...był prezydentem Warszawy pewnego dnia spadł śnieg. Był tak wielki, że ulice wprost stanęły. Samochody nie jechały, przechodnie pochyleni, z podniesionymi kołnierzami szli ku swym domostwom, tramwaje brzęczały dzwonkami, usiłując spędzić z torowiska opieszałych kierowców. Śnieg padał i padał, aż w końcu napadało go tyle, że pan prezydent spóźnił się na jakieś ważne spotkanie o całą godzinę. Był, jak to powtarzają tutaj w salonie niektórzy, człowiekiem złośliwym, nie lubiącym ludzi i podejmującym chaotyczne decyzje. I kiedy prezydent Kaczyński spóźnił się na to spotkanie tak się zdenerwował, że na drugi dzień zwolnił szefa MPO. Było to sporym zaskoczeniem dla urzędników, bo do tej pory nikt nie robił afer w Warszawie, ani w ogóle nigdzie z powodu zimy. To niepoważne, małostkowe i populistyczne. Zima była, jest i będzie. Odśnieżanie zaś jest czynnością przykrą, a niektórzy twierdzą wręcz, że to syzyfowa praca i nie ma się co nią przejmować. Ale prezydent się przejął i wywalił z roboty niewinnego człowieka, który miał przecież rodzinę, miał przyjaciół, którzy na niego liczyli i dalszych znajomych. Wszyscy ci ludzie byli szczęśliwi, że mają wśród siebie takie człowieka. I co? Ten wstrętny Kaczor go wyrzucił. I to z jakiego powodu? Z powodu śniegu.
Dalej było jeszcze lepiej. Na Puławskiej i w innych miejscach – o Puławskiej wiem na pewno – stała przez całą zimę odśnieżarka, żeby w razie gwałtownych i nagłych opadów natychmiast ruszyć do akcji. Było to czyste marnotrawstwo, fanaberia i to co najgorsze czyli populizm. Bo tylko populista każe człowiekowi siedzieć przez cały dzień w samochodzie, a niechby i był ogrzewany i czekać, aż spadnie śnieg. Ludzie przecież i tak będą jeździć samochodami i tak będą chodzić po chodnikach i ta odśnieżarka nic im pomóc nie może. No, ale prezydent Kaczyński wymyślił, żeby ona tam stała. Potem całe szczęście przestał być prezydentem Warszawy i odśnieżarka zniknęła.
Teraz – hurra – prezydentem jest ktoś zupełnie inny. I relacje tego kogoś ze śniegiem oraz porami roku w ogóle są dobrze widoczne już na początku nowej kadencji. Zero populizmu, żadnych wybryków, sam rozsądek i klasa. Człowiek przecież pewnych rzeczy przeskoczyć nie może. No i właśnie z tego powodu jechało się wczoraj z Warszawianki na Wyścigi – trzy przystanki tramwajowe – tylko trzy i pół godziny. Tak się teraz będzie żyło Warszawiakom. A pomyślcie o mnie, ja mam jeszcze gorzej, bo burmistrz w naszym mieście rozpoczął już chyba piątą kadencję. Pług do mnie na wieś, na ulicę przy której mieszkam, gdzie stoi osiem domów, przyjedzie pewnie dopiero za dwie godziny. Przez dwie godziny nie będę mógł wyjechać z podjazdu, kupić sobie bułki, ani masełka. Sklep położony jest bowiem o dwa kilometry od mojego domu. Zgroza. I potem jeszcze odwieźć dziecko do szkoły, gdzie jest ten marny parking na sto miejsc z okładem. I będę musiał odśnieżać po samochód zawalony po dach. I całą drogę do domu. I nikt mi nie da spokoju, bo żona nie pojechała dziś do pracy, więc się nie wywinę. Warszawiakom to dobrze, wsiadają do samochodu na wyścigach i po trzech godzinach są już przy Naruszewicza, słuchają sobie radia, śnieżek pada, jak im się radio znudzi, robi się wokół cicho jak w igloo. Bajka. A jak dobrze ma ten co jedzie na Żoliborz z Mokotowa! Albo na Wolę. Strach pomyśleć co by było jakby ten śnieg spadł przed wyborami. Sprzątnęli by wszystko i wrzucili do Wisły. I dopiero wtedy miałyby organizacje ekologiczne kłopot – protestować czy się cieszyć.
"Pitaval prowincjonalny" jest oczywiście tam, gdzie był czyli na stronie www.coryllus.pl
Komentarze
Pokaż komentarze (57)