Dzisiaj będzie powtórzenie materiału, ale czasem tak musi być. Tak się złożyło, że zaszedłem sobie do sklepu wielkopowierzchniowego, który nosi nazwę Inter Marche. Sprzedają tam różne rzeczy, w tym książki. Nie byle jakie książki, ale sprofilowane pod określony target. Są to książki historyczne o zacięciu demaskatorskim. Demaskatorskim dosłownie i w przenośni. Zacznijmy od przenośni. Tylko szczeremu idiocie wydawać się może, że położenie książki profesora Jerzego Besali pomiędzy arbuzami przyniesie jakiś sprzedażowy skutek i wyjdzie na dobre książce. Nie wyjdzie nawet na dobre arbuzom. Tym gorzej będzie im bardziej demaskatorska będzie książka, a Besala wziął się za demaskację pełną gębą. Mamy tam coś w stylu: największe tajemnice alkowy królów Polski, dziwactwa i szajby głów koronowanych, co jeden z drugim król jadł, a co robił po jedzeniu, itp., itd. Prócz Besali na stoisku były też dzieła jakichś jego uczniów i uczennic, bo ja wiemy dystrybucja to domena gangów i środowisk, jak już jakiś kanał zostanie przejęty, trzeba wybić w skale nowy, albo wystrzelać obsługę starego, żeby sprzedać cokolwiek. Tak więc sądzę, że w tym Inter Marche leżą dzieła seminarzystów profesora Besali i ich krewnych. Treść tych książek ma charakter demaskacji metaforycznej, tak sobie uniwersytet wyobraża treści, które zainteresują lud prosty. A nie dość, że sobie wyobraża, to jeszcze chce na sprzedaży tych swoich wyobrażeń zarobić. I to właśnie, taką postawę, nazywamy obłędem. Jest on w dodatku nieuleczalny, bo ludziom z tytułami naukowymi, którzy widzą jak ich książki, przepraszam za wyrażenie, trafiają pod strzechy czyli do tego całego Inter Marche, odbija w sposób wręcz modelowy. Głuchną, ślepną i w skupieniu czekają na sukces. Przywracanie ich do przytomności nie ma sensu, tłumaczenie, że rynek książki to rynek propagandy, z którego uniwersytet został właśnie wyautowany przez media i ich załogi nie skutkuje, bo oni mają tylu znajomych dziennikarzy, że hej. I wszyscy ci dziennikarze mówią im jak jest naprawdę. Tak to moi drodzy wygląda.
Jeśli komuś się zdaje, że wojna pomiędzy mediami a uniwersytetem to wojna o treści popularne ten jest w błędzie. To jest wojna o treści poważne i fachowe, o rynek tych treści i o ich dystrybucję. Uniwersytet przegrywa i będzie przegrywał aż do chwili kiedy media i służby przejmą go w całości i ogłoszą wielki sukces tej idei, odrodzenie uniwersytetu i takie tam duperele. Wszystko oczywiście w wersji renesansowej a nie średniowiecznej, żeby pedałów nie spłoszyć, bo mogą się przydać. Symptomem tych ponurych i szybko nadchodzących czasów jest obecność książek profesora Besali w supermarkecie. Ktoś mu powiedział, że tak będzie dobrze, że lud prosty spragniony jest treści sensacyjnych i trzeba mu je dostarczyć przez masowe kanały dystrybucji. To jest tak zwana ostatnia deska ratunku dla starych profesorów. Ktoś może powiedzieć, że to dobrze, niech te komunistyczne złogi idą do Biedronki, niech się ten uniwersytet jak najszybciej zmieni. Otóż nie, bo nie o Besalę i jemu podobnych tutaj chodzi. Sprawa dotyczy głównie tych co mają dziś po 40 lat i mniej. Oni swoich prac w Biedronce nie położą, a cyrografy im podtykane mają zupełnie inny charakter. Oni będą musieli zamienić się w charyzmatycznych wychowawców młodzieży werbujących ich do różnych struktur, z Amwayem włącznie, będzie się to nazywało „pomaganiem młodym na starcie”. Mogą też zamienić się w prostych kapusiów i naganiaczy. Co stanie się z ich pracą? Zostanie unieważniona, stanie się jedynie pretekstem do tak zwanych innych czynności. Ona w zasadzie już jest nieważna, wydawane w ilościach śladowych teksty, których nie czytają ani studenci ani środowisko świadczą o tym dobitnie. W czasach powszechnego dostępu do informacji hermetyczne prace humanistów, poruszające sfingowane, dawno nieaktualne tematy nie mogą być niczym więcej jak tylko pretekstem, zasłaniającym istotne kwestie. Poza tym, kogo obchodzą dziś prace polskich pracowników uniwersyteckich, skoro liczy się tylko nauka amerykańska i brytyjska, żeby napisać jeden głupi artykuł trzeba sięgać do zasobów zamorskich bibliotek. Unieważnia to moim zdaniem całkowicie sens – w obecnym wymiarze – tej działalności. Jest jeszcze kwestia penetracji treści naszych, nazwijmy je środkowoeuropejskimi, przez badaczy z innych krajów. Nikt nie sięgnie po szczegółowe opracowania dotyczące historii Polski napisane przez Polaków, skoro będzie miał pod ręką podobne i poruszające tę samą tematykę prace Amerykanów i Brytyjczyków. Wyspa, na której siedzą ci biedni ludzie jest coraz mniejsza, kurczy się w tempie zastraszająco szybkim, a na ratunek liczyć mogą tylko ci najbardziej zasłużeni, tacy jak Jerzy Besala czy Jadwiga Staniszkis. Tylko, że ten ratunek to fikcja, to jest posada portiera w redakcji wysokonakładowego tygodnika, degradacja w istocie i dno. Tyle, że nikt tego głośno nie mówi, żeby starszym państwu nie robić przykrości. Z młodszymi jednak nikt się patyczkował nie będzie. Nie żałujmy ich jednak za mocno, bo ludzie ci są tak zdeprawowani, że zgodzą się na wszystko, byle zachowane zostały przy tym pozory. Kłopot prawdziwy zacznie się wtedy kiedy utrzymywanie pozorów stanie się zbyt kosztowne, albo wtedy kiedy okaże się, że te pozory to największy bonus, jaki wywalczyć mogą dla siebie media i służby przejmujące uniwersytet. A może się tak zdarzyć, bo nikt przytomny nie wierzy w samodzielność polskich służb i polskich mediów. Mamy więc przed oczami niezwykle kunsztowny obraz przedstawiający manewry jakichś osiemnastowiecznych armii, które usiłują coś uzyskać dla siebie nie wchodząc w żadną interakcję, tak ponoć wyglądała ówczesna taktyka, pouczają nas o tym prace popularyzatorskie polskich historyków młodego pokolenia. Mamy korpusy posiłkowe, marsze, kontrmarsze, odwody i inne takie, nagrodą zaś w tym wszystkim jest możliwość zrobienie zakupów w Biedronce po nieco niższych cenach. Wszystko inne zostało przejęte, zawłaszczone i odebrane tym ludziom już na starcie.
Ktoś może zapytać, a co ze studentami? Nimi nikt się nie przejmuje od co najmniej trzydziestu lat. Niektórzy studenci potrzebni byli komunie do zasilania struktur organizacji jawnych i niejawnych. Potem zaś studenci przestali być potrzebni komukolwiek. Są takim samym pretekstem, jak ta cała naukowa działalność i pomnażanie dorobku.
Czy jest na uniwersytecie jeszcze ktoś kto szydzi z popularyzacji? Przypuszczam, że nie ma, bo każdemu wydaje się, że w tych dramatycznych czasach to jedyna ucieczka. No, ale to jest bzdura, bo popularyzacja tak naprawdę nie istnieje, to co ludzie z uniwersytetu biorą za popularyzację to istotny i dobrze kontrolowany segment rynku. Oni się nań nie dostaną, bo nie mają stosownego przygotowania, ani nawet właściwych nawyków. To widać po krępujących zachowania profesora Besali, który sprzedaje swój towar pod hasłem „Który król miał najdłuższego”. Złudzenie, że popularyzacja istnieje utrzymywała komuna, żeby mieć możliwość podnoszenia zarobków posłusznych sobie profesorów i doktorów nauk humanistycznych. Owocem tych działań są wszystkie te rzygawicznie nudne periodyki, te jakieś „Spotkania z zabytkami” i podobne. Inne funkcji poza konstruowaniem budżetu dla posłusznych pisma te nie miały. Utrzymywanie ich zaś za wszelką cenę do dziś jedynie to potwierdza.
Czy jest z tej sytuacji jakieś wyjście? Myślę, że nawet kilka, ale ja ich na pewno nie zdradzę. Zapraszam na stronę www.coryllus.pl gdzie trwa wielka świąteczna promocja Baśni jak niedźwiedź, dwa tomy w cenie jednego. No i zapraszam do sklepu FOTO MAG przy stacji metra Stokłosy, tam nie ma promocji, ale można sobie kupić książkę i nie płacić za przesyłkę.



Komentarze
Pokaż komentarze (38)