słabo.
   -   No więc wyobraź sobie, że Jacek też był nim zauroczony - znaczy Kwachem. Ten aparatczyk wyraźnie czymś mu imponował, nigdy nie mogłem tego rozgryźć. Kiedyś, jeszcze przed końcem komuny, opowiadał mi o nim prawie z zachwytem. Że w sumie niewiele od nas starszy a już coś znaczy, przebojowy, pragmatyczny, otwarty, dobre maniery, dobry angielski. No a potem, dużo później, już prawie na końcu, ni z gruchy ni z pietruchy , wywiad w „Wyborczej”  w stylu „uprzejmie donoszę, że źli ludzie z prawicy szukają haków na biednego prezydenta Kwaśniewskiego”. Rozumiesz? I to gdzie, u michnikoidów! Byłem pewien, że D. będzie kolejny. Pomyślałem wtedy, że pasowałby do  fanklubu Kwaśniewskiego jak mało kto! Że to już czas na niego, że doszedł do kresu – że tak się wyrażę. I to właśnie miałem na myśli, że źle skończy…
   -   Myślisz… On u Kwacha? To Możliwe? Taki twardy antykomunista, prawicowiec? No nie wiem, dla mnie to dziwne. Znałeś go lepiej.
 -    Owszem, znałem go lepiej i o tym właśnie wtedy myślałem. Trudno było mi sobie wyobrazić większy upadek. Wciągała go ta cholerna czarna postkomunistyczna dziura. Pytanie tylko, od kiedy - kiedy to się u niego zaczęło… ten zjazd  w dół, w bagno. Domyślasz się, że aż tak dobrze go jednak nie znałem, żeby to wiedzieć.

     Pewna myśl przemknęła mi w tej chwili przez głowę. Myśl tak straszna, że nie odważyłem się wypowiedzieć jej na głos: "a może Baranina uchronił go przed tym najgorszym.”
 
  -   Ale, ale , skoro rozmawiam z tobą o Jacku… Jeszcze jedna sprawa z epoki dinozaurów…  Nie to, żeby jakoś szczególnie mnie to męczyło, żebym musiał z siebie to wyrzucić – bardziej ciekawość…   Wyobraź sobie, jak zaczynaliśmy studia, zdaje się jeszcze przed strajkiem, Jacek ostrzegał mnie przed tobą… żebym na ciebie uważał, bo… coś z tobą miało być nie tak…
    -   Coś nie tak? Ze mną? No to robi się coraz ciekawiej… Rozumiem, że dopytałeś go, o co mu chodziło?
   -   Hmm, podobno miałeś być w ZOMO…
   -   Hmm, mówisz…  ZOMO… Hmm, a skąd to wiedział?
   -   Czyli jednak…
   -   No owszem, byłem, byłem…  Ale to krótka historia. Poza tym nic ci z mojej strony nie groziło, zresztą nikomu nie groziło – właściwie tylko sobie samemu zaszkodziłem. Załatwili mi bark na ćwiczeniach, przez trzy miesiące byłem w gipsie i  chwała Bogu stwierdzili, że im się do niczego już nie nadam. No wiesz… od zomowca zamiast mózgu wymagali krzepy… a w tej sytuacji… Zresztą, ja sam miałem już dosyć.
   -   No to po jakie licho …
   -   To rodzice.  Miałem dwadzieścia lat, ale właściwie to  szczeniak byłem… Wymyślili sobie, że, jak mam iść do wojska, to lepiej już do milicji, że to jakaś przyszłość dla mnie, lepsze zarobki, szansa na mieszkanie, jakieś przywileje. Mieliśmy w rodzinie milicjanta, też bardzo namawiał, obiecywał pomóc. No i załatwił, że mnie przyjęli… Wszystko skończyło się na szkółce.  I tyle, cała historia. Skąd D. mógł o tym wiedzieć?
   -   Podobno ktoś z polonistyki  widział cię wcześniej  w zomowskim mundurze i miał cię potem rozpoznać na uczelni.
   -   W mundurze…? Trochę dziwne, bo nigdy w mundurze nie wychodziłem na miasto. Wszystko odbywało się za murami jednostki. Powiedział ci, kto to był? Kto mnie rozpoznał?
   -   Tak, wymienił jakieś nazwisko, zrozumiałem, że to jakiś jego znajomy – zdaje się, że ktoś z wyższego roku polonistyki. Mnie to nazwisko nic nie mówiło, nawet nie zapamiętałem - zaraz zapomniałem.
  -   Ciekawe skąd ten ktoś miał mnie znać? Dlaczego się mną interesował?
   -   Znów dobre pytanie, ale bez dobrej odpowiedzi.  W każdym razie widać, że ten ktoś musiał być dobrze poinformowany. Zastanawiam się, co znajomi Jacka mogli wiedzieć o mnie. Ale... być może to brak skromności…  W końcu nie byłem nikim ważnym.













Lubię to! Skomentuj1 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale