Gadamy sobie ostatnio z Tomkiem B., o tym czy na rok 2017 jakaś telewizja lub Hollywood uszczęśliwią widzów produkcją pod nazwą „Zakochany Luter”. Była już agitka pod tytułem „Zakochany Szekspir” teraz ponoć na ekrany wejdzie „Zakochany Einstein” logiczne by więc było, żeby pojawił się zakochany Luter, tym bardziej, że zbliża się okrągła rocznica jego wystąpienia. Ja oczywiście mam szczerą ochotę szydzić z takich projektów, ale wiem, że za bardzo nie można. Gdyby bowiem ktoś w Wielkiej Brytanii zapytał jakiegoś historyka czynnego w Oksfordzie czy takie produkcje jak „Zakochany Szekspir” są potrzebne, on najprawdopodobniej nie zrozumiałby pytania, a kiedy już jego istota dotarłaby do jego mózgu, zdziwiłby się, że ktoś w ogóle zadaje takie pytania. Taką wersję wydarzeń obstawiam, bo przecież nie znam żadnego brytyjskiego profesora, poza – z widzenia – Normanem Davisem, a ten zajmuje się przecież wyłącznie popularyzacją.
Popularyzacja to dźwignia koniunktur i narzędzie polityki imperiów. Tylko jakiś skończony idiota może kwestionować jej sens, albo próbować ją ograniczać. No i teraz popatrzcie co dzieje się w Polsce...Profesor Nowak napisał tę swoją książkę, tę syntezę dziejów, która być może wyprostuje różne pozaginane przez Jasienicę kwestie, a być może nie, a reklamowana jest ona w ten sposób, iż podkreśla się odwagę autora. Odwagę wobec szeregu wąsko rozumianych specjalizacji i zarządzających nimi pasterzy. Odwagę wobec takiego profesora Ryby – nazwijmy rzecz wprost – bo niby wobec kogo? Tak to wygląda i przez wielu jest owa postawa traktowana jako walor. Ja mam oczywiście wątpliwości, bo nie wierzę z przyrodzony idiotyzm wąskich specjalistów, nie wierzę też w to, że praca profesora Nowaka będzie jakoś szczególnie odkrywcza. Nie o to bowiem chodzi, ale o to, by jeszcze raz, w przystępnej formie, ktoś przekazał nowym pokoleniom stare prawdy i stare kłamstwa, czyli jak się dziś mówi – memy. I profesor Andrzej Nowak podjął się tego niewdzięcznego zadania. Jak na to zareagują wąscy specjaliści? Będą milczeć, to jasne. Dlaczego? Ponieważ oni w ogóle nie traktują serio rynku, ani publiczności. Oni takie numery kwitują wzruszeniem ramion, a popularyzacja śmieszy ich, tak jak rentiera śmieszyć musi próba zarobienia na życie sprzedażą truskawek pod stacją metra w Warszawie. Oni mogą mieć dla takiego sprzedawcy jedno ciepłe słowo, ale gawędzić z nim długo nie będą, bo spieszą się do zajęć dużo ważniejszych, do miejsc gdzie dzieli się granty, czyli mówiąc po naszemu budżety na różne wąskospecjalistyczne artykuły i książki. Ludzie ci nie rozumieją prawdopodobnie nawet tego o czym my tu gadamy i dopóki nie zajdzie pewna ważna okoliczność nie zechcą tego zrozumieć.
W mojej ocenie akceptacja bądź jej brak dotyczące popularyzacji i rynku związana jest z demografią. Wąscy specjaliści jeszcze tego nie wiedzą, ale wkrótce do nich istota tej relacji dotrze. Im mniej studentów na uczelniach humanistycznych, tym mniejsza szansa na zarobienie paru złotych. Ci, którzy nie zdążyli dochrapać się jakiejś pozycji będą powoli odsuwani od pieniędzy, a możliwości dorobienia sobie w wyższych szkołach gotowania na gazie będzie coraz mniej. Panika zacznie się wśród asystentów i doktorów nie związanych z partiami politycznymi i strukturami urzędniczymi. Oni stracą najwięcej i pierwsi rzucą się na rynek, by próbować coś tam pisać i sprzedawać. O wiele lepiej czuć się będą ci, którzy załapią się do różnych rad i kolegiów, ale pomiędzy nimi dochodzić będzie do rozpraw nożowych, w walce o pieniądze i pozycję. Profesorowie zaś, oby jak najszybciej, zaczną donosić do mediów jeden na drugiego i wymachiwać narzędziem zwanym „listą Wildsteina”. Taką mam wizję, choć nie musi się ona sprawdzić, może się bowiem okazać, że różne niemieckie lobby wezmą całą polską humanistykę na utrzymanie w zamian za posłuszeństwo i realizację tematów potrzebnych na kolejnym etapie walki propagandowej. Jakiś tematów spytacie? Ot, choćby takich jak „Zakochany Luter”, bo właściwie czemu nie...Skoro przebąkuje się o tym, że Watykan będzie świętował wystąpienie Marcina Lutra to niby dlaczego kilku wąskich specjalistów ma nie podpisać scenariusza takiego filmu, gwarantując jego zgodność z oryginałem? Pytanie kto to zrobi i według jakiego klucza będzie wybierany? Na to pytanie odpowiedzi nie znam, ale pewnie wkrótce są poznamy, bo rok 2017 coraz bliżej, a i studentów na wydziałach humanistycznych zaczyna szybciej ubywać.
Mnie jest, przyznam, trochę żal ludzi w moim wieku i nieco starszych, którzy znaleźli się w takiej pułapce i którym nikt nie da żadnej szansy. Żal mi nawet tych, co mają silne powiązania rodzinne w naukowym biznesie i teoretycznie powinni się uchować. Może się jednak okazać, że się nie uchowają, bo w grę zaczną wchodzić tak zwane czynniki pozamerytoryczne. Myśmy tu już dwa razy mocno szydzili z niejakiej Magdaleny Ogórek, mediewistki, dziewczyny Grzegorza Napieralskiego, autorki książki „Beginki i Waldensi na Śląsku i Morawach w drugiej połowie XIV wieku”. Pani owa, z zaskoczenia zupełnie, stała się podstawowym medialnym ekspertem od historii Kościoła. Dziewczyna pisząca o heretykach ma najwięcej do powiedzenia na temat Rzymu i ją właśnie zaprasza się do mediów. Zgadywać można w ciemno, że jej dekoniunktury nie dotkną. Mowy o tym być nie może, Kalisz z Napieralskim się o to zatroszczą. Książki pani Magdy napisane są ze znawstwem i znajomością warsztatu, pani Magda cytuje obficie źródła i dzieli się z nami różnymi spostrzeżeniami, ale oczywiście nie ma w jej publikacjach żadnych odpowiedzi na pytania istotne. Więcej – tam nie ma nawet tych pytań. I nie ma się co dziwić, bo nie chodzi o odkrywanie prawdy, ale o powtarzanie rytuałów magicznych, w które już dawno zamieniło się tak zwane badanie przeszłości. - Ja jakie ty – rzuci się zaraz ktoś – masz prawo do takich ocen?! Odpowiadam – takie jak każdy czytelnik i każdy kto wydał pieniądze na książkę pani Ogórek. Ona tam używa słowa, które my tu powtarzamy nader często, słowa kluczowego do zrozumienia historii Kościoła i historii herezji, ale jej to słowo nie interesuje w sposób przesadny. Podobnie jak innych badaczy, nie tylko z Polski. Słowo to brzmi „tkacze”. Ja wiem, że można mnie teraz zacząć podejrzewać o obłęd, ale niech tam, ryzykuję....W nowym numerze „Szkoły nawigatorów” mamy kolejny tekst o fabrykach tekstyliów. Tym razem o całkiem zapomnianej fabryce w Leszczkowie koło Sokala. No, ale wracajmy do tych tkaczy. Jakież to ważne pytania można zadać w związku z aktywnością średniowiecznych, heretyckich tkaczy? Ja mam dwa: czy istniała w średniowieczu jakakolwiek produkcja tekstyliów poza herezją? I drugie: jeśli istniała to jak wyglądało zestawienie kosztów produkcji – heretyckiej i katolickiej – kto produkował taniej? To są moim zdaniem pytania najważniejsze, ale żeby na nie odpowiedzieć trzeba by chyba stworzyć od podstaw jakąś nową metodologię, bo jak rozumiem w źródłach nic nie ma? No, a jeśli jest to źródła te dostępne są jedynie wtajemniczonym profesorom, ci zaś nie interesują się takimi kwestiami, bo zastanawiają się jak tu dostać posadę konsultanta przy nowo powstającym filmie zatytułowanym „Zakochany Luter”. Na razie dziękuję Państwu za uwagę i zapraszam na stronę www.coryllus.pl


Komentarze
Pokaż komentarze (24)