399 obserwujących
2903 notki
12303k odsłony
  1621   0

O milczeniu Polaków

Jedynym miejscem gdzie wymieniam uwagi dotyczące sytuacji w kraju, polityki, Smoleńska i raportu MAK jest Internet. Rozmawiam o tym także z żoną, ale z nikim więcej. Nie do pomyślenia jest sytuacja, że spotykam kogoś na ulicy lub w sklepie, zagadujemy się i rozmowa schodzi na sprawę Katastrofy. Ja zaś i mój rozmówca zgadzamy się, że jest to klęska i zbrodnia, a raport MAK to hańba, rząd zaś powinien podać się do dymisji. Taka sytuacja jest nie do pomyślenia. I nie chodzi tu bynajmniej o to, że Polacy zatracili instynkt samozachowawczy, oni go mają, ale wywrócony na nice. Czyli to co powinno im się kojarzyć z zagładą, upodleniem, degradacją i nieszczęściem, kojarzy im się wręcz przeciwnie. Milcząc lub pomawiając generała Błasika o przymuszenie pilotów do lądowania przekonują sami siebie, że czynią dobrze, albowiem zgadzają się z władzą i władza ta jeśli nie wynagrodzi im tej postawy to na pewno nie zrobi im nic złego. Gadając zaś o swoich wątpliwościach otwarcie ściągają na siebie nieszczęście i uwagę szpicli. Na delikatną sugestię, że szpicli jeszcze póki co na ulicach nie ma, przerywają rozmowę i milczą patrząc wzrokiem nie rozumiejącym i zgaszonym. 

Podświadomie wyczuwają rodacy, że to w czym się znaleźliśmy nie przypomina drugiej Irlandii, nie przypomina nawet Malty, bardzo wiele za to zaczyna mieć wspólnego z krajem zapamiętanym z lat 60-tych, którym rządził niejaki Gomułka Władysław. Milczenie to lub zgoda na poczynania rządu jest wyuczonym, jak u psów Pawłowa zachowaniem, które – jak widać - odziedziczono w drugim pokoleniu. Wynika więc stąd jasno, że w strefie wpływów rosyjskich znajdują potwierdzenie teorie Trofima Denisowicza Łysenki. Nie obowiązują one już za Odrą, ale ich wpływ ciągle jest tam zauważalny. Całkowicie niknie on gdzieś w okolicach, którymi przepływa rzeka Ren.
 
Milczący Polscy stanowią obraz ponury. Kiedy ich widzę, jak uporczywie, nie zważając na śniegi, mrozy, nie licząc się z cenami benzyny i swoim czasem wożą dzieci na dodatkowe zajęcia po szkole, jak zapisują je na ten angielski, hiszpański, włoski, na to karate i judo, przypomina mi się scena z pewnej książki Faulknera. Scenę tę zapożyczyłem od Marka Hłaski, bo ja sam Faulknera nie czytam. Oto w jakimś miejscu na zachodzie USA znajduje się upadła kopalnia, w której od świtu do nocy tyrają polscy robotnicy. Zjeżdżają na dół i wyjeżdżają po 12 godzinach, a wszystko za zupełne darmo. Czynią to ponieważ wydaje im się, że właściciel kopalni, który już dawno uciekł, wróci tu i zapłaci im dniówki. – Dziwni ludzie – mówi jeden z bohaterów – nie rozumieją nieuczciwości. Tę scenę mam przed oczami za każdym razem kiedy odwożę moje dziecko na basen i czekam aż ono sobie tam popływa i nauczy się kolejnych stylów i technik. Siedzę w tej poczekalni i patrzę na innych rodziców, na ich milczenie i świętą wiarę w to, że lekcjami pływania i angielskim zapewniają swoim dzieciom przyszłość, bezpieczeństwo i swobodę. Żadnej z tych rzeczy ludzie ci nie kojarzą z Polską, takie mam wrażenie, choć mogę się mylić, bo przecież nie przeprowadzałem żadnego wywiadu w tej sprawie. Ważne jest to, żeby dziecko umiało pływać, mogło mówić po angielsku i znało karate. Ja czynię podobnie, ale ja mam jeszcze ten blog i czytelników, którzy myślą podobnie. Oni, jeśli nadejdzie rozczarowanie zostaną sami, bo przecież nie ma pomiędzy nimi żadnego porozumienia, nie istnieją żadne więzi, ani nawet chęć by je stworzyć. Jest tylko milczenie i uporczywe wpatrywanie się w podłogę.
 
Są oczywiście jakieś zdawkowe rozmowy, jakieś opowieści jak było w pracy, jak w szkole, co tam w telewizji. I ciągle o tych dzieciach i ich przyszłości z tą nieprawdopodobną wiarą, że ta przyszłość rzeczywiście jest i w dodatku do kupienia za tak marne stawki. Z wiarą, że obejdzie się bez krzyku, bez protestu i bez rzucania kamieniami. Być może rzeczywiście się obejdzie i to ja nie mam racji. Znajomy jednak zaskoczył mnie ostatnio stwierdzeniem, że rząd mógłby właściwie stworzyć drugie ORMO, bo i czemu nie. Ormowcy tropiliby kaczystów, mieliby zajęcie, ludzie mieliby nowe tematy do rozmów, mogliby się ekscytować rzeczami ważnymi nie tylko dla nich, ale także dla rządu i mieliby pewność, że nie oberwą za to. Jeśliby zaś mieli odpowiednie protekcje sami mogliby się do ORMO zapisać i także ścigać kaczystów za pieniądze. Ile korzyści by z tego było. Pewnie udałoby się wtedy dziecko zapisać na jeszcze jeden język lub na jakieś inne zajęcia, może na majsterkowanie. Kto wie. Na razie jednak o ORMO głucho i pozostaje milczenie. Czasem tylko uda się z kimś porozmawiać. Mnie się kiedyś udało. Facet był młodszy ode mnie, miał charakterystyczną dla ruchu oazowego rybę przyczepioną do samochodu. Nie kojarzył mi się z niczym strasznym. Rozmawialiśmy o poglądach. On miał konserwatywne. Rodzina, dużo dzieci, kościół, renomowane szkoły, silne państwo. Pod koniec zdradziłem się z krytyką ubeckich emerytur. – Wiesz – powiedział – te emerytury nie są wcale takie wysokie, gazety trochę przesadzają. Mój tata pracował w resorcie i wcale nie jest bogaty.
 
Milczenie i uporczywe patrzenie w przyszłość. Tak, właśnie, to. Niektórzy już wiedzą, że ta przyszłość będzie na pewno. Reszta milczy. Smoleńsk nie jest tematem, który się porusza w zdawkowych rozmowach, polityka również, bo politykowanie jest objawem prostactwa, co innego rewelacje z „Tańca z gwiazdami” lub postawa nauczycieli wobec wyjątkowych zdolności tego czy innego dziecka. Śmierć prezydenta, wybory, proces o fałszerstwo na Ochocie…nie…to jakieś bzdury. Przyszłość, tylko przyszłość…
Lubię to! Skomentuj29 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale