coryllus coryllus
3320
BLOG

O dobrych i złych komiksach

coryllus coryllus Kultura Obserwuj notkę 25

 Zaplanowaliśmy sobie na przyszły piątek, w grodziskim Centrum Kultury gawędę pod tytułem „Komiks historyczny jako medium”. Pomyślałem, że dobrze byłoby napisać do tego jakiś wstęp. Od pół roku bowiem z okładem zajmuję się obserwowaniem tego co na rynku komiksów się dzieje i kto tam ma największe wzięcie. Z grubsza sytuacja ma się tak, że komiks historyczny rozumiany jest dwojako; na sposób zagraniczny i polski. Ten pierwszy to po prostu rysowanie seksu i gołych bab w scenerii historycznej i przoduje tu zdecydowanie włoski grafik Milo Manara. Jego praca są dostępne w Polsce i rozpoznawalne od razu ze względu na charakterystyczne sylwetki młodych kobiet umieszczane na okładkach. Mają one funkcję sprzedażową, chodzi o to, by skłonić młodych ludzi dręczonych burzami hormonalnymi do kupna tego badziewia. W środku jest zawsze to samo: seks z zakonnikami, sek z rycerzami, seks z Indianami, albo z kosmitami. Fabuła zaś zwykle jest skądś zerżnięta lub tak prosta, że zrozumiałby ją nawet ktoś tak głęboko zanurzony w dyskursie naukowo-politycznym jak Aleksander Ścios. Prace te cieszą się wielkim wzięciem i właściwie załatwiają kwestię komiksu jako medium i jako nośnika treści ważnych. Unieważniają po prostu historie obrazkowe i zawężają target do gromady pryszczatych młodzieńców, albo niespełnionych młodych żonkosiów udających przed poślubioną sobie kobietą znawców wąskiego i hermetycznego gatunku sztuki – komiksu dla dorosłych.

W wariancie polskim jest jeszcze gorzej, bo tu u nas nikt nie potrafi rysować gołych bab. Czasem jednak ktoś próbuje i zawsze wychodzi to kiepsko. Komiks we wersji dla dorosłych ma się więc bardzo źle i właściwie nie istnieje. Jest za to sztuka, którą uprawiają głównie nie mający nic do powiedzenia artyści związani z lewicą. Zamiast treści ładuje się tam znaki graficzne i symbole, a jeśli jest jakaś treść to zwykle są to bełkotliwe kawałki, będące streszczeniami artykułów z gazowni lub tylko ich fragmentów. Ostatnio polski mistrz gatunku – Gawronkiewicz – narysował komiks o Powstaniu Warszawskim. I to jest bieda prawdziwa. Historia opiera na dźwigni następującej – Polacy wywołali powstanie, bo są nieuleczalnymi, słowiańskimi romantykami. Ten sam Gawronkiewicz narysował kiedyś komiks pod tytułem „Achtung Zelig”, opowiadający o dzielnych partyzantach AL ratujących Żydów. Album jest bardzo dobry, został pochwalony przez różne ważne czynniki, ale najważniejszy odbiorca komiksów w Polsce, czyli prawicowa, katolicka tłuszcza nie dowiedziała się o nim wcale, a jeśli nawet by się dowiedziała, nikt by nawet w kierunku tego komiksu nie spojrzał. Tak więc pan Gawronkiewicz może spokojnie marnować swój talent dalej, bez nadziei na to, że ktoś poważnie i z sercem odniesie się do jego prac. Dlaczego tak jest? Już o tym pisałem – tam gdzie się coś wydaje za dotacje nie ma rynku, jeśli nie ma rynku czytelnik nie jest ważny, jeśli czytelnik nie jest ważny, albo wręcz najważniejszy, pierwsze miejsce w wianuszków bytów zajmuje sponsor, jeśli on zajmuje pierwsze miejsce, sztuka staje się wyłącznie propagandą, a produkt, po zaspokojeniu życzeń sponsora jest usuwany na śmietnik i już się o nim nie mówi. Propaganda lewicowa w Polsce jest z istoty nieskuteczna, lewica bowiem, żeby znaleźć tu jakichś zwolenników musi posługiwać się terrorem, masową propagandą medialną i uzbrojonymi bandami. Inaczej po prostu znika, jest z natury atroficzna. Widzimy to codziennie, nawet silna lewicowa propaganda nie ma właściwie żadnego odzewu, ludzie dają się jej uwodzić, ale w miarę jak latka lecą, a portfel nadal jest pusty, przytomnieją. Stąd to ciągłe parcie na zdobycie młodego odbiorcy i zabełtanie mu w głowie różnymi bzdurami.

No, ale w porównaniu z propagandą lewicową, nasza prawicowa propaganda wyrażona w komiksach jest jeszcze gorsza. Gawronkiewicz przynajmniej potrafi rysować i ma jakieś pomysły. Komiksy z niszy patriotycznej zaś, to przeważnie przerobiona na obrazki dydaktyczna publicystyka, kulawym scenariuszem, który próbuje nadążyć za wyznaczoną przez redakcję objętością dzieła. Jestem głęboko przekonany, że prace te nie spełnią swojej funkcji, to znaczy, że nie spełnią roli wychowawczej, do której je przeznaczono. Redakcja IPN zaś, która je wydaje i dystrybuuje, będzie musiała w końcu pójść po rozum do głowy i coś zmienić. Dystrybucję, albo formę, a najlepiej jedno i drugie.

Sukces rodzi się z kreowania gwiazd. Tak po prostu. W ten sposób działa Hollywood i to jest sprawdzona metoda. Rysownicy to gwiazdy, mistrzowie i oni muszą mieć tego świadomość. Tylko nakręcenie koniunktury na poważne, dojrzałe komiksy, koniunktury, która da szansę wielu, a nie będzie jedynie utrzymywać przy życiu nielicznych, pozwoli nam na to o czym wszyscy od dawna myślimy – na wejście na rynki obce. To pewnie jeszcze potrwa, ale starać się trzeba, bo innej drogi nie ma. W dodatku musimy wejść na te rynki z treściami dla nas ważnymi, a to jest naprawdę trudne, bo w przeciwieństwie do Polski we wszystkich innych krajach lewicowa propaganda znajduje wielu wdzięcznych słuchaczy. Czy ktoś myśli w ten sposób? Zdaje się, że prócz nas tutaj, jedynie gazownia. Ostatnio ogłosili ponoć konkurs na powieść, a jego patronem jest Henryk Sienkiewicz. Jakie to jest jednak przewidywalne. Całe szczęście, że zostają nam święci i gazownia nigdy nie zdecyduje się na mianowanie któregoś z nich patronem swoich projektów. No, ale idźmy dalej. Cóż takiego nowatorskiego mamy do zaprezentowania my. Ja jako wydawca i Tomasz Bereźnicki jako rysownik?

Zacznijmy od sprawy najważniejszej, czyli od odbiorcy. Nasz album przeznaczony jest dla czytelnika dorosłego i wyrobionego. Nie w więc w momencie jego dystrybucji tej fałszywej nuty, która towarzyszy promocji innych produktów – jak coś jest słabe, to sprofilujmy to pod młodzież, może kupią. Ja to piszę wprost, choć spotkałem się z opiniami niechętnymi wobec naszego produktu, właśnie dlatego, że nie zawiera on elementów typowych dla komiksów młodzieżowych. To znaczy nie ma tu bohaterów walczących o słuszną sprawę z bardzo wyraźnym złem, ale jest – po raz pierwszy w historii komiksu – narysowana wyraźna intryga polityczna. Można więc rzec, że stawiamy na rozum, a nie na emocje. Można powiedzieć, że zależy nam bardziej na tym, by czytelnik zainteresował się na nowo historią niż by przeżył jakiś emocjonalny wstrząs. To ostatnie jest z mojego punktu widzenia w ogóle nie osiągalne, bo emocje młodych odbiorców są dewastowane od wczesnego dzieciństwa produkcją telewizyjną i grami. Stąd też bierze się ten silny w niszy komiksowej pęd do rysowania gołej baby w kosmosie. Już nic więcej nie działa na zmysły po prostu. Nie idziemy w tę stronę. Nie interesuje nas kultowy Funky Koval i inne bzdury. Nie zajmujemy się ten popularyzacją w takim sensie w jakim rozumieją to historycy i ojcowie dzieci, chcących przekonać je do historii Polski. Moim zdaniem ta metoda jest nieskuteczna.

Stworzyliśmy coś, co jest całkiem nową jakością na rynku komiksu. Przede wszystkim odeszliśmy od stylizacji, tak językowej jak i obrazkowej. Nie ma więc w naszym albumie naśladownictwa, które bywa dla rysowników wielką pokusą. Jest za to dialog z widzem i dialog z przeszłością. Brak stylizacji oznacza, że czytelnik bywa nieraz mocno zaskoczony tym co widzi na planszach i zadaje pytania w rodzaju: a co tu robi Witkacy. Otóż Witkacy tam jest, bo być musi. Podobnie jest z papierosem, telefonem komórkowym i innymi atrybutami współczesności, które znajdują się w naszym komiksie, bo po prostu był taki narracyjny przymus. Każdy kto cokolwiek robił naprawdę wie co to jest ów przymus. Po prostu trzeba coś zrobić i już.

Nie istnieje moim zdaniem dobra produkcja komiksowa bez odniesień politycznych, a w naszym albumie, dotyczącym przecież czasów jakże podobnych do naszych, jest tych odniesień mnóstwo. Za jedną z największych zalet tego produktu uważam właśnie to, że owe odniesienia tam są. Rzecz nadaje się więc do wielokrotnego czytania i kartkowania, do poszukiwania ukrytych znaczeń i zagadek, nie tylko politycznych. Na targach pytałem odwiedzających czy widzą gdzieś twarz Jacksona Pollocka, kilka osób ją oczywiście odnalazło. O wiele łatwiej było z Tadeuszem Kantorem. Tego rodzaju zabiegi zapewniają albumowi długie życie. O wiele dłuższe niż skomplikowana narracja, z propagandowym zacięciem. Myślę, że choć nie będzie to łatwe, pójdziemy tą drogą dalej. Kolejny album, będzie jeszcze do tego syntezą, Tomek postara się tak skondensować dzieje świata nowoczesnego, by zmieściły się na 20 planszach i do tego jeszcze opowiedzieć o narodzinach tego świata poprzez sztukę. To jest dobra droga, droga daleka od taniochy i dająca satysfakcję czytelnikowi. Oczywiście takiemu, który szanuje siebie, a nie takiemu, który uważa, że jest za słaby dla tego rodzaju propozycji i sięga po coś przystępniejszego. Nie ma rzeczy mniej lub bardziej przystępnych, są tylko mniej lub bardziej uczciwe wobec odbiorcy. My staramy się być uczciwi po, jak to się mówi, całości. To jednak wymaga od naszych odbiorców pewnej odwagi. Dlatego właśnie zapraszam wszystkich odważnych na stronę www.coryllus.pl, na kiermasz IPN jutro, do budynku przy Marszałkowskie 21/25 w Warszawie, na spotkanie poświęcone komiksowi w Grodzisku Mazowieckim 14 listopada o 19.00, na targi książki w Katowicach, w Warszawie i Wrocławiu.  

Oto linki do wyrbanych stron naszego albumu

 

http://issuu.com/tomaszbereznicki/docs/swiete_krolestwo

http://issuu.com/tomaszbereznicki/docs/sanctum_regnum

 

 

 

coryllus
O mnie coryllus

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (25)

Inne tematy w dziale Kultura