coryllus coryllus
3273
BLOG

O dinozaurach, które wyginęły

coryllus coryllus Nauka Obserwuj temat Obserwuj notkę 46

Ja się z zasady nie interesowałem sporem pomiędzy kreacjonistami a ewolucjonistami, ale kiedyś zdarzyło się, że w Szkole Nawigatorów umieściłem tekst o wymowie kreacjonistycznej. Nie miałem z tym żadnego problemu, ani tak zwanego zgryzu, bo każdy ma prawo do wygłaszania swoich poglądów. Wiem jednak, że większość pism w kraju, w tym pism katolickich cofnęła by się przed taką decyzją, żeby nie narazić się na ośmieszenie. Wszyscy bowiem wiedzą i mają to głęboko wdrukowane w mózg, że najpierw był chaos, potem były dinozaury, ale wyginęły, a na koniec przyszedł Neandertalczyk, który został zjedzony przez Freda Flinstone'a. Nie ma siły, by ten schemat z głów usunąć i nie ma wokół tych kwestii żadnej dyskusji. Przynajmniej w Polsce, w USA jest, ale doniesienia o tym przekazywane w Polsce mają charakter demaskacji zidiociałych kreacjonistów. Nie ma bowiem dla nich innego określenia jak zidiociały i innego miejsca jak rezerwat. Skąd to się bierze? Myślę, że w swojej dyskusji z ewolucjonistami kreacjoniści używają argumentów wytworzonych w procesie lansu darwinizmu. To zaś stawia na pozycji przegranej już na samym początku, a poza tym każe podejrzewać, że zostali wykreowani (nomen omen) jako grupa opiniotwórca po to właśnie, by podtrzymać ewolucjonizm przy życiu i stworzyć dlań jak najbardziej kompromitującą antytezę. Sądzę, że twarde jądro kreacjonizmu, to jacyś alchemicy, którzy realizują swoją misję bez zrozumienia. Na obrzeżach zaś są tam ludzie, odnoszący się do ledwie znanych faktów z odległej przeszłości tak, jak świadkowie Jehowy odnoszą się do Pisma Świętego. Niech przykładem będzie tu starszy pan Giertych i jego, nieco już dziś zapomniane gawędy o smokach. To jest najprostszy i najłatwiejszy sposób dezawuowania kreacjonizmu i on się w jeszcze nie raz pojawi w tak zwanym dyskursie publicznym. Pokusa bowiem, by skojarzyć smoka wawelskiego z dinozaurami jest ogromna.

Tymczasem jeden rzut oka na – przepraszam – ewolucję ewolucjonizmu, daje nam do ręki cały szereg argumentów, które zmuszają nas do zastanowienia się nad sensem tak zwanej nauki en masse, a paleontologii w szczególności. Konkretnie zaś chodzi o paleontologię amerykańską XIX stulecia, która rozkwitła niczym zatrute ziele tuż po wygnaniu Indian ze prerii i gór Zachodu wprost do rezerwatów. Przez dwadzieścia lat XIX stulecia toczyła się w amerykańskich środowiskach uniwersyteckich rywalizacja pomiędzy badaczami paleontologami zwana wojną o kości. Profesorowie Marsh i Cope wydzierali sobie z rąk kawałki szkieletów wydobywane ze skał i codziennie niemal odkrywali nowego dinozaura. Rywalizacja ta nosiła wszelkie cechy handlowej koniunktury, a przedstawiana jest jako szlachetne, choć nie pozbawione komizmu i momentów kompromitujących zmagania dwóch zwariowanych profesorków. Do czego zmierzam? Do prostej konstatacji – żeby kogoś zdemaskować trzeba wziąć się za jego metodę, a nie za wyniki badań. Te bowiem demaskują się same. Marsh i Cope dwadzieścia dwa razy opisywali ten sam gatunek, za każdym razem nazywając go inaczej. Kupowali kości od zawodowych eksploratorów przemierzających równiny Zachodu, czyniąc z handlu skamieniałościami intratne zajęcie. Jeśli zaś coś jest intratne pojawia się pokusa, by zmechanizować produkcję. Tak więc – i to wiemy na pewno – kości dinozaurów pozyskiwane były przy użyciu dynamitu. Po czymś takim, jak sądzę, można było z nich zrekonstruować wszystko co tylko kto chciał, na przykład ciele z dwoma głowami, z których jedna przypominała by Marsha a druga Cope'a. Koniunktura nakręcona przez obydwu panów dotyczyła nie tylko pozyskania materiału badawczego, ale także publikacji. Oni sami mieli ich na koncie tysiące, a gdzie tu mówić o asystentach i współpracownikach grzejących się w promieniach sławy swoich promotorów. Gdzie tu mówić o budżetach pozyskiwanych przez naukowców od różnych instytucji. Co prawda w wiki piszą, że Marsh i Cope wydawali własne pieniądze, ale ja – nie mając rzecz jasna dowodów – w to nie wierzę. Może troszeczkę swoich wydali, ale musieli sięgać także po fundusze zewnętrze, to zaś oznacza już tylko jedno – ostrą robotę propagandową, której celem jest zmiana światopoglądu wielkich mas ludzi, którzy gromadzą się w kampusach, by poznać prawdę o historii świata.

Jak wiecie temat dinozaurów powraca co jakiś czas w różnych odsłonach. Ostatnia koniunktura nakręcona została przez film „Park Jurajski” i od tamtej pory zainteresowanie prehistorycznymi gadami nie słabnie. Po kraju zaś jeżdżą platformy samochodowe, na których stoją plastikowe triceratopsy i diplodoki. Interes się kręci jak złoto i niedługo w każdym województwie będziemy mieli park jurajski połączony z prezentacją grup rekonstrukcyjnych przedstawiających walki rycerzy ze smokami (to taki żart kreacjonistyczny). W telewizji pełno jest filmów o dinozaurach, głównie rysunkowych, w których gady zachowują się jak ludzie, a do tego dodany jest wątek inności akceptowanej przez wszystkich. Wiecie o co mi chodzi, o tę bajkę, w której z jaja w gnieździe peteranodonów wykluwa się tyranozaur i wszyscy razem tworzą jedną wielką, zgodną rodzinę. Dzieciom się to bardzo podoba, bo wszyscy mają fajne przygody, a do tego można się jeszcze zapoznać z mnogością form ewolucyjnych. W każdym bowiem odcinku poznajemy nowe gady, których jest mnóstwo i one mają za każdym razem dobre zamiary i mówią coś miłego, oraz prezentują swoje charakterystyczne, wykształcone w procesie ewolucji cechy. Tych gadów i tych cech jest takie mnóstwo, że człowiek chcąc nie chcąc przypomina sobie tę wojnę o kości i przypomina sobie też, że z tych wszystkich wykreowanych przez Marsha i Cope'a gatunków ostały się jeno 32. No więc teraz rodzi się pytanie: ile z tych 32 gatunków istniało naprawdę i ile jeszcze nowych odkryto później? To jest ważna kwestia. Warto by również, miast samych efektów badań czyli tych kolorowych stworów, spopularyzować metodę, czyli pokazać w jaki sposób rekonstruuje się nowe kopalne gady i jakimi metodami dochodzi się do wniosków, że miały one takie, a nie inne funkcje i specjalizacje. To szalenie ciekawe, a ja sądzę, że znaleźlibyśmy przy tej prezentacji wiele podobieństw pomiędzy pracą współczesnych paleontologów a pracą jakuckich szamanów. Tyle, że na uniwersytetach w USA nikt nie pija moczu profesorów.....chyba....

Na koniec kamyczek do naszego filmowego ogródka. Pamiętam kiedy na ekrany wszedł film „Park jurajski”, nie poszedłem nań wiedziony instynktem, ale obserwowałem reakcję w mediach jaką ten obraz wywołał. Pokazali tam w pewnym momencie Krzysztofa Kieślowskiego, który z wściekłością mówił, że trzeba oglądać filmy o ludziach, o ludziach trzeba oglądać, nie o tych cholernych dinozaurach. Zrobiło mi się żal pana Krzysztofa, bo nie raz udowadniał on, że nic a nic nie rozumie z misji filmowca, że nie wie po co taki zawód istnieje i przeżywa w związku z tym nieustające frustracje, które go w końcu zabiły.

Na dziś to tyle.

 

Na stronie www.coryllus.pl można już kupić wznowiony III tom Baśni jak niedźwiedź. Ten o Stefanie Batorym i Kompanii Moskiewskiej.  

coryllus
O mnie coryllus

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (46)

Inne tematy w dziale Technologie