coryllus coryllus
6820
BLOG

Sprawa Kazimierza Łyszczyńskiego. Początek śledztwa

coryllus coryllus Historia Obserwuj temat Obserwuj notkę 96

Przypadek Kazimierza Łyszczyńskiego, ateisty spalonego rzekomo na stosie, co poprzedzone zostało wyrwaniem języka i spopieleniem jego pism, potraktujemy dziś skrótowo. Właściwie muszę się od razu przyznać, że nie mam narzędzi do tego, by naświetlić wszystkie wątki i rozwikłać wszystkie niejasności, które się pojawiają kiedy zaczynamy czytać o procesie i skazaniu tego człowieka. No, ale jest to tak ciekawe, że nie mogę się powstrzymać od skrótowego choćby naświetlenia swoich, ważnych chyba, wątpliwości.

Na pewno wiemy, że jest Kazimierz Łyszczyński jedynym w całej historii Polski ateistą skazanym na śmierć, a przez to zawsze jego sprawa jest podnoszona przez wojujących antyklerykałów. I nie ma tu żadnego znaczenia ilu ludzi zostało w Polsce zamordowanych za wiarę i za wierność tradycji Kościoła. Kiedy tylko ktoś próbuje o tym mówić, czerwoni wyciągają tego Łyszczyńskiego i machają nim jak złe dzieci martwym kotem przywiązanym za ogon do kija.

Komuniści, o dziwo byli bardzo ostrożni w lansowaniu sprawy Łyszczyńskiego i jego męczeństwa, myślę, że powodem była zbyt duża ilość profesorów zainteresowanych epoką, ludzi, którzy mogliby zwrócić uwagę na ten czy inny szczegół procesu i zniweczyć w ten sposób cały propagandowy efekt. Dziś już takiego niebezpieczeństwa nie ma, bo profesorem jest Hartman, a on może się co najwyżej przebrać za Łyszczyńskiego, jak to zrobił latem i zorganizować jakąś taką pocieszną procesję ulicami, że niby prowadzą go na stos i on tam umrze za swoje poglądy. Po tych wygłupach profesor Hartmann poleciał jak myślę do telewizji, (a nie z wiatrem w zaświaty) i tam opowiadał o swoim plastikowym męczeństwie. No, ale wracajmy do Łyszczyńskiego.

Proces jego był skonstruowany na znanych nam wszystkim komunistycznych zasadach. Oskarżył go niejaki Brzóska, któremu Łyszczyński dał swoje papiery do przeczytania, raptem piętnaście arkuszy. W papierach tych wywodził, posługując się pismami znanych sobie filozofów, że Boga nie ma. Nawet zakończył w ten sposób swoją dysertację, to znaczy napisał takie zdanie w finale swoich rozważań. Wiemy to ponoć ze źródeł na które powołują się liczni autorzy opisujący męczeństwo Łyszczyńskiego. Kim są ci ludzie? To zwykle tacy jak Łyszczyński ateiści, czyli funkcjonariusze systemu. W sieci z łatwością znajdziemy obszerny tekst autorstwa Andrzeja Nowickiego, czerwonego czarnoksiężnika, w którym dowodzi on, że ateizm Łyszczyńskiego prowadzi wprost do wyzwolenia. Nowicki to teść Wandy Nowickiej, tej od Palikota, a my wiemy, że z ateizmem jest dokładnie na odwrót. Nie prowadzi on do wyzwolenia, ale do tego drugiego, do niewolnictwa.

Wracajmy jednak do Brzóski, Łyszczyński, świadom przecież zagrożeń związanych z głoszeniem poglądów ateistycznych wręcza swoje kompromitujące pisma Brzósce, który jest mu w dodatku winien pieniądze. Nie wiemy kim jest ten Brzóska, poza tym, że autorzy opisują go jako skończoną świnię, która na polecenie Kościoła wrobiła w proces wolnomyśliciela. Jeśli Łyszczyński rzeczywiście był myślicielem, to procesy myślowe przebiegać musiały u niego nadzwyczaj wolno. Wręczenie dłużnikowi, w okolicznościach niejasnych, papierów, gdzie stoi jak byk zdanie: Dlatego właśnie Bóg nie istnieje, świadczy o bezdennej głupocie naszego filozofa, albo o czymś zgoła innym. O tym mianowicie, że zarówno Łyszczyński, jak i Brzóska mieli do wypełnienia jakąś misję, ale po drodze wszystko się odwróciło. Być może Łyszczyński nie zrozumiał swojej roli w misji jakiej się podjął i zdawało mu się, że jest jej motorem, a był jedynie zapasowym kołem. Wyjaśnianie tego wszystkiego zacznijmy od końca. Stanisław Szenic, który opisał sprawę Łyszczyńskiego w 'Pitavalu warszawskim”, podaje, że śmierć Łyszczyńskiego nie musiała wyglądać tak, jak tego sobie życzą współcześni nam wolnomyśliciele. To znaczy nie spalono go na stosie, ale – wskutek interwencji dwóch biskupów i króla – zamieniono tę karę na ścięcie, poprzedzone spaleniem pism. Pominę tu celowo zawiłości procesu, oskarżenie o kacerstwo, oraz o wydanie córki za mąż za bliskiego krewnego. Chodzi o to, że mamy dwie wersje śmierci. Jedną okropną, a drugą łagodną. Kto podtrzymuje jedną, a kto drugą? Szenic pisze, że papież, kiedy doszły go słuchy o egzekucji Łyszczyńskiego wysłał do króla i sejmu pismo pełne oburzenia. O tym, że Łyszczyński nie został spalony, ale ścięty dowiadujemy się zaś z francuskiej „Gazette”. Podaje nam tę informację nie Szenic bynajmniej, który uważa, że Łyszczyński został przez kler zamęczony i spalony, ale Andrzej Nowicki, czerwony Gandalf z legitymacją PZPR w kieszeni. Dla Szenica utrzymanie tej pierwszej wersji ma znaczenie, a dla Nowickiego nie. Dlaczego? Być może dlatego, że Szenic ma ambicję, by uprawiać dobrą literaturę rozrywkową, a Nowickiemu zależy na udowodnieniu tezy, że Łyszczyński był poprzednikiem takich jak on i dlatego skupia się na aspekcie filozoficznym jego sprawy, i powołuje się na poglądy, które znane są jedynie z wątłych bardzo przekazów. Pisma wszak spalono, a proces był ewidentnie sfingowany.

Szenic trzyma się pierwszej wersji, tej, która oburzyła papieża, a argumentuje w ten sposób: król nie dysponował prawem łaski, nie mógł więc złagodzić kary Łyszczyńskiego, mógł to zrobić tylko sejm. Ja tego nie rozstrzygnę, zacząłem się tym interesować wczoraj wieczorem, a dziś przedstawiam wam efekt moich krótkotrwałych przemyśleń. Istotne jest jednak to gdzie pojawiła się jedna i druha informacja. Pierwsza – o spaleniu na stosie poleciała z wiatrem do Rzymu, a druga do Paryża. Papież się oburzył, a król Francji kazał naświetlić rzecz całą inaczej. I tu zaczynają się dla nas prawdziwe kłopoty. Sprawa Łyszczyńskiego toczyła się pomiędzy dwoma szalenie ważnymi wydarzeniami, pomiędzy odsieczą wiedeńską i traktatem karłowickim. W tym czasie ważyły się losy dwóch państw i rzec można śmiało, że one się zważyły, jak śmietana w czasie burzy. Chodzi oczywiście o dwie potęgi uczestniczące w przedsięwzięciu zwanym Świętą Ligą. O Rzeczpospolitą polsko-litewską i o Wenecję. Po traktacie karłowickim, żadne z tych państw nie było już tym samym. Na scenę wkroczyły inne potęgi. Przede wszystkim Rosja podparta niderlandzkimi kredytami i wzmocniona o przyłączone, a zabrane Turcji Węgry Austria. Jak się do tego wszystkiego ma sprawa Łyszczyńskiego?

Było tak: Łyszczyński był przez osiem lat jezuitą, potem opuścił zgromadzenie i ożenił się. Miał dzieci, zarządzał majątkiem, piastował urzędy i filozofował po domowemu. Tak nam to tłumaczą autorzy panegiryków na jego cześć. Był jednym słowem kimś w rodzaju Jana Kochanowskiego i Mikołaja Reja razem wziętych, ale w swych wnioskach posunął się o wiele dalej niż oni. Łyszczyński, o czym pisze nam Nowicki, pobierał nauki u Jana Morawskiego, jezuity, profesora i to od niego miał się nabawić owych religijnych wątpliwości dotyczących istnienia Boga. Jan Morawski nie był byle kim, mówi nam o tym jego życiorys pomieszczony w wiki, w którym najważniejszą informacją jest ta: W 1687 roku na XIII kongregację generalną jezuitów w Rzymie był deputatem prowincji polskiej. Pozyskał tam zaufanie generała zakonu Tirso Gonzáleza, a ten w 1688 poprosił go o raport o stanie polskiej prowincji zakonu.

Raport ten powstał w rok przed śmiercią Łyszczyńskiego. Nie wiemy co się w nim znajdowało. Człowiek zaś, który go odebrał – Tirso Gonzales – był zaufanym człowiekiem papieża Innocentego XI. No i tu dochodzimy do sedna. A ono da się streścić w zdaniu: jaki był stosunek wpływowych jezuitów do dworu wiedeńskiego oraz do instytucji zwanej „Świętą ligą”. Nie wiemy tego, bo konflikt wewnątrz zgromadzenia, który tli się wtedy i eksploduje co jakiś czas, opisywany jest w kategoriach filozoficznych a nie politycznych. Oto nie ma zgody pomiędzy dwoma, w zasadzie kanonicznymi doktrynami: propabilizmem i propabilioryzmem. Ja nie jestem za mocny z filozofii, więc rozwikłanie tego doktrynalnego węzła pozostawiam bosonowi. Wystarczy mi informacja, że zwolennikami tego pierwszego poglądu byli jezuici, a tego drugiego inne zgromadzenia, w tym augustianie. To mi, jak powiadam wystarczy za całą argumentację z powoływaniem się na racje i opinie autorytetów.

Zacznijmy więc jeszcze raz: Tirso Gonzales jest człowiekiem papieża i został on mianowany generałem zakonu jezuitów, po to – jak sądzę – by zniwelować tam wpływy ojców pochodzących z Francji. Kto mu w tym nie do końca rozpoznanym dziele ma pomóc? Mam na myśli pomoc doktrynalną, argumenty, wsparcie intelektualne i takie tam kwestie. Otóż papież Innocenty i jego ludzie patrzą ciepło na jansenistów. Ci bowiem mają wiele do ugrania we Francji i są z zasady przeciwnikami dworu. Pamiętamy sprawę Port Royal i siostry Pascala, która spędziła tam życie. Król Francji, Ludwik XIV musi obezwładnić protestantów na swoim terenie, bo ich aktywność grozi wywróceniem monarchii i chaosem. Ich aktywnością jest jednak zainteresowany ktoś z bliskiej francuskiej zagranicy. Kto? Wilhelm Orański, książę, bankier, przyszły król Anglii i Szkocji, pośrednik w kontaktach pomiędzy bankami holenderskimi a Rosją. Czy papież Innocenty zdaje sobie sprawę z tego w czym uczestniczy? Ja nie będę teraz o tym orzekał. Papież jest wrogiem króla Ludwika, który ma polityczny przymus zniknięcia u siebie heretyków i odwołuje – ponoć wbrew papieżowi – edykt nantejski. Ten ostatni zaś w sporze z królem odwołuje się do mediacji. Czyjej? Wilhelma Orańskiego rzecz jasna, heretyka, kalwina, finansisty, którego patroni szykują się już do inwestowania w Rosji. Król Francji, ma dobre intuicje, ale nie patrzy zbyt daleko w przyszłość, dziejopisowie robią zeń wręcz idiotę, co zapewne nie jest prawdą. Król Francji musi załatwiać swoje polityczne interesy, a najważniejszym z nich jest usunięcie z Francji protestantów i pozostawienie we Europie Turków, którzy szachują Wiedeń. Żeby to przeprowadzić król musi znaleźć jeszcze jednego sojusznika. Wyboru nie ma wielkiego, właściwie żadnego. Król musi się zdecydować na sojusz z Polską. Ta zaś, według mojej teorii autorskiej, istnieje tylko dlatego, że na jej terenie znajduje się sieć klasztorów jezuickich i jezuickich szkół, które utrzymują ten cały chaos w jakim takim porządku i dają mieszkańcom Korony i Litwy szanse na jakieś kariery.

Kłopot w tym, że jezuici to przeciwnicy jansenistów, których nie lubi król Francji, bo są oni po prostu agenturą banków. Zniwelowanie zaś wpływów Francji to priorytet Wiednia, Holendrów i Anglików. Tej operacji nie da się przeprowadzić bez papieża i papież zostaje do tej gry wciągnięty. Popatrzmy na jego biogram w wiki. Innocenty III pochodził z drobnej szlachty, ale jego rodzina założyła bank, prowadzili interesy w Genui, która od czasów upadku domu Fuggerów prowadzi interesy cesarstwa. Papież wie, że jezuici są mu potrzebni, ale chce – za czyjąś namową lub z własnej woli – nieco zmienić misję towarzystwa. Chce by służyło ono do dyscyplinowania kalwińskich Węgrów i króla Francji. I w tym właśnie celu sprzymierza się z kalwińskimi Holendrami, którzy mają – za pomocą swoich protegowanych czyli jansenistów rozprawić się z jezuitami francuskimi. Papież Innocenty ma także życzliwy stosunek do wenckich Żydów, co kończy się dla Wenecji jak najgorzej. Zniwelowanie wpływów jezuickich we Francji to za mało, by dać Wiedniowi i Moskwie przewagę, trzeba jeszcze pozbawić ich wpływów w Polsce. I do tego właśnie służyła sprawa Łyszczyńskiego. Rzecz wymaga dokładniejszego śledztwa, ale według mnie chodziło o skompromitowanie polskich jezuitów lub tylko części z nich, tej części, która niezbyt entuzjastycznie odnosiła się do polityki Wiednia na terenie Rzeczpospolitej. Sprawa się udała połowicznie, bo ktoś przytomny zdecydował, że się Łyszczyńskiego na stosie palić nie będzie. Wystarczy, dla satysfakcji prowokatorów, odrąbać mu głowę. A jednak papieża powiadomiono, że Łyszczyński został spalony i taka wiadomość poszła w świat. Zaprotestowali Francuzi, ale oni nie mieli już wiele do gadania. I my dalej byśmy myśleli, że spalono na stosie tego biednego człowieka, gdyby nie Andrzej Nowicki, który napisał wprost, że to bujda, że Łyszczyński został ścięty.

Posumujmy: mamy dwa stronnictwa w łonie Towarzystwa Jezusowego, konflikt jest poważny, ale my widzimy tylko jego wierzch. Widzimy tylko różnice doktrynalne, dla przeciętnego człowieka niezrozumiałe. Papież Innocenty XI chce zniwelować wpływy Francji i francuskich jezuitów, w tym celu nawiązuje niezdrowy polityczny romans z ludźmi, którzy inwestują w Rosji, a wkrótce zawładną Wielką Brytanią usuwając stamtąd katolicyzm na zawsze. Potrzeba jeszcze skompromitować jezuitów w Polsce i zmusić króla do intensywniejszego popierania polityki Wiednia. Wyciąga się więc tego Łyszczyńskiego i za pieniądze Niemców finguje się proces. Nowicki w swoim opisie powołuje się na jakieś niezacytowane, niemieckie źródła, które w szczegółach opisują proces i męczeństwo naszego ateisty. Jest sprawa Łyszczyńskiego – tak sądzę – pierwszą przymiarką do kasaty jezuitów. Nie rozumieją oni tego jednak i dają się wkręcać w rozmaite rozgrywki, nad którymi panuje nie wiadomo kto. Z pewnością nie papież Innocenty XI.

Najgorsze zostawiłem na koniec. Papież Innocenty XI jest błogosławionym Kościoła Powszechnego, beatyfikował go po wojnie Pius XII. To ważna okoliczność moim zdaniem. Duch święty jak pamiętamy nie myli się nigdy. Mamy więc o czym myśleć w nowym roku. Łamigłówka, którą musimy rozwiązać jest poważna. No, ale może jakoś damy radę.

 

Zapraszam na stronę www.coryllus.pl. Promocja Baśni już się skończyła, ale okazało się, że mamy jeszcze całe pudło audiobooków, ściągnęliśmy je z rynku. Będziemy je sprzedawać w promocyjnej cenie 15 złotych. Ponieważ musimy wyczyścić magazyn zanim wprowadzimy tam nowe produkty zdecydowałem się obniżyć cenę książek „Dzieci peerelu”, „Nigdy nie oszczędzaj na jasnowidzu” i „Dom z mchu i paproci” do 10 złotych za egzemplarz, plus oczywiście koszta wysyłki.  

coryllus
O mnie coryllus

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (96)

Inne tematy w dziale Kultura