124 obserwujących
836 notek
1087k odsłon
  475   0

O poznańskiej banie, grzybów zbieraniu i Zaduszkach

Zawsze będę już widział ten pociąg na szynach, które dziś zarosły pustką. Starą lokomotywę parową ciągnącą dwa wagony. Jesienią zamykaliśmy okna na dobre i zamiast powietrza z pól i lasów, zamiast chłodnych wiatrów i kropel majowych burz otulało nas inne - ciepłe, suche, pachnące skają, olejem, żelastwem. 

W niektóre jesienne dni pociąg brali we władanie grzybiarze, wędrujący gdzieś z Jarocina i Śremu na Poznań. To były czasy, gdy zakłady pracy urządzały wypady na grzyby. Pani Mariola z panem Leszkiem, z wesołkiem Stachem, z pierwszym sekretarzem POP w zakładzie, ze szkolnym belfrem, który później handlował pod berlińskim murem i z tym księgowym w Gieesie, co w konkursie na samotność zajął szesnaste miejsce na świecie, ze spółdzielnią inwalidów, związkiem kreślarzy, brygadą malarzy, poetów i tynkarzy - wszyscy jechali na grzyby, jak Pan Bóg przykazał, wczesny Karol Marks zapewne gdzieś opisał, a partia łaskawie dozwoliła. Nie mówiąc już o tym, że chwilę później radzieccy uczeni odkryli, iż Lenin też był grzybem. Ale my nie o tym tutaj, nie o tym. 

Późnym południem grzybiarze wracali i wagony pachniały grzybami, lasem, trawioną wódką, wcześniej pochowaną pod kurtkami w koszach, potem ludzkich ciał, zmęczonych długim chodzeniem. Pachniały odrobiną szczęścia, które wtedy zbliżało do siebie lud pracujący miast i wsi i było o wiele bardziej wspólne, bo nie jeździło się jeszcze na grzyby własnymi autami. Pociąg na torach stukotał, świszczał i gwizdał, a grzybiarze wieźli kosze podgrzybków, borowików i maślaków do domów, zadowoleni z siebie i ze świata, z krwią wypełnioną aromatem jesiennego leśnego runa, wódką „Bałtycką” i błogosławionymi truciznami „Popularnych” i „Klubowych”. 

Później jesień osuwała się w ciemność. W pociągu, starej poznańskiej banie, która czasem wciąż się śni, rozpalały się światła. I z kartonowym biletem w kieszeni albo w aktówce, albo i za pazuchą jechało się ku Wszystkich Świętych i Zaduszkom. Ku zmarłym po których płakali dorośli, bo my przecież rzadko tych czcigodnych i dobrych zapewne ludzi znaliśmy. Przychodzili do naszego dziecinnego świata jako cienie z rozmów dorosłych, z opowieści babek i dziadków, dobrych i smutnych wspomnień rodziców, dziwnych uśmieszków wujków i zwilgotniałych oczu ciotek. Czy się wiozło wtedy dużo zniczy i chryzantem już nie pamiętam, ale aromat świec, aromat kadzideł, aromat palonych liści przenikał też do bany, do wagonów, z życia wiecznego do świata doczesnego. I z tych wiosek, z miasteczek Wielkopolski ruszało się w podróże na polskie cmentarze tu i tam, bliżej i dalej, a dni bywały już czasem zimne i ze śniegiem, czuć je było parszywym grudniem, a czasem jeszcze przynosiły resztki łaskawego października. 

A w wagonach, już po wyjściu z cmentarza, już w podróży powrotnej, jeszcze odprawiały się Dziady, bo zmarli na gapę wsiadali do pociągów, ciągnęli nas za poły płaszczów, czapki przekrzywiali na głowach, coś tam chcieli wyjaśnić, jakieś pieniądze oddać, zapomnianą miłość wyznać, słuszne pretensje wyrazić, dlaczego już nie płaczemy po nich tak gorąco zapytać. I od tych ich szeptów niesłyszanych, od ich czyśćcowych sprawek coraz cieplej w pociągu było, coraz duszniej, gadatliwie i swarliwie. A gdy człowiek nie chciał już słuchać i patrzeć na dorosłych, na ich twarze zmęczone podróżą i życiem, to z nosem przyklejonym do żółtawej, brudnej szyby, co chwilę przecieranej rękawem kurtki, można było patrzeć w jasność, szarość, ciemność, za którą Polska Ludowa już nieco kruszała, rozmywała się i powoli z nami żegnała. 

A w końcu ten pociąg też skruszał i się rozmył. Nie staje dziś na stacji, nie stanie jutro, nigdy już go nie będzie. A w tym pociągu jest przecież tylu niegdyś żywych ludzi. Grzybiarze i grzybiarki ubrani tak niemodnie. Wujowie, którzy opowiadali nam o swoich dawno zmarłych krewnych. Babcie, dziadkowie, którzy patrzą na nas zza szyby i machają, gdy stoimy przy torach. Matki i ojcowie. Dziecko, które poznało tylko dzieciństwo, bo je na piaskowni przysypał piasek. I tamto, co było tak żywe, że wydawało się wiecznotrwałe, codzienne, co nas cieszyło i bolało, odzierało kolana do krwi albo krzyczało w nas szczęściem – już przeszło. 

Ale kiedyś, nieoczekiwanie, coś nam w końcu zmyli krok. Podejdziemy do kasy, starsza pani sprzeda nam mały prostokątny, kartonowy bilet, bana stanie na peronie, który zarósł pustką i pojedziemy w tę ciemność, w tę jasność. Daleko, do nich.

Lubię to! Skomentuj9 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura