Przy każdym kolejnym tekście, który umieszczam na blogu powinienem dopisywać przypomnienie adresowane do wszystkich czytelników. Jego treść brzmieć winna następująco: wszyscy tutaj obracamy się w sferze powierzchownej publicystyki propagandowej obejmującej czasy współczesne i zestaw uklepanych memów dotyczących przeszłości. Nie można mówić i pisać o zmianach w polityce czy choćby tylko naszej tutaj narracji, w tych historiach, które opowiadamy, bez zakwestionowania dotychczasowych fetyszy. Wczoraj zajmowaliśmy się socjalizmem i będziemy do tego wracać jeszcze wiele razy. Dziś zaś, w związku z tym, że ktoś przywołał tu zachwyty Tomasza Łysiaka nad dzwonem Zygmunta, chciałbym powrócić do czasów dawniejszych czyli do tematów obecnych w II tomie Baśni jak niedźwiedź, którego nakład właśnie się kończy.
Przez 200 lat, historia wyhodowana na poletku KEN wbijała uczniom i nauczycielom do głów schemat taki; najpierw było ciemne średniowiecze, potem wiek złoty pełen sukcesów czyli panowanie ostatnich Jagiellonów, a później było już tylko gorzej, przez tę całą szlachtę i jezuitów, aż kraj upadł. Całe szczęście przyszli socjaliści i inteligencja pracująca i udało się go odwojować. Nie na długo, ale.....Przy tym „ale” propagatorzy powyższych tez zawieszają głos lub milkną. Nie wiedzą bowiem co powiedzieć.
Trzy lata temu, wiosną, kiedy pisałem II tom Baśni jak niedźwiedź, uderzyło mnie to, że w zasadzie żadne źródła dotyczące XVI wieku nie są należycie opracowane, o tym by były one dostępne komukolwiek poza specjalistami, nie ma w ogóle mowy. Tak więc jeśli idzie o wiek złoty i początek doby nowożytnej w Polsce wiemy tylko tyle, że było fajnie, a potem się zepsuło. Do największych sukcesów tamtych czasów zalicza się rzecz jasna hołd pruski oraz bitwę obertyńską, która jest w całości haniebnym, propagandowym nadużyciem, demaskującym stan państwa w owym „złotym wieku”. Różne moje niepokoje związane z opisywanymi czasami rozwiewane były przez komentatorów, którzy twierdzili, że to było dawno i nieprawda, albo że lepiej tego nie ruszać, bo cała ta nasza biedna konstrukcja historyczna, służąca do świeckiej dewocji się posypie. Pewnie by się posypała już dawno, ale na straży ważnych informacji stoi taka ilość cerberów z tytułami naukowymi, że prędzej Brytyjczycy ujawnią jak to było ze śmiercią Sikorskiego naprawdę, niż my się dowiemy ile w istocie pożyczał król Zygmunt I od Bonera, albo jaka była rzeczywista rola Jana Dantyszka przy Mikołaju Koperniku. Tak się składa, że różni pasjonaci wolą się dziś zajmować wszystkim, byle tylko nie tamtymi czasami. Wszystko jest ciekawsze, a im trudniejsze do udowodnienia tym lepiej. Zamiast zabrać się za przeglądanie i tłumaczenie XVI wiecznych listów i dokumentów, ludzie wolą „odkrywać” kłamstwa Niemców, którzy ukryli istnienie cesarstwa Bolesława Chrobrego albo pisać o haplogrupach, które mają udowodnić, że Polacy są lepsi od wszystkich. To jest zwyczajowo otwierany kanał gdzie spycha się entuzjastów i dociekliwych, żeby tam sobie spłynęli i nie zwracali uwagi na rzeczy realne i ważne. Po co czytać jakieś łacińskie teksty, skoro można wyobrazić sobie jakby to było pięknie, gdyby ten Chrobry został jednak cesarzem, a potem zawojował Ruś. O kurcze, dopiero byśmy mieli dzisiaj życie. Do mnie co jakiś czas zgłasza się ktoś i pyta dlaczego ja się tymi tematami nie zajmuję. Mówię grzecznie, że wolę inne tematy, ale ludzie są uparci i chcą, żebym w ich zastępstwie niejako spłynął tym otwartym kanałem wprost w nicość. No więc ja tego nie zrobię, a dziś po raz kolejny powrócę do tematów poruszanych w II tomie Baśni jak niedźwiedź i w albumie Święte Królestwo, który jest wizualizacją tego tomu.
Oto na rynku amerykańskim ukazała się biografia Jakuba Fuggera. To jest coś niesamowitego z kilku względów. Przede wszystkim dlatego, że początek doby nowożytnej, zwany czasem renesansem, to ulubiony moment dziejowy wszystkich świeckich i antykościelnych publicystów. Światowe jednak piśmiennictwo popularyzatorskie zajmowało się, jeśli idzie o te czasy, jedynie wąskim ich wycinkiem, konkretnie zaś historią Anglii. Cała reszta nie została spopularyzowana, a wręcz została ukryta. I tak najważniejszy człowiek przełomu stulecia XVI i XVI, najważniejszy z wszystkich możliwych względów czyli Jakub Fugger do niedawna nie istniał. To tak, jakby pisać historię XX wieku bez Lenina. Jakby udawać, że go nie było, albo, że był nieważny. Albo lepiej, nie Lenina, a Churchilla. Jakub co prawda był bankierem, ale czasy w których żył, nie sprzyjały sztywnym podziałom na bankierów i polityków. Jakub zaś po prostu rządził światem. Tym, który znał i który mieli w zasięgu rąk i wzroku jego faktorzy, czyli całym ówczesnym światem, albowiem ludzie Jakuba byli wszędzie. Przybudówką jego firmy było między innymi królestwo Jagiellonów, czego nikt nie chce dziś przyznać. Cała historia Polski i Litwy XVI stulecia to uporczywe zmagania szlachty o uzyskanie niezależności króla i państwa od niemieckich banków. Przez to właśnie jest ona tak aktualna i ważna dzisiaj, ważniejsza niż rzekome cesarstwo Bolesława Chrobrego. Jedyną drogą do uzyskania tej niezależności wydawało się Jagiellonom zadzierzgnięcie sojuszu z rodziną Hohenzollern, czyli swoimi krewnymi, wnukami Kazimierza Jagiellończyka. Był to pomysł szkodliwy i głupi, a jego efektem było utworzenie pierwszego na świecie luterańskiego państwa, oraz tak zwany hołd pruski, czyli pobłogosławienie przez króla Polski i wielkiego księcia Litwy, nowej, niemieckiej dynastii szykującej się do jumy stulecia i wykrojenia dla siebie nowego państwa w Europie Środkowej. Czyim kosztem? Przede wszystkim Węgier. I tu dochodzimy do rzeczy najważniejszej – w całej tej oszukanej historii jaką się nam podaje w szkołach, nie ma ani słowa o tym, że w roku 1526 zawaliło się w centrum kontynentu, wielkie i bogate królestwo, które zarządzane było przez władcę z domu jagiellońskiego. Nikt Polakom tego nie mówi i nie wyjaśnia jak do tego doszło. Wszyscy pieprzą o złotym wieku. To tak, jakby pisać historię XX wieku i skupiać się na automobilizmie, a omijać rewolucję w Rosji i jej konsekwencje, bo to nieważne.
Dlaczego nie mówi się o upadku Węgier? Bo Niemcy tego nie chcą, ponieważ to cesarz, Jakub Fugger i dom Hohenzollernów stoją za tym upadkiem, oni bowiem skorzystali na tym najwięcej. Jakub co prawda nie dożył bitwy pod Mohaczem, ale jego interesy, jego banki, kopalnie i faktorie istniały nadal, a firmę prowadził bratanek Jakuba – Anton. Ten sam, którego widzimy na sławnym obrazie, kiedy pali w kominku skrypty dłużne cesarza Karola V. Anton Fugger rządził światem w zastępstwie swoje zmarłego stryja i to on dopilnował, by w ciągu czternastu lat po bitwie mohackiej królestwo Węgier rozleciało się na kawałki. Ujawnienie roli i misji podmiotów zarządzanych z Augsburga przez Fuggerów demaskuje całą tę pop-historię złotego wieku i całą propagandę tamtego czasu. Przy okazji zaś demaskuje Lutra i jego misję. Tak jak to ułożyłem w II tomie Baśni można zestawić ze sobą trzy daty: 1525 hołd pruski, 1526 bitwa pod Mohaczem, 1527 sacco di Roma. A dociekliwi mogą jeszcze do tego dołożyć rok 1524 – spotkanie Georga Hohenzollerna z Marcinem Lutrem w Wittenberdze. Daty te łączą się ze sobą ściśle i tylko przez nie widać dokładnie jak wielka była dynamika polityczna tamtych lat. Oto Hohenzollernowie przejmują kolejnego cesarskiego heretyka, wyhodowanego tak jak to było przyjęte od najdawniejszych czasów, w zakamarkach miast południowoniemieckich i cichych klasztorach. Heretyka, który, jak wszyscy poprzedni wystrugany został przez cesarskich finansistów, żeby napsuć krwi papieżowi. Ten jednak jest wyjątkowy, ponieważ został ukradziony i posłużono się nim do przeprowadzenie najważniejszego politycznego przedsięwzięcia epoki – utworzenia świeckiego, heretyckiego państwa, pod auspicjami świeckiego władcy, który teoretycznie jest panem dużych obszarów. Teoretycznie, bo w całości siedzi on w kieszeni faktorów Jakuba Fuggera. Uniczono to w dogodnym momencie, kiedy Jakub Fugger dogorywał i nie wiadomo było jak potoczą się losy jego przedsiębiorstwa. Błogosławieństwo Zygmunta i sojusz z nim daje Hohenzollernom siłę do dalszych przedsięwzięć. Te zaś są poważne. Jakub Fugger zamierzał od dawna rozbić Węgry, bo cesarz chce, by kraj ten stał się jego własnością. W tym celu posłużono się sułtanem, który ruszył na Budę latem roku 1526 i dotarł pod Mohacz 29 sierpnia. Po zniszczeniu armii węgierskiej Turcy się wycofali, nie anektując ani kawałka węgierskiej ziemi. Ich wyprawa była asekurowana przez Georga Hohenzollerna, który pilnie baczył, by sułtan nie przekroczył Dunaju i nie złamał zawartej z nim cichej umowy. Nie pilnował tego sam, rzecz jasna, ale w towarzystwie dobrze uzbrojonych czeskich najemników. Po Mohaczu, Węgry zamieniły się w piekło, a Rzym, stanął otworem przed wojskiem Karola V.
Po co ja o tym wszystkim piszę akurat dziś? Podejrzewam, że ktoś w USA zdecydował, że już można, że będzie teraz można pisać o wszystkich tajemnicach początku XVI wieku i to się będzie bardzo dobrze sprzedawało, nie chciałbym więc, żeby wyrwano mi pierwszeństwo. Podejrzewam bowiem, że skoro „nasi” zobaczą, że w Ameryce można oni też zaczną i przez „nasze' media przetoczy się fala historycznych demaskacji ujawniających jak to naprawdę było z tyk królem Zygmuntem. Mam tę satysfakcję, że jestem o kilka długości przed nimi. A teraz jeszcze wydaliśmy książkę o Bereccim, napisaną przez Jolę Gancarz. I wyobraźcie sobie, że to jest pierwsza napisana po polsku książka o Bereccim, człowieku, który przebudował Wawel w duchu renesansowym. Pierwsza książka o Bereccim napisana po polsku została wydana przez wydawnictwo Klinika Języka w roku 2015. Pierwsza zaś polska biografia Albrechta Hohenzollerna wydana została w roku 2010. W nakładzie 300 egzemplarzy. Autor zaś zaczyna wstęp do niej zdaniem mówiącym, że do tej pory postać księcia Albrechta nie interesowała polskich historyków. Jak można sobie w ogóle pozwalać na taką bezczelność? Nie interesowała polskich historyków?! Nie interesował ich ani bohater eventu zatytułowanego „hołd pruski”, ani budowniczy Wawelu, nie interesuje ich los aktów erekcyjnych UJ... to co tych gamoni do jasnej cholery interesuje? Wóda, konserwy, je..anie bez przerwy? (przepraszam wszystkie panie).
Mam także nadzieję, że autorzy tacy jak pan Łysiak i pani Cherezińska, zajmować się będą nadal swoimi sprawami, czyli dzwonami, zboczonymi mnichami i sekretarkami żydowskich urzędników zarządzających gettem z nadania niemieckiego. Niech pan Komuda nadal pisze o driakwiach i bohunach, niech nie ustaje w wysiłkach. Niech ich wszystkich popiera profesor Nowak i wraz z nimi buduje nową, patriotyczną narrację, która porwie i uwzniośli kolejne pokolenia Polaków. My zaś będziemy po staremu robić swoje.
Wczoraj okazało się, że sąd okręgowy w Warszawie uznał nasze roszczenia wobec firmy Demart, znanego wydawcy prawicowych i patriotycznych autorów, takich jak Igor Janke czy Piotr Gursztyn. Pozostaje więc jeszcze tylko wydobyć resztę należności, bo znaczną część komornik odzyskał już wcześniej. Tak więc mamy kilka powodów do radości.
Zapraszam na stronę www.coryllus.pl, do sklepu FOTO MAG przy stacji metra Stokłosy i do księgarni Tarabuk przy Browarnej 6 w Warszawie.
Przypominam też, że w poniedziałek, w Muzeum Oświęcimskim odbędzie się otwarcie ekspozytora składającego się z komiksowych historii narysowanych przez Tomka Bereźnickiego. Wstęp wolny
http://ajcf.pl/prezentacja-oswiecimskie-historie/
Przypominam, że od jutra do niedzieli siedzimy z Toyahem na targach w Katowicach, w hali konferencyjnej obok spodka. Wstęp wolny.





Komentarze
Pokaż komentarze (55)