Zupełnie nie rozumiem egzaltacji niektórych osób związanej z niedoszłym, póki co, zamachem Tuska na dziennik „Rzeczpospolita”. Jacyś państwo z zagranicy napisali nawet w tej sprawie list do premiera, żeby nie wtykał swoich rąk w tę sprawę, bo wolność słowa upadnie w naszym kraju.
A niech upada. Niech ją szlag trafi tę wolność jeśli oparta jest o jedną jedynie gazetę, która w połowie wypełniona jest istotami pokroju Waldemara Kuczyńskiego. Im szybciej tym lepiej. Od tego, że pan Semka może od czasu do czasu napisać jakiś felieton, a Ziemkiewicz opowiedzieć nam o swoim dziadku endeku niewiele się zmienia w zakresie tej całej wolności, poza tym oczywiście, że parę osób stymuluje sobie patriotyczne emocje i może potem pogadać przy kawie, jak to dobrze, że jednak jest ta „Rzeczpospolita”, bo siedzi tam co prawda ten Kuczyński, no ale jest Semka, jest Ziemkiewicz i mamy prawdziwą wolność. A ja mówię, że trzeba z tym skończyć, trzeba by Tusk to przejął, a naczelnym zrobił Tomasza Wołka, który już ponoć biega po mieście i opowiada, że miejsce na stołku rednacza w „Rzepie” grzane jest dla niego.
Barrrrrdzo dobrze. Oby jak najszybciej został tym rednaczem. Oby jak najszybciej zaczął wyrzucać z pracy dziennikarzy, którzy mu się nie podobają i zmieniać wszystko tak, żeby pasowało do oczekiwań pana premiera. Niech połowę ten gazety zajmie dział sportowy. W nim zaś powinny ukazywać się dwukolumnowe teksty o argentyńskich piłkarzach. Obok tego wywiady z postępowymi duchownymi, którzy nienawidzą Kaczyńskiego i nie boją się tego powiedzieć wprost. „Wprost”? Napisałem „Wprost”? O tak, tak właśnie napisałem. „Wprost” powinno być niedzielnym dodatkiem do „Rzepy” kierowanej przez Tomasza Wołka, a Tomasz Lis powinien jak najszybciej zostać jego podwładnym.
Działem kultury w nowej „Rzeczpospolitej” powinien bezwzględnie pokierować Tomasz Jastrun. Jest to bowiem człowiek, który swego czasu wzbudził niechęć Jerzego Pilcha. Tak było kochani i ja sobie – przyznam szczerze – nawet nie chcę wyobrażać co takiego Jastrun zrobił czy napisał, że Pilch szydził zeń używając słów delikatnie obelżywych. Do „Rzepy” powinien być dołączony dodatek dla kobiet. Szefować temu przedsięwzięciu winna Monika Richardson. Musi tam także znaleźć się specjalny dodatek pod tytułem „Pojednanie”, będzie on miał dwóch kierowników – Awdiejewa i Muellera – tego dobrego Niemca z telewizji. Na pewno się dogadają. Dotychczasowy zespół – na bruk. Bez odpraw, bez niepotrzebnych sentymentów, bez ekwiwalentu urlopowego. I nich polatają trochę po sądach pracy, może jakiś dobry materiał z tego napiszą, który przyda im się jak znalazł przy szukaniu nowej posady.
Dopiero wtedy będziemy mogli mówić o prawdziwej wolności słowa. Dopiero wtedy, kiedy wszyscy obrońcy tej wolności zostaną z nią sam na sam, kiedy prócz wolności będą mieli jeszcze te druczki kredytowe w kieszeni i niezapłacony rachunek za telefon komórkowy. Dopiero wtedy nastanie prawdziwa wolność. Nie wcześniej. Ziemkiewicz szukający roboty w pośredniaku, coś pięknego. Oczywiście od razu przyszedłby tutaj do salonu, żeby napisać nam jak okropnie został skrzywdzony, jakie zło się stało i to zło nie do naprawienia. Bo przecież on – znany obrońca wolności słowa, nie może teraz jej bronić kiedy nie ma etatu i stałych felietonów w dziale publicystyka. No jak? Sami powiedzcie – jak bronić wolności w takich warunkach?
Pluralizm w „Rzeczpospolitej” zostanie oczywiście zachowany. Będzie tam bowiem prócz prawicowca Wołka pracował także pan Sierakowski, a także pan Biedroń, który zajmie się komentowaniem najnowszych trendów w modzie sportowej i będzie opisywał tych argentyńskich piłkarzy, pod kątem, że tak powiem rozrywkowym. Redaktor Wołek wyrazi z tego powodu co jakiś czas oburzenie, a wesprze go w owym oburzeniu ksiądz Sowa. Biedroń będzie jednak pisał nadal, bo musi być przecież ten pluralizm. Pan premier będzie tak zadowolony z nowej, starej gazety, że da jej niespotykane do tej pory wsparcie. Tam mocne, że aż się na Czerskiej zaczną niepokoić. A kiedy sprzedaż „Rzepy” zacznie szybować w górę i wyprzedzi o całe lata świetlne sprzedaż „GW”. Na ulicy Czerskiej pod numerem 8/10 zbierze się zarząd spółki. Po długiej naradzie dojdą do wniosku, że jest tylko jeden sposób by uratować firmę. Wystarczy właściwie jeden telefon, trzeba tylko by wykonał go ktoś znaczny, a nie jakiś obszczymur. Musi to zrobić, na przykład Adam Michnik. Redaktor początkowo się bronił przed tym drastycznym krokiem, ale w końcu dał się przekonać. Wystukał numer i rzekł do słuchawki; J a-a-a-arek? Ty-tu-tu A-a-a-adam. Mu-mu-mu-simy do-do-do-dokopać tym pedałom. Da-da-da-dasz wywiad?
To są oczywiście moje projekcje proszę Państwa. Nic takiego się nie wydarzy i nikt nie przejmie „Rzeczpospolitej”. Musiałby zwariować, gdzieżby się wówczas kanalizowały te wszystkie kaczystowskie emocje? Komu kibicowałoby 8 milionów wyborców PiS? „Rzeczpospolita” pozostanie tym czym była do tej pory. Wolność słowa zaś nie będzie w naszym kraju zagrożona, tak jak nie była zagrożona do tej pory. A nawet gdyby to mamy przecież salon24. Prawda?
Na stronie www.coryllus.pl umieściłem kolejny odcinek mojej powieści dla młodzieży starszej i młodzieży młodszej pod tytułem „Tajemnica srebrnego Gryfa”. Jest tam także „Pitaval prowincjonalny”.



Komentarze
Pokaż komentarze (25)