Dziennikarze ONET-u z wielkim poświęceniem pojechali do Suwałk.
Nie w celach turystycznych, lecz śledczych. W śmietniku znaleźli kartki.
A na kartkach – nazwiska żołnierzy, telefony, jakieś numery ewidencyjne.
Dla mediów – sensacja. Dla państwa – afera. Dla przeciętnego śmiertelnika – potwierdzenie, że polska biurokracja potrafi wszystko, nawet wyrzucić tajemnicę wojskową razem z gruzem.
Nad Suwałkami zawisł więc duch zdrady, niedbalstwa i zagrożenia.
Redakcje zapełniły się ekspertami od tajemnicy państwowej, a w MON ktoś zapewne powołał komisję do zbadania, kto nie zamknął worka.
Cały kraj dowiedział się, że oto narodowe bezpieczeństwo znalazło się w śmietniku.
I w tym miejscu następuje ironiczny zwrot akcji: bo prawdziwa afera nie leży w śmieciach na Suwalszczyźnie, tylko w marmurowym budynku przy ul. Jasnej w Warszawie.
Tam, gdzie zamiast gruzu leżał etat Dowództwa Komponentu Wojsk Specjalnych, a zamiast hydraulika – sędzia Szmydt, który niedługo potem wyjechał na Białoruś.
W Suwałkach ktoś niechcący wyrzucił dane 29 żołnierzy z pułku saperów.
W Warszawie państwo polskie oficjalnie przekazało sądowi dokument o strukturze swoich wojsk specjalnych – i to do wydziału, z którego urzędnik uciekł prosto w ramiona Łukaszenki.
Ale media nie zauważyły.
Bo przecież to nie pachniało sensacją z kontenera.
W redakcjach panuje logika, że jeśli coś jest w śmieciach – to jest dowodem upadku państwa.
A jeśli coś wycieka z sądu – to materiał dowodowy w aktach.
Jeśli papier był przy farbie – to skandal.
A jeśli przy pieczątce „Wydział II WSA Warszawa” – to procedura.
Zadziwiająca jest ta troska o bezpieczeństwo na peryferiach i jednoczesna ślepota na realne dziury w centrum.
W kraju, gdzie nikt nie wie, kto właściwie kontroluje przepływ dokumentów niejawnych między MON, SKW a sądami, dziennikarze z pasją tropią worek po remoncie.
Bo łatwiej pojechać do Suwałk i pokazać ujęcie worka w błocie niż zapytać, kto w MON podpisał zgodę na wysłanie etatu DKWS do sądu, z którego sędzia zwiał do Mińska.
W PRL mówiło się, że „najciemniej pod latarnią”.
W III RP świeci się reflektorem w śmietnik, żeby przypadkiem nie oświetlić biurka z napisem „Departament Kadr”.
Z Suwałk nie uciekł żaden sędzia.
Nie znaleziono tam dziecięcej pornografii, laptopa z WSA ani dysku z etatem wojsk specjalnych.
Był tylko remont i papier.
A w stolicy – pełna kontrola, pełne procedury i pełna kompromitacja.
Wojskowi z DKWS nie mają szczęścia.
Ich struktura trafia do sądu, ich dane lądują w worku, a ich obrońcy – w mediach – tropią niewłaściwy adres.
Jakby to nie Warszawa, tylko Suwałki decydowały o tym, kto dziś zna polskie tajemnice.
Bo oto państwo, które nie potrafi utrzymać w tajemnicy własnych planów obronnych i struktury etatowej WS, ma za to doskonały refleks w tropieniu śmieciowych afer na prowincji.
Śmieci w Suwałkach stają się symbolem „kryzysu państwa”,
a sąd, z którego sędzia uciekł z wiedzą o DKWS – symbolem „normalności procedur”.
Ktoś powie, że przesadzam.
Ale ja tylko cytuję rzeczywistość.



Komentarze
Pokaż komentarze