coryllus coryllus
5077
BLOG

Generał Sosabowski vs dziennikarz Cegielski

coryllus coryllus Kultura Obserwuj notkę 58

 Nasz gospodarz, Igor Janke, namawiał tu ostatnio wszystkich do pisania o książkach. Proszę bardzo, napiszę od razu o dwóch. Jedną właśnie czytam, a drugą ledwie przejrzałem, ale uważam ją za absolutnie wstrząsającą. Zacznę od pierwszej. Jest to rzecz zatytułowana „Droga wiodła ugorem”, napisał ją generał Stanisław Sosabowski i ja ją właśnie czytam, bo szykujemy się przecież do nowego komiksu opowiadającego o losach generała. Ja rzadko zaglądam do książek pisanych przez wojskowych, nie palę się do tego, ale książkę Sosabowskiego przeczytać warto. Facet miał wyczucie i wiedział co jest dobre, co zaskoczy i zainteresuje czytelnika, a co może go znudzić. Najlepsza jest scena już na samym początku tych wspomnień. Jedenastoletni Stach, któremu umarł ojciec musi dorabiać korepetycjami, jest bardzo biedny, pewnego dnia stoi zmarznięty na korytarzu szkolnym. Podchodzi doń ksiądz katecheta Andrzej Nogaj i pyta: Stachu, gdzie masz płaszcz, jest zima, zamarzniesz.

Na co Sosabowski: ja proszę księdza profesora, nie mam płaszcza. No to jak ty Stachu chodzisz do szkoły. Jak? Ja biegnę, proszę księdza...

To jest urocza scena i trudno ją wyrzucić z pamięci. Potem Sosabowski opisuje jak za wstawiennictwem św. Józefa zaczął dorabiać korepetycjami. Wkrótce w całym Stanisławowie ludzie wiedzieli, że jeśli ktokolwiek może wyciągnąć ze szkolnych kłopotów jakiegoś przygłupa czy lenia to tylko on. Sosabowski brał pieniądze za godzinę lekcji, ale siedział z delikwentem do momentu aż tamten, ze zrozumieniem czy bez potrafił powtórzyć lekcję. Stach Sosabowski stał się postrachem uczniów i wielką miłością ich rodziców. Nauczyciele go polecali swoim podopiecznym, a on mógł sobie wreszcie kupić płaszcz. Czasy wojenne opisuje Sosabowski ze znawstwem duszy czytelnika, nie wyżywa się w opisach bitew i kampanii, nie epatuje grozą. On w tej książce głównie martwi o mobilizację sprzętu i zapasów oraz o odmalowanie jakiegoś szczegółu, który decydował o kolorycie wydarzeń. To jest, z mojego punktu widzenia, rzecz niezwykle ujmująca, bo świadczy o tym, że Sosabowski był poważnych profesjonalistą, a nie egzaltowanym durniem. Nie pozwala sobie też na krytykę swoich kolegów i przełożonych pozostając przy opisach stanu faktycznego. Opisy te zaś w zupełności wystarczają do tego, by zmrozić krew w żyłach. W najgorszych momentach ewakuacji z Francji do GB, taki na przykład generał Dreszer, kawalerzysta, zwalał wszystko na Sosabowskiego i znikał nie wiadomo gdzie. Kiedy Sosabowski pojawił się w sztabie naczelnego wodza we Francji, najważniejsze było to, by napisał raport, w którym obciążyłby swoich przełożonych za klęskę wrześniową. Raport taki polecił mu napisać jego kolega generał Izydor Modelski. Sosabowski zaś zrobił to co czynił zwykle, czyli opisał stan faktyczny. Nie spodobało się to nikomu, a najmniej Kotowi, który oczekiwał, że oficerowie liniowi będą szkalować swoich dowódców. Ciekawe co by było, gdyby Sosabowski nie był zimnym profesjonalistą wykonującym zadania, ale podstępnym analitykiem szukającym we wszystkim drugiego dna. Możemy bowiem w tej książce znaleźć rzeczy zupełnie zaskakujące. Oto w czasie obrony Warszawy, a Stanisław Sosabowski bronił odcinka na Grochowie, wzdłuż Alei Stanów Zjednoczonych, wśród oficerów liniowych pojawiła się informacja, że sowieci, którzy wkroczyli 17 września, stoją już pod Małkinią i nie mają wcale złych zamiarów wobec Polaków. Można więc, i Sosabowski taką możliwość rozważał, próbować się do nich przebijać. Nie był nasz generał człowiekiem przesadnie podejrzliwym i informację tę zlekceważył, choć o niej wspomniał. Ja jednak jestem podejrzliwy i ciekawi mnie bardzo taka sytuacja. Oto 16 września do linii bronionych przez Sosabowskiego podjeżdża niemiecki łazik z parlamentariuszami. Proponują oni ni mniej ni więcej tylko kapitulację. Sosabowski dzwoni do Rómmla, który jest nominalnym dowódcą obrony Warszawy, nominalnym, bo rzeczywistym jest Czuma. Rómmel, gdyby był generałem brytyjskim, musiałby się wykazać nie lada koneksjami, żeby uniknąć rozstrzelania, za swoją postawę we wrześniu, no ale jest generałem polskim i wszystko mu darowano. No i generał Juliusz Rómmel 16 września 1939 roku mówi niemieckim parlamentariuszom, że nie zaprzestanie walki. Człowiek, który pozostawił swoich żołnierzy w obliczu wroga, dezerter, który uciekł do Warszawy, teraz odgrywa bohatera, na dzień przed wkroczeniem Rosjan. Sosabowski pisze, że Warszawa była zupełnie nieprzygotowana do obrony, że skuteczność tej obrony wynikała jedynie z determinacji dowódców poszczególnych odcinków. Nie miało więc chyba znaczenia czy stolica podda się 16 czy 29 września? Dla kogo nie miało, dla tego nie miało. Sosabowskiemu mogło to być obojętne, ale nie było z pewnością obojętne Rómmlowi, czy prezydentowi Starzyńskiemu. Pana tego Sosabowski znał osobiście. Po kapitulacji Sosabowski przychodzi do niego, do urzędu, z prośbą o pomoc dla ukrywających się oficerów i dla siebie samego. Chodzi o to, by załatwić tym ludziom jakiś etat. Starzyński zaś mówi, że nie może, bo jest tylko dekoracją, a wszystkim zarządza jego niemiecki zastępca. To jest trochę dziwne, zważywszy na to jak była rozbudowana biurokracja w Warszawie, nie wierzę też w to, że jakiś niemiecki zastępca, w czasach przedgestapowskich mógł ogarnąć wszystkie obszary urzędniczej aktywności w stolicy. Nie wyobrażam sobie też sytuacji, w której polski urzędnik odmawia polskiemu oficerowi pomocy, powołując się na brak możliwości. To jest w świecie realnym ojczyzny naszej tak przedwojennym, jak i obecnym rzecz nie do pomyślenia.

Jeśli do tego dołożymy, starannie ukrywane, zamiatane pod dywan pogłoski jakoby Polska powrześniowa miała stać się marionetkowym państwem rządzonym z Moskwy, którego premierem miał być Starzyński, a ministrem wojny Rómmel, to rzeczy nabierają nowych barw. Historia ciągle czeka na swojego odkrywcę. Jestem w połowie książki na razie, myślę, że coś jeszcze o niej napiszę.

Druga książka jest, jak powiadam, absolutnie wstrząsająca. Kupiłem ją wczoraj w Biedronce za 12,99. Napisał ją Max Cegielski, syn Tadeusza Cegielskiego. Nosi ona tytuł „Mozaika, rzecz o Rechowiczach”. Ja ją jedynie przejrzałem, ale to wystarczyło. Zanim omówię kilka wątków, rzeknę znów słowo o dystrybucji, albowiem jak pisał Stanisław Sosabowski, mobilizacja materiałowa jest rzeczą najważniejszą. Mamy oto książkę wydaną przez aspirujące do prestiżu wydawnictwo W.A.B, które jest własnością Empiku. Ponieważ w sieci tej sprzedaje się teraz głównie gadżety i przestawienie się na powrót na książki z pewnością nie jest łatwe, menedżerowie wymyślili, że wpakują te książki do dyskontów. Jak widzę takie rzeczy przypomina mi się scena z „Potopu” kiedy to chan przysłał Janowi Kazimierzowi ordyńców, a ci wcale nie zamierzali słuchać co się do nich mówi. I wtedy Andrzej Kmicic rzekł; niech wasza wysokość mnie onych ordyńców daruje. No więc ja myślę sobie teraz, że chętnie bym wziął owych menedżerów, co książki po 12.99 w Biedronce sprzedają i na dobry początek kilku powiesił, a reszcie zrobił wykład ze sprzedaży tuż pod majtającymi się nogami wisielcami. Doszlibyśmy tym sposobem do sukcesów o jakich polskie księgarstwo jeszcze nie słyszało. Tak sądzę. No, ale wracajmy do Cegielskiego.

Kojarzycie te wszystkie okropne mozaiki z kamienia i potłuczonego szkła, którymi upstrzona jest Warszawa, te wszystkie olbrzymie murale, na Legii na przykład? Jest tego trochę. Kojarzycie dekorację wielkich barów mlecznych, czy dekorację Domu Chłopa? Na pewno kojarzycie. Otóż to wszystko jest dziełem małżeństwa Rechowiczów – Gabriela i Hanny. Małżeństwa, które powróciło po wojnie do Warszawy z Paryża i znalazło się od razu właściwie, przy najważniejszych zleceniach na realizacje propagandowe. Ja nie wiem jak to się robi, bo książki jeszcze nie przeczytałem, ale wstrząsające jest to, że ten przygłup Cegielski pokazuje to wszystko plus jeszcze plakaty z okazji 22 lipca i innych ważnych rocznic, plus okropne ilustracje do książek i mówi, że oni to wszystko robili poza ideologią. Że tylko z miłości do sztuki tworzyli. Największe budżety, najliczniejsze zespoły współpracowników, bo przecież, żeby wyłożyć kamykami ścianę 10x10 potrzeba kilku osób, dostawali ci ludzie. Zlecenie za zleceniem, przy decyzjach budżetowych zapadających na najwyższych szczeblach, a Cegielski pisze, że to z miłości do sztuki. Z tego co zdążyłem się zorientować państwo Rechowiczowie porządkowali świat artystyczny stolicy, ten kto u nich bywał, na przykład Edward Krasiński, stary dureń, który pod koniec życia przyklejał niebieski pasek taśmy na wysokości 1,20 w różnych pomieszczeniach, byli poważani i mieli dostęp do pieniędzy. Ci zaś, których nie zapraszano musieli łapać jakieś zlecenia poboczne. Najlepsze zaś jest to, że do dziś wszyscy wierzą iż sztuka abstrakcyjna to było coś klasowo obcego komunistom, że był jakiś konflikt pomiędzy socrealizmem stalinowskim, a postępowym abstrakcjonizmem. To jest najbardziej oczywista brednia. I jedno i drugie jest bowiem kontrą wobec ikonografii chrześcijańskiej, Wszyscy wierzą, że artyści od bohomazów to opozycja, a realiści to twardy beton partyjny. Ja rozumiem, że Cegielski jest durniem, ale że wszyscy na tych historiach sztuki są durniami....?

To się nawet na Żydów nie przekłada, bo cały ten ruch dekorowania miast ogromnymi malowidłami przedstawiającymi nie wiadomo co, zaczął się po 1968 roku. O co więc chodziło tak naprawdę? Myślę, że o możliwość topienia budżetów w tych przedsięwzięciach. Jeśli mamy gromadę nieodpowiedzialnych z zasady „artychów”, którzy mają dostęp do partyjnej kasy, to aż się prosi, żeby się owi artyści podzielili kasą z tymi swoimi mecenasami i prócz tego murala z powyciąganych z rzeczki okrąglaków udekorowali im przy okazji jeszcze willę gdzieś nad jeziorem. Całą tę patologię opisuje Cegielski tak, jak tylko aspirujący i nic nie rozumiejący gamoń może opisać. Rozsmakowuje się w zapachach, kolorach, i innych pierdołach, bo mu się zdaje, że to jest właśnie literatura. No i najważniejsze – kultura, którą wszystkie elity jak kraj długi i szeroki uważają za swoją – lansowana jest i sprzedawana w dyskontach dla proli, którzy mają ja w nosie. Dlaczego tak się dzieje? Bo nic się od czasów państwa Rechowiczów nie zmieniło na rynku literacko artystycznym. Chodzi o to, by podzielić budżet, a reszta jest nieważna. Pozostaje jednak propaganda, którą oni w swojej twórczości muszą umieszczać. Czy ona jest skuteczna? Nie jest, ale póki budżety są duże ich to nic nie obchodzi. Kiedy budżety zaczną się kurczyć, Cegielski i inni staną się największymi piewcami wolnego rynku. Wolnego dla nich rzecz jasna, bo nie dla mnie i nie dla Toyaha. Tylko bowiem w warunkach elementarnej swobody rynkowej można mówić o skutecznej propagandzie. Mamy więc takie elementy: budżet, propagandę i czytelnika. Póki budżet do podziału jest duży skuteczność propagandy schodzi na drugi plan. Problem zaczyna się kiedy budżety się kurczą. Wtedy zaczyna się poszukiwanie kontaktu z czytelnikiem i sponsor mówi: no żesz, do kurwy nędzy, towarzyszu Cegielski, słabe te książki piszecie, bo naród ich czytać nie chce. Na to Cegielski: poprawię się towarzyszy Dzierżyński, przysięgam, ale muszę mieć na płaszcz, bo zimno. Na co sponsor: w dupie mam wasz płaszcz, siadajcie do roboty, bo zawołam tu dziesięciu tańszych i nawet koneksje ojca wam nie pomogą. No i wychodzi ten Cegielski na rynek, bez płaszcza, ledwie w pantoflach, rozgląda się naokoło i robi pierwszy krok. Z zza skał zaś, ciągnących się aż po horyzont obserwujemy go my, i zastanawiamy się do którego miejsca pozwolić mu dojść.

 

Zapraszam na stronę www.coryllus.pl gdzie sprzedajemy od wczoraj książkę Toyaha. Nie ma do niej ani trailerów, ani stron z obrazkami, dlatego właśnie umieszczam tu jeszcze raz linki do stron z naszego komiksu.

 

http://issuu.com/tomaszbereznicki/docs/swiete_krolestwo

http://issuu.com/tomaszbereznicki/docs/sanctum_regnum

coryllus
O mnie coryllus

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (58)

Inne tematy w dziale Kultura