W polskim sądzie trzyosobowy skład orzekający wygląda bardzo dostojnie. Trzech ludzi w togach, państwowa powaga, orzeł, protokolant, atmosfera taka, jakby za chwilę miała zapaść decyzja co najmniej o losach imperium rzymskiego, a nie o skardze, zażaleniu, apelacji czy innym produkcie masowej obróbki petenta przez wymiar sprawiedliwości. Strona patrzy na ten skład i myśli sobie: „No, tutaj to już na pewno trzech sędziów pochyliło się nad moją sprawą. Trzy umysły. Trzy doświadczenia. Trzy niezależne analizy. Trzy filary powagi państwa”. I wtedy wchodzi praktyka, cała na czarno, z kubkiem zimnej kawy i mówi: „Nie wygłupiaj się”.
Bo rzeczywistość wygląda często tak, że jest jeden sędzia, który naprawdę czyta akta, myśli, analizuje, referuje, projektuje i zasadniczo wykonuje całą brudną robotę intelektualną. To jest sędzia sprawozdawca. Reszta składu zaś bywa – podkreślam: bywa, bo nie opisuję wszystkich i każdego z osobna – bardziej eleganckim wyposażeniem sali niż trzema równorzędnymi centrami analizy prawnej. Takie żywe flakony ustrojowe. Towarzyszą. Siedzą. Potakują. Czasem dopytają. Niekiedy nawet mają własną myśl. Ale system nie wymusza, żeby każdy z nich przeszedł przez sprawę z identyczną intensywnością poznawczą. I tu zaczyna się prawdziwy kabaret, tylko że bilet za ten spektakl kupuje obywatel, często za cenę własnego życia, majątku, zdrowia albo kilku lat procesowej poniewierki.
Ustawy proceduralne opowiadają nam grzecznie, że sędzia sprawozdawca referuje sprawę. Referuje. Jakże to szlachetnie brzmi. Referat. W polskich warunkach „referować” znaczy jednak nierzadko tyle, co: jeden człowiek ma ogarnąć temat, a pozostali mają zaufać, że ogarnął dobrze. Formalnie wszyscy orzekają. Mentalnie i warsztatowo – bywa z tym różnie. Ustrój udaje koncert trzech instrumentów, a praktyka często daje nam występ solisty z dwoma statystami od powagi.
Nikt oczywiście tego nie powie wprost, bo sąd lubi majestat, a majestat nie lubi, kiedy mu się zagląda pod perukę. Ale każdy, kto liznął sali rozpraw, wie, że w wielu sprawach dzieje się rzecz doskonale ludzka i zarazem fatalna ustrojowo: pozostali członkowie składu, przywaleni tonami własnych referatów, posiedzeń, uzasadnień i terminów, nie mają ani czasu, ani systemowego przymusu, by przeorać akta równie dokładnie jak sprawozdawca. W efekcie narada bywa nie tyle starciem trzech niezależnych analiz, ile raczej kulturalnym przyjęciem do wiadomości tego, co przygotował człowiek prowadzący. Czyli mamy kolegialność dekoracyjną. Taka demokracja proceduralna z kartonu.
To nie jest zarzut moralny do każdego konkretnego sędziego. To jest zarzut do metodyki. Bo jeżeli system organizujesz tak, że tylko jeden koń rzeczywiście ciągnie wóz, a dwa pozostałe idą obok dla fasonu, to nie mów potem obywatelowi, że zapewniłeś mu potrójną gwarancję jakości. Zapewniłeś mu co najwyżej potrójną oprawę dla pojedynczego toku myślowego.
I właśnie tutaj leży trup, którego nikt nie chce wynieść z pokoju, bo jeszcze by zaczęło śmierdzieć reformą. Prawdziwą reformą, nie tą telewizyjną, z konferencją prasową, godłem w tle i ministrem opowiadającym, że od dziś sądy będą szybsze, sprawniejsze i bardziej przyjazne. Nie będą, jeśli nie ruszy się samego serca procesu decyzyjnego.
Bo jeśli naprawdę wierzymy w sens składu wieloosobowego, to trzeba wreszcie przestać udawać, że jego sens polega na tym, że jeden myśli, a dwóch asystuje myśleniu samym faktem siedzenia obok. Sens składu trzyosobowego jest tylko wtedy, gdy istnieją trzy niezależne, autonomiczne i równoległe prace intelektualne nad tą samą sprawą. Trzy odrębne ścieżki dojścia do rozstrzygnięcia. Trzy osobne analizy akt. Trzy osobne mapy problemów prawnych. Trzy osobne projekty odpowiedzi na pytanie, kto ma rację, a kto próbował sądowi sprzedać pasztet jako polędwicę.
Dopiero wtedy narada ma sens. Narada nie jako odczytanie referatu przez prymusa i kiwanie głowami przez resztę klasy. Narada jako zderzenie trzech autonomicznych umysłów, które do końca nie wiedzą, co wymyślili pozostali, dopóki nie siądą razem. Dopiero to daje szansę na prawdziwą korektę błędów poznawczych. Dopiero to minimalizuje ryzyko, że cały skład pójdzie w maliny razem z pierwszym referentem, bo reszta nie miała kiedy albo jak sprawdzić, czy te maliny nie rosną aby na bagnie.
Dzisiaj system działa inaczej. Dzisiaj w wielu miejscach produkuje zjawisko, które można nazwać sędziowskim efektem tunelu. Sprawozdawca buduje narrację sprawy: co ważne, co nieważne, co jest osią sporu, a co marginesem, który można kopnąć pod stół. I potem pozostali sędziowie wchodzą już nie w dziewiczy krajobraz akt, tylko w krajobraz opowiedziany. A jak wiadomo, kto pierwszy opowiada historię, ten zwykle ustawia emocje, akcenty i granice myślenia. To jest stara zasada od platońskich dialogów po wiejskie kłótnie o miedzę. Pierwszy bajarz ma przewagę. W sądzie ta przewaga nie powinna mieć aż takiego ciężaru, bo tu nie idzie o to, kto ładniej mówi, tylko kto trafniej widzi.
Oczywiście zaraz odezwą się praktycy realizmu urzędowego i powiedzą: „Panie, ale to niemożliwe. Nie ma ludzi, nie ma czasu, nie ma pieniędzy, referaty pękają, wokandy są zawalone, a pan tu chce trzy równoległe analizy?”. Tak, właśnie tego chcę. Bo jeśli państwo nie jest w stanie sfinansować realnej kolegialności, to niech przynajmniej przestanie obywatelowi wciskać, że ją daje. Niech uczciwie napisze na drzwiach: „Tu sprawę w praktyce prowadzi jeden sędzia, pozostali pomagają utrzymać ceremonialną geometrię orzekania”. Byłoby przynajmniej szczerze.
Ale skoro państwo z uporem maniaka utrzymuje składy kolegialne jako rzekomą gwarancję jakości, to powinno też ponieść konsekwencje tej deklaracji. A konsekwencją musi być zmiana procedur. Nie kosmetyka. Nie ściemnianie o „usprawnieniu obiegu dokumentów”. Tylko twardy obowiązek: w składzie trzyosobowym każdy sędzia powinien przed naradą sporządzić własne, odrębne stanowisko robocze, choćby w formule wewnętrznej noty. Niech to nie będzie od razu epopeja na czterdzieści stron. Wystarczy syntetyczna matryca: stan faktyczny, główne zagadnienia prawne, proponowane rozstrzygnięcie, kluczowe motywy, możliwe wątpliwości. Dopiero potem narada. Dopiero potem zderzenie. Dopiero potem wspólne szycie wyroku.
Wtedy nagle mogłoby się okazać, że sędzia numer dwa dostrzegł coś, co umknęło sprawozdawcy. Że sędzia numer trzy inaczej rozkłada ciężar dowodowy. Że ktoś zauważył oczywistą dziurę, której nikt by nie ruszył, gdyby narada polegała wyłącznie na konsumowaniu cudzego referatu. Wtedy skład wieloosobowy przestałby być dekoracją, a stałby się mechanizmem bezpieczeństwa. I właśnie o bezpieczeństwo strony tutaj chodzi. Nie o komfort urzędu. Nie o tradycję. Nie o zawodową mitologię.
Bo obywatel nie przychodzi do sądu po udział w misterium. Obywatel przychodzi po to, żeby jego sprawę naprawdę przemyślano. Nie „obsłużono”. Nie „zreferowano”. Nie „przerobiono”. Przemyślano. A myśmy sobie urządzili system, w którym często myśli przede wszystkim jeden, a pozostali są od tego, żeby myślenie wyglądało bardziej oficjalnie.
To zresztą nie jest problem tylko sądów powszechnych. W sądach administracyjnych bywa podobnie: grube tomy akt, poziom abstrakcji prawnej taki, że zwykły człowiek po trzech stronach chce uciec do lasu i hodować kozy, a jednak od obywatela oczekuje się wiary, że trzech zawodowych sędziów z równą pieczołowitością przeorało każdą stronę materiału. Wiary. Nie wiedzy. Wiary. I tutaj właśnie rodzi się ten cichy, ustrojowy cynizm: państwo chce, żebyś wierzył w standard, którego samo proceduralnie nie zabezpieczyło.
Potem zaś słyszymy frazesy o niezawisłości, profesjonalizmie i randze narady. Bardzo dobrze, tylko niezawisłość bez realnej autonomii poznawczej bywa pojęciem lekko nadmuchanym. Bo cóż to za pełna niezawisłość członka składu, jeśli jego własny proces dochodzenia do decyzji może zostać zdominowany przez cudzą selekcję materiału i cudzy tok prezentacji sprawy? Niezawisłość to nie tylko brak telefonu z ministerstwa. Niezawisłość to także samodzielność umysłowa w obrębie własnego składu.
Rzecz jasna, nie chodzi o to, by z sędziów robić zakon kartuzów, którzy każdy tom akt będą ślęczeć po nocach w celi, mrucząc do siebie sentencje z procedury cywilnej. Chodzi o uczciwe ustawienie procesu decyzyjnego. Jeśli mówisz „trzech sędziów”, to niech to znaczy trzech sędziów, a nie jeden i dwóch świadków jego pracowitości.
Wiem, że to brzmi brutalnie. Ale czasem brutalność opisu jest jedyną formą szacunku dla prawdy. Większą bezczelnością od ostrego felietonu jest bowiem spokojne udawanie, że wszystko gra. Nie, nie gra. I nie pomoże tutaj pudrowanie trupa opowieścią o etosie. Etos jest ważny, tylko etos bez procedury przypomina wiarę, że kierowca pojedzie ostrożnie, więc może nie trzeba mu montować hamulców.
Dlatego prawdziwa reforma powinna zacząć się od prostego pytania: po co nam skład wieloosobowy? Jeżeli odpowiedź brzmi: dla głębszej, bardziej bezpiecznej, bardziej wieloaspektowej kontroli rozstrzygnięcia, to trzeba z tej odpowiedzi wyciągnąć konsekwencje. Każdy członek składu ma obowiązek przeprowadzić własny pełny cykl analityczny. Koniec, kropka. Nie jako fakultatywny heroizm. Jako standard. Jako element prawa do sądu. Jako realna gwarancja strony, że jej los nie zależy w praktyce od jednego umysłu opakowanego w dwóch kolegów.
Bo dzisiaj bywa tak, że obywatel dostaje wyrok trzyosobowego składu, a de facto spotkał się z monologiem instytucji. Ładnie oprawionym, starannie odczytanym, czasem nawet poprawnym. Ale jednak monologiem. A sąd, który przestaje być miejscem starcia niezależnych racji także wewnątrz własnego składu, zaczyna przypominać urząd od pieczątek wyższej kategorii.
Nie o taki sąd chodzi. Nie o taki sąd powinniśmy się bić. I nie o taki sąd obywatel powinien być zmuszony prosić na kolanach.
Trzech sędziów to mają być trzy głowy. Nie jedna głowa i dwa flakony.Amen.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)