Nie napiszę dziś niestety o tym jak pięknie płoną znicze na grobach nieznanych żołnierzy w dzień zaduszny. Nie napiszę, bo zrobią to z pewnością inni znacznie lepiej ode mnie. Napiszę o czymś zgoła innym. Oto wczoraj zadziorny mietek umieścił na moim blogu fragment nagrania, w którym Rafał Aleksander Ziemkiewicz odnosi się do mojej działalności. Ja tego nie odsłuchałem, bo na tyle zdążyłem poznać pana Rafała, żeby sobie wyobrazić w szczegółach, jakże ubogich, co on tam może dziamdziać. Chciałem zwrócić uwagę na coś innego. To spotkanie w Łomży jest jednym z szeregu spotkań jakie „nasi” odbywają w czasie wolnym od zajęć redakcyjnych. Tych zaś prawie nie mają, a więc podróżują właściwie bez przerwy. Jedno spotkanie tu, drugie tam i cały rok zleci. Ja wiem jak to jest, bo mnie także organizowano spotkania, po kilka w ciągu roku i było to doświadczenie ekstremalne. Może jestem po prostu za słaby i nie daję rady, ale też pocieszam się tym, że ja muszę dźwigać za każdym razem swoje książki, a Rafał Aleksander Ziemkiewicz nie. O co chodzi z tymi spotkaniami? Otóż wobec zabetonowania rynku są one liczącym się, a być może, że najpoważniejszym kanałem dystrybucji wydawnictw. Ja tego nie wiedziałem jeszcze rok temu i myślałem, że wieczorki autorskie to taki wdzięczny dodatek do pisania. Otóż nie, to jest właśnie clou, gwóźdź programu i sprawa najważniejsza. No i teraz myślę, jak oni wszyscy musieli się strasznie poczuć kiedy okazało się, że ktoś wchodzi na ich teren, a do tego ma wspomaganie w postaci Grzegorza Brauna, na które oni nie mogli w żaden sposób liczyć, albowiem stawiali się wszyscy w rolach mędrców rozważnych, o stonowanych emocjach, przez co współpraca z Braunem nie wchodziła w grę. Jak wiecie ja się z tego kanału dystrybucji wycofałem. Napisałem o tym kilka tygodni temu, kiedy okazało się, że Grzegorz Braun pracuje dla Hajdarowicza. Jak ktoś się będzie upierał to oczywiście przyjadę, nie będę się krygował, ale bez szału. O żadnym tournée nie ma mowy, choćby z tego powodu, że jest za dużo roboty, a zyski z takich spotkań ledwie równoważą włożony w nie wysiłek. Poza tym nie mam zamiaru robić konkurencji „naszym” i stawiać ich w kłopotliwych sytuacjach, jak ta, w której znalazł się Rafał Ziemkiewicz w Łomży. Co innego targi, tam jestem, można by rzec u siebie, stoisko opłacone, banner wywieszony, wszystko gra i można gadać swobodnie nie krępując się niczym. No i relacja pomiędzy autorem a czytelnikiem jest o wiele bardziej bezpośrednia i nie ma w niej rzeczy najgorszej czyli elementu gwiazdorzenia.
Tak więc opuszczamy kwadrat bez żalu, bo widać gołym okiem jak strasznym wysiłkiem okupione są kolejne spotkania „naszych” z wiernymi czytelnikami, a będzie przecież gorzej. Teraz słów kilka o systemie, który także ma swoje do powiedzenia jeśli chodzi o bezpośrednie kanały dystrybucji. Biblioteki są pod kontrolą i jak już pisałem zobligowane są do kupowania dzieł autorów nominowanych do Nike, a także zapraszania ich na wieczorki. Są ponoć nawet specjalni menedżerowie, którzy tego pilnują. Ja zaś muszę w to wierzyć, bo kiedy na warszawskich targach podchodzą do mnie panie bibliotekarki z Płocka, zawsze wręczam im książkę, za darmo. I zawsze pytam o możliwość zorganizowania wieczorku, a one niezmiennie odpowiadają, że to nie od nich zależy, bo decyzje zapadają na poziomie województwa. I tak sobie gawędzimy. No więc sami widzicie jak ważne są te nagrania w sieci, które wpuszczają tam nasi i nienasi, te wszystkie dyskusje konfrontacje, wymiany poglądów, jednym słowem to całe bicie piany, które trzyma nas z daleka od spraw istotnych w wymiarze politycznym i z daleka od jakości w wymiarze edytorskim. Dewaluacja tej formy przekazu postępować będzie nadal, bo powtarzalność motywów eksploatowanych w czasie tych spotkań jest już bardzo mocno nużąca. O niekonsekwencjach w prowadzeniu wywodu nawet szkoda mówić. Myślę, wręcz, że wszystkie te wieczorki służą temu, by ludzie nie zapomnieli o Januszu Korwinie-Mikke. Bez względu na to bowiem kto występuje jego nazwisko pada prawie zawsze, jego poglądy są omawiane, a Ziemkiewicz ma nawet specjalny program, w którym kłóci się z Korwinem o tak zwane rudymenty, czyli mówiąc językiem precyzyjnym i klarownym pieprzą tam jak potłuczeni.
Cechą charakterystyczną ogrywanych motywów jest ich całkowite oderwanie od bieżących realiów i umieszczanie za każdym razem w tak zwanym kontekście historycznym. Ja na to zwróciłem kiedyś uwagę Grzegorzowi Braunowi, chodziło o masonów konkretnie. Uwagę zwróciłem w Opolu jeśli ktoś pamięta. Nie można bowiem, moim zdaniem, tropić masońskich spisków i jednocześnie promować książki Zychowicza wydanej w wydawnictwie Rebis założonym dawno temu przez dwóch współpracowników Miesięcznika Artystyczno-Literackiego, który był w prostej linii kontynuatorem wydawanego przez Józefa Rettingera pisma o tym samym albo bardzo podobnym tytule. Było to oczywiście dawno temu, ale zarówno tematyka, jak i misja obydwu pism były identyczne: ezoteryka, fantastyka, gnoza i ten cały Rebis, który jest okultystycznym symbolem jakichś okropieństw i składa się z kilku elementów, w tym istoty androgyne i smoka czy smoczego jaja, już nie pamiętam. No więc jeśli ktoś za komuny pisuje w takim piśmie i pogrywa takimi symbolami, a potem firmuje Zychowicza i nie tylko Zychowicza to ja wolałbym się trzymać od niego z daleka i nie lansować jego książek, szczególnie jeśli jestem popularnym antymasońskim bojownikiem. No, ale wtedy w Opolu jakoś nie doszliśmy z Grzegorzem Braunem do porozumienia na tym tle, pewnie przez to, że sprawa „odbrązowienia” Powstania Warszawskiego wydawała się chwilowo ważniejsza. Nie chcę powiedzieć, że tak jest zawsze, a jedynie zwrócić uwagę na to, jak płytkie są i łatwe do zdrapania te wszystkie szlachetne intencje demaskatorów.
Oczywiście, każdemu autorowi zależy na tym, by mieć dostęp do jak największej ilości czytelników, nie można więc z tego powodu lekceważyć wielkich wydawnictw. Słychać to wyraźnie w tym nagraniu z Łomży, gdzie Rafał Ziemkiewicz opowiada, że on współpracuje z poważnymi wydawnictwami. To się chwali. Powaga tych instytucji jednak zasadza się na tym, że nie szukają one zysku, a promują jedynie tych autorów, którzy są im potrzebni z przyczyn propagandowo-ideologicznych. Dlatego też wielu pisarzy i filmowców nie ma szans na to, by zaistnieć w ofercie takiego poważnego wydawnictwa. Dla innych, jak na przykład dla Zychowicza sprawa ta jest niesłychanie prosta. O tym skąd się bierze prymat ideologii nad rynkiem w branży już mówiliśmy, ale nie zaszkodzi powtórzyć. Bierze się on z istoty tej branży, która jest podwójna, niczym charakter androgyne i nigdy nie da się wykluczyć na stałe elementu propagandy. Można go minimalizować, ale wykluczyć się go nie da. No, a jeśli wydawca nie musi zabiegać o zyski, ponieważ jego produkcja jest w całości finansowana z pieniędzy państwowych czyli naszych, wtedy mamy do czynienia już tylko z propagandą. To tyle o poważnych wydawcach. Pozostają jeszcze niepoważni. Ci zabiegają nieustannie o jedno właściwie, o zbudowanie sieci sprzedaży niezależnej od nikogo. Ja już o tym pisałem, ale jeszcze powtórzę, może komuś te moje teksty dadzą do myślenia. Może ktoś je na przykład podsunie Grzegorzowi Braunowi, jak to się stało z tekstem, w którym skrytykowałem jego transfer do stajni Hajdarowicza. Otóż niemożliwe jest zbudowanie sieci sprzedaży bez periodyku. Jeśli ktoś chce to zrobić wydając okazjonalne, kontrowersyjne produkty zaopatrzone w interesujące dodatki i kupony wysyłkowe to znaczy, że nie wie co czyni, a projekt skończy się tak jak zwykle czyli sprzedażą owych produktów z ręki po coraz bardziej przewidywalnych wieczornych pogadankach, w coraz niższej cenie. Chwilowo może się nawet wydawać, że będzie inaczej, ale nie będzie. Nieprzebrane doświadczenia w zakresie budowania sieci sprzedaży mają koledzy z Instytutu Piotra Skargi. Nie można ich lekceważyć i nie można ich ominąć, no chyba, że się jest wydawcą poważnym podpiętym pod budżety. Ja nim nie jestem więc chętnie słucham co koledzy ze wspomnianego Instytutu mają do powiedzenia.
To tyle jeśli chodzi o masonów i kanały dystrybucji. Teraz napiszę o schematach współpracy, które są bezpośrednio i nierozerwalnie związane z jakością. Można już obejrzeć nasz komiks w pełnej krasie, na zdjęciu obok każdego salonowego wpisu i na stronie www.coryllus.pl To jest właściwie sama jakość, wynikła ona wprost z talentu rysownika oraz z tego, że ja Tomaszowi Bereźnickiemu nie przeszkadzałem w pracy właściwie wcale. To nie jest łatwe do uzyskania i nie przychodzi przeważnie samo. No, ale teraz przyszło i mamy taki właśnie efekt. Nie kładłbym nacisku w omawianiu tego naszego schematu współpracy na jakieś tajemne porozumienia dusz, ale po prostu na to, że ja się od początku zdecydowałem na osiągnięcie jak najlepszego efektu oraz ze względu na to, że ja nie zamierzam trwać przy prawach autorskich do dzieła wiecznie. Po trzech latach eksploatacji album „Święte królestwo” staje się własnością autora rysunków i jego dzieci go dziedziczą. Będą go mogły wydawać gdzie chcą, nawet w wydawnictwie Rebis jeśli przyjdzie im na to ochota. Podjąłem taką decyzję, albowiem ona samym swoim istnieniem w przestrzeni medialno handlowej unieważnia wszystkie umowy pozbawiające rysowników praw do ich dzieł. A z tego co wiem nie ma innych umów. Poważni wydawcy zawierają jedynie takie umowy, które unieważniają każdy album narysowany przez polskiego artystę i skracają jego życie do roku najwyżej dwóch. A wszystko w imię rzekomych zysków. Rzekomych, bo jak już sobie wyjaśniliśmy, poważni wydawcy na zyski nie liczą. Nie o pieniądze chodzi, a o pozbawienie ludzi sensu życia i sensu pracy. Możemy się oczywiście podbudowywać tym, że zatrudniają nas poważne wydawnictwa, ale to jest moim zdaniem równoznaczne z pokazaniem dzieciom fiuta i wymachiwaniem nim wesoło w rytm muzyki. Przykro mi, że tak piszę, ale jakoś nie chce być inaczej w tej naszej rzeczywistości.
Powtórzę: schemat współpracy z grafikiem polega na zainspirowaniu go, bo tylko człowiek ulegający inspiracjom zasługuje na miano artysty, a następnie pozostawieniu mu całkowitej swobody. Trzeba tylko pilnować tych momentów kiedy jest zmęczony i słabnie i wtedy można mu podsunąć jakiś pomysł. Nie wcześniej. Myślę, że podobnie jest z pisarzami. No, ale ich pracy nie da się ocenić od jednego rzutu oka stąd i współpraca jest trochę bardziej złożona. Na tym kończę dzisiejszy wpis. Mam nadzieję, że kogoś nim zainspirowałem.
Zapraszam na stronę www.coryllus.pl oraz do sklepu FOTO MAG, gdzie można już kupić książkę czeską.


Komentarze
Pokaż komentarze (42)