To ostatnie rozwiązanie ma wiele zalet. Przede wszystkim oszczędza czas. Nie trzeba angażować Prezesa Rady Ministrów, Kancelarii Premiera ani kogokolwiek, kto mógłby poczuć się odpowiedzialny. Wystarczy wysłać pismo piętro niżej – do tego samego departamentu, który właśnie został oskarżony o łamanie prawa. On już sobie poradzi. W końcu zna sprawę najlepiej. To on ją prowadzi. Od lat.
Tak właśnie stało się w przypadku wystąpienia dziekana samorządu zawodowego do Prezesa Rady Ministrów. Pismo było poważne, oszczędne w formie i ciężkie w treści. Mówiło o represjach, ignorowaniu wyroków sądów administracyjnych, o zwolnieniu żołnierza w trakcie urlopu wychowawczego i o dalszym trwaniu skutków bezprawia mimo prawomocnych orzeczeń. Adresat był jeden: premier.
Odpowiedział… Departament Kadr Ministerstwa Obrony Narodowej.
Ten sam Departament, którego działania były przedmiotem skargi.
To rozwiązanie proceduralne jest perłą myśli administracyjnej. Skarga trafia do władzy zwierzchniej, po czym wraca jak bumerang do autora problemu, który uprzejmie informuje, że problemu nie widzi. Gdyby Kafka żył, zazdrościłby zwięzłości.
Odpowiedź Departamentu Kadr była równie pouczająca, co spokojna. Nie odnosiła się do zarzutów, nie polemizowała z wyrokami, nie wyjaśniała, dlaczego orzeczenia sądów administracyjnych nie są wykonywane. Zamiast tego zawierała klasyczne administracyjne zaklęcie: ustawa nie przewiduje. Zdanie to w polskiej praktyce ma moc niemal konstytucyjną. Gdy pada, kończy rozmowę. Nawet wtedy, gdy rozmowa dotyczy czegoś zupełnie innego.
Nie było słowa o tym, że Wojewódzkie Sądy Administracyjne – w Warszawie i w Bydgoszczy – wielokrotnie stwierdzały brak skutecznego zwolnienia z zawodowej służby wojskowej. Nie było słowa o tym, że sądy przesądziły brak uchybienia terminom. Nie było słowa o tym, że organ jest związany wyrokami. Była cisza. A cisza, jak wiadomo, w administracji znaczy: sprawa załatwiona.
Najciekawsze w tej historii nie jest nawet to, że Departament Kadr MON odpowiedział na skargę dotyczącą Departamentu Kadr MON. Najciekawsze jest to, że nikogo to nie zdziwiło.
Nie było konferencji, nie było zdziwionych min, nie było komunikatu Kancelarii Premiera: „to pomyłka, sprawę rozpoznamy sami”. Była cisza. A cisza w administracji oznacza zgodę. Albo wygodę. Albo jedno i drugie.
Państwo, które pozwala, by organ był jednocześnie stroną, sędzią i protokolantem we własnej sprawie, nie ma już problemu z kontrolą. Ono ma problem z lustrem. Bo gdyby spojrzało, musiałoby zobaczyć, że procedura nie służy tu rozstrzyganiu sporów, lecz ich konserwowaniu.
Sądy mogą pisać wyroki, samorządy mogą interweniować, obywatele mogą się odwoływać. Ale jeśli na końcu i tak decyduje ten sam departament, to cała reszta jest już tylko kosztowną dekoracją.
I wtedy pytanie nie brzmi: dlaczego obywatel przegrał z państwem.
Pytanie brzmi: czy państwo jeszcze udaje, że z obywatelem rozmawia.
Piotr Mróz
radca prawny, żołnierz zawodowy
(autor prawomocnie wygranych spraw przed sądami administracyjnymi, których wyroki pozostają niewykonane)


Komentarze
Pokaż komentarze (1)