Ktoś wczoraj przytomnie zauważył, że płyta z filmem „Miasto 44” jest już dostępna w supermarketach. Wcześniej trafiły tam inne filmy uchodzące za polskie superprodukcje i słuch o nich zaginął. Nie istnieją już ani w zbiorowej świadomości, ani w sprzedaży ani w ogóle nigdzie. Wczoraj też wrzucono tu link do wypowiedzi topowych pisarzy opublikowanych w tygodniku „Metro”. Kalicińska, Wiśniewski i ta jakaś Katarzyna Bonda biadają, że czytelnictwo upada i Empik się niedługo zamknie. Wywoła to ogólnonarodową katastrofę i jeszcze większy spadek czytelnictwa. Nie znam książek Bondy, ale Kalicińska i Wiśniewski to są po prostu oszuści, którzy dzięki swojej hochsztaplerce i znajomościom w mediach zarobili parę złotych. Są autorami przyśrubowanymi do sieci i nie ma dla ich książek życia poza systemem sprzedaży sieciowej. To znaczy nie wyobrażam sobie, że ktoś poszukuje na allegro czy w merlinie książek Kalicińskiej. Jeśli już ktoś bierze je do ręki to przed gwiazdką z koszyka w Biedronce, na prezent dla zwariowanej koleżanki. Być może kupują to jeszcze ludzie, którzy zamierzają nudzić się na plaży, ale nikt więcej. Z Wiśniewskim jest pewnie jeszcze gorzej, a o filmie nakręconym według jego prozy zapomniały już nawet szczury, które przerobiły zalegające magazyny zapasy płyt na trociny.
Handel książką i filmem w sieciach został pomyślany jako przedsięwzięcie przynoszące szybkie zyski. Popularny towar, gorący, bo jeszcze grany w kinach i leżący w księgarniach, promowany bez przerwy w telewizjach, przesuwa się do dużych sklepów, żeby masy ludzi, którzy się tam przewalają zgarniali go szuflami do swoich domów. Tak to sobie wymyślili specjaliści od marketingu i pomysł ten stawia ich w długim szeregu istot myślących daleko, daleko za szympansami bonobo. Gdzieś tam, hen, hen, gdzie lemury i małpiatki lori biją się w kolejce o dostęp do świeżych larw.
Ja jeszcze raz dla pewności powtórzę to co już tyle razy pisałem: książka to towar luksusowy, tak ze względu na treść, jak i edycję. Książka to medium intymne i nie sprzedaje się go oraz nie promuje występami starej, krzykliwej baby nazwiskiem Kalicińska. Nie sprzeda też książek pan Wiśniewski, póki z jego twarzy nie znikną owe dziwne zasinienia, które pojawiły się tam wskutek nadużywania napojów wyskokowych. To są rzeczy niemożliwe do uzyskania, nawet jeśli na samym początku wydawało się, że jest inaczej. Nikt nie ma obowiązku czytania książek. Czytelnik musi być do książki zachęcony, a nie przymuszony. To są założenia podstawowe i z nich wynika cała reszta czyli strategie sprzedażowe. To samo dotyczy filmów sprzedawanych w sieciach. I tu rodzi się pytanie stokroć ważniejsze niż wszystkie pytania dotyczące książek: dlaczego film taki jak „Miasto 44” nie jest sprzedawany telewizjom na całym świecie i tam nie zarabia pieniędzy i nie promuje historii Polski, a film „Ida” ma taką szansę? Film „Ida”, jak sądzę nie trafi do sieci, nikt nie będzie sprzedawał go z koszyka w Lidlu. Skoro filmów takich jak „Miasto 44” nie sprzedaje się za granicę, rodzi się następne pytanie: po co je produkować i skąd biorą się pieniądze na te produkcje? Film jest najważniejszą ze sztuk, to jest wprost propaganda państwowa i lokowanie różnych idei z przeznaczeniem na eksport. No i sposób na transfer gotówki w różnych kierunkach. Jeśli więc mega produkcja kosztuje dużo powinno dbać się o to, by koszta się przynajmniej zwróciły. To się rzecz jasna nie stanie kiedy film trafi do sieci, bo supermarkety to nie jest żadna szansa na drugie życie arcydzieł tylko przedsionek piekła.
Na spotkaniu w Dęblinie wdałem się w pogawędkę z jednym czytelnikiem na temat treści patriotycznych. Stwierdziłem, że cała ta przemożna chęć by wreszcie mieć książki i filmy o swoich bohaterach skończyła się na „Roju” i koszulkach ze źle narysowanymi wizerunkami Łupaszki, Inki i Młota. Pan ów nie zgadzał się ze mną i stwierdził, że jemu się koszulki podobają, powiedział też, że jest fantastyczna książka - „Legion” pani Cherezińskiej. Warto ją czytać i komentować. Zapytałem czy w związku z popularnością tej książki toczą się wokół niej jakiejś dyskusje, czy kiedy wpiszemy na YT nazwisko Cherezińska i słowo legion, wyskakuje nam od razu dziesięć nagrań ze spotkań autorskich, na których pani owa opowiada o swoim dziele? Oczywiście znałem odpowiedź na te pytania, zanim je zadałem. Książka Cherezińskiej jest martwa, podobnie jak „Miasto 44” i inne patriotyczne produkcje. Nie ma wokół nich żadnej dyskusji, bo zostały pomyślane jako przedmioty prywatnej dewocji. Nie jako element ekspansji treści ważnych dla nas wszystkich. Ludzie przeważnie nie rozumieją różnicy, bo im się zdaje, że o to właśnie chodzi, o to by założyć latem patriotyczną koszulkę, stuknąć się kuflami na pikniku, a w domu poczytać co tam Cherezińska napisała o Brygadzie Świętokrzyskiej. Za chwilę wszystko co da się napisać i powiedzieć oraz zdemaskować w najnowszej historii Polski zostanie napisane, powiedziane i zdemaskowane. My zaś będziemy ciągle w tym samym miejscu. I nic się nie zmieni. Chodzi bowiem o to, że treści zwane patriotycznymi zostały wykorzystane do tego, by wydrenować jakieś budżety i spuścić z ludzi trochę powietrza. Chcieliście Polski, no to ją macie, skumbrie w tomacie, pstrąg....
Teraz kolej na „Idę” i inne poważne rzeczy, a to co było idzie hurtem do Biedronki.
Przed nami kolejna mega produkcja filmowa czyli arcydzieło opowiadające o 10 kwietnia roku 2010. Przedwczoraj mogliśmy przeczytać, że reżyserowi Antoniemu Krauze brakuje raptem 2,5 miliona złotych na dokończenie produkcji. W Warszawie zaś ruszyły zdjęcia do tego filmu. Dopiero teraz? Ja myślałem, że dzieło będzie gotowe na 10 kwietnia? Być może będzie bo filmy dziś robi się szybko według prostej sztancy. I tak wszyscy wiedzą, że będą one zepchnięte do sieci, nie ma się więc co napinać. No, ale te dwie i pół bańki to nie jest mało, skąd to wziąć? Trzeba urządzić narodową zbiórkę, czyli po raz kolejny zrzucić mają się na ten film ludzie. Okay, wiele osób ma potrzebę obejrzenia takiego filmu, niektórzy wręcz piszą, że bez tego obrazu kultura polska będzie zubożona i dużo słabsza. Ja, przyznam się, nie mogę już czytać ani słuchać takich bredni. Co to znaczy zubożona? O czym będzie ten film? To szalenie istotne, bo przypuszczam, na podstawie zapowiedzi, że będzie to kolejny gniot mający wzbudzić dziecięce emocje. Ponoć będzie to historia dziennikarki, która prowadzi śledztwo w sprawie Smoleńska. Kurcze, że też nie pomyśleli o zaangażowaniu Wiktora Batera do tego filmu. Najlepsi są jednak autorzy scenariusza. Wymieniam ich po kolei: Antoni Krauze, Tomasz Łysiak, Marcin Wolski, Maciej Pawlicki. Kapujecie? Półtora godzinny film opowiadający o przygodach jakiejś vice-Jandy z „Człowieka z żelaza” i czterech scenarzystów. Ja bym to zrozumiał, gdyby wśród tych nazwisk znalazło się nazwisko Biniendy, Nowaczyka, czy kogoś podobnego, ale mamy tam reżysera, którego obecność jest jak najbardziej naturalna i trzech moderatorów emocji patriotycznych, trzech tanich lanserów, odpowiedzialnych za stan tych emocji dzisiaj, czyli za brak dyskusji o Brygadzie Świętokrzyskiej i głupawe obrazki na koszulkach. I do tego jeszcze uporczywe poszukiwanie dwóch i pół miliona złotych. Rozumiem, że panowie Łysiak, Wolski i Pawlicki już wzięli swoje honoraria za scenariusz i nawet nie pomyśleli, że mogliby go napisać za darmo. Szkoda, że pan Krauze nie zgłosił się do mnie. Ja bym ten scenariusz napisał za friko, w ramach promocji mojej firmy. O ile pamiętam Pawlicki jest także producentem filmu, nie rozumiem więc po co go jeszcze umieszczać wśród scenarzystów. Po to chyba, żeby nie dzielić się forsą z obcymi. Innego powodu nie ma. Obecność tych trzech wskazuje moim zdaniem jasno, jakie będzie przeznaczenie filmu o Smoleńsku, a będzie ono takie samo jak los filmu „Miasto 44” - koszyki w supermarketach. I niech się nikt nie łudzi, że te koszyki to owo mityczne „trafienie pod strzechy”. Czy już widzicie gdzie się znajdujemy? Czy widzicie, że nie wystarczy produkować filmy i pisać książki o Polsce? Trzeba jeszcze bronić tego przez Pawlickim, Wolskim i Łysiakiem. Bo przed gazownią te rzeczy bronią się same. Tam nawet nie ma nikogo, kto mógłby je skutecznie zaatakować. Bo niby kim się przejmować? Vargą? Dajcie spokój. Trzeba o te treści walczyć i przedłużać im życie ile się da. No, ale jak to zrobić, kiedy u zarania samej produkcji widać jaki będzie ich los: śmieci, zapomnienia, degradacja. To nie jest zabawa i naprawdę nie chodzi o to, by się dobrze bawić na pikniku przed MDK-iem.
Zapraszam na stronę www.coryllus.pl Mamy tam cały festiwal promocji. „Dzieci peerelu”, „Nigdy nie oszczędzaj na jasnowidzu” oraz „Dom z mchu i paproci” sprzedajemy po 10 złotych plus koszta przesyłki. „Najlepsze kawałki” oraz 2 i 3 numer Szkoły nawigatorów sprzedajemy po 15 złotych plus koszta przesyłki. Zapraszam także do sklepu FOTO MAG przy stacji metra Stokłosy w Warszawie.
Ponieważ wielkimi krokami zbliża się moment wydania pierwszego w nowej edycji tomu „Baśni jak niedźwiedź”, który będzie miał, według życzenia czytelników twardą oprawę, oraz zawierał będzie dziesięć barwnych ilustracji, zamieszczam oto krótki trailer zapowiadający to wydarzenie. Przygotował go oczywiście Tomek Bereźnicki. On także jest autorem ilustracji.
Wrzucajcie go, proszę gdzie tylko możecie.
Rozpoczęliśmy NEP czyli Nową Ekonomiczną Politykę, żeby jakoś do tego nawiązać napisałem specjalnie cały tekst o radzieckich zbrodniarzach. Ponieważ Tomek kończy już prace nad nowym leyoutem Baśni jak niedźwiedź. Tom I, rysunki są prawie w komplecie, brakuje tylko dwóch. Cena zaś nowej Baśni twardej oprawie z tymi rysunkami, Baśni, która pojawi się na początku marca, będzie taka sama jak dotychczas, czyli 40 złotych, pora na promocję. Od dziś Baśń jak niedźwiedź. Tom II kosztować będzie 20 zł, Baśń jak niedźwiedź. Tom III 40 zł, Baśń jak niedźwiedź. Historie amerykańskie – 30 zł, Niedźwiedź i róża czyli tajna historia Czech, również 30 zł. Do tego jeszcze aktywne pozostają wszystkie pozostałe promocje, które ogłosiłem w styczniu, po katastrofie w naszym magazynie. Zapraszam na stronę www.coryllus.pl


Komentarze
Pokaż komentarze (44)