Na blogu toyaha wywiązała się przedwczoraj i wczoraj dziwna dyskusja dotycząca relacji pomiędzy kosztami druku książki, a ceną detaliczną sprzedaży jednego egzemplarza. Podkreślam – kosztami druku, a nie kosztami produkcji, czyli napisania tekstu i narysowania obrazków w przypadku memiksu. Tego rodzaju dyskusje są ze wszech miar niepotrzebne, prowadzą bowiem do prostego wniosku – jeśli im to tak łatwo przychodzi, to powinni sprzedawać to taniej. Rzeczywiście, przychodzi nam to dość swobodnie, ale mamy za sobą lata doświadczenia i to jest wartość dodana, z której nie zrezygnujemy, bo bylibyśmy wariatami. Niestety produkcja którą wdrażamy nie jest w pełni zautomatyzowana, jak w fabryce płytek ceramicznych w Opocznie. Z tego też względu cena naszych produktów zostanie utrzymana. Jeśli ktoś chce się targować, albo dostać od nas prezent musi – w zaistniałych warunkach, niełatwych jak widać – wyrazić taką wolę. Nie ma mowy, żebym domyślał się czego pragną poszczególni zaprzyjaźnieni z blogiem czytelnicy, podczas targów, przygotowania do targów, przygotowania do druku nowej pozycji, czy nawet w czasie wolnym. Jestem zbyt zajęty. Jeśli czegoś chcecie musicie to powiedzieć, a ja się zastanowię co z tym zrobić. To się nazywa komunikacja. Kiedy ja czegoś potrzebuję od czytelników mówię o tym wprost. Takie przyjmijmy zasady.
Teraz przejdźmy do meritum. Panuje powszechne przekonanie, które zwalczamy ogniem, mieczem i słowem żywem, że jak się sprzedaje książkę poprzez zaprzyjaźnionych ludzi, albo przez podstawione autorytety to ona lepiej schodzi i jest ważniejsza. Ja wiem, że nikogo nie przekonam, iż jest inaczej, bo wielu autorów po prostu marzy o tym, by wydać coś i zobaczyć recenzję w gazecie tego swojego dzieła napisaną przez Łukasza Adamskiego laureata „Złotej ryby”. To im zastępuje sukces. W prawdziwym życiu jednak i w prawdziwej sprzedaży jest inaczej. Dlaczego ten uwielbiany przez naszych i nie naszych mechanizm nie działa? Po pierwsze to w ogóle nie jest mechanizm, to jest cień mechanizmu znanego z czasów komuny, kiedy dystrybucja wszystkiego odbywała się centralnie, a nakłady sięgały setek tysięcy. Wtedy wydawać się mogło, że jakaś recenzja czy wzmianka coś ułatwia i pomaga. Niczego nie ułatwiała i była jedynie kwiatkiem do kożucha. Złudzenie to przeniesione zostało w czasy współczesne i wielu ludzi się nim karmi. Na własną zgubę. Postawmy takie pytanie: czy Leszek Żebrowski sprzedaje swoje książki ponieważ recenzuje mu je Cenckiewicz? Nie. Leszek Żebrowski sprzedaje swoje książki, bo wkłada w nie masę pracy i nie unika kontaktu z czytelnikiem. To jest główny walor postawy i metody Leszka Żebrowskiego, reszta to didaskalia. Książki Żebrowskiego bronione są przede wszystkim przez samego autora, a jeśli nawet ktoś przez moment o nich zapomni, to niezawodna gazownia zaraz pędzi z pomocą i wymyślając Żebrowskiemu od antysemitów, podnosi mu wynik sprzedażowy. Leszek Żebrowski nie potrzebuje pochwał profesora Nowaka, nie potrzebuje Adamskiego, ani nikogo w ogóle. To oni wszyscy go potrzebują. Gdyby nie on, nie mieliby o kim i o czym pisać swoich recenzji i wzmianek, a przez to wierszówka za teksty znacznie by się zmniejszyła. To są właściwe proporcje jeśli idzie o udział w sukcesie autora i jego autentycznych oraz pozornych wielbicieli.
Niektórym ludziom wydaje się, że przez tak zwane nieformalne układy można coś sprzedać. Czasem można, ale nie na rynku książki. Nie da się zadekretować sprzedaży książek, nie da się przekonać nikogo poprzez hierarchię urzędniczą czy nawet koleżeńską, żeby kupił jakiś tytuł, a innego nie tknął. Mimo że prawda ta jest tak wyrazista iż kłuje aż w oczy, ludzie ciągle próbują. To się udaje, w naszych obecnych realizach, wyłącznie przy takich autorach jak Żebrowski, a nigdy nie uda się przy takim autorze jak Tomasz Łysiak. Wszystkie rzekome sukcesy takich sposobów, w które wierzą różni ludzie, są wynikiem cetralnie zadekretowanej dystrybucji. Jeśli coś schodzi masowo, a wsparte jest tak zwanymi autorytetami to znaczy, że gdzieś wysoko zapadała decyzja, żeby tłoczyć tę treść w system do przegrzania. Recenzcenci zaś i propaganda szeptana służą temu czemuś za listek figowy. Dziś zaś centralnie zadekretowana dystrybucja jest niemożliwa, bo zbyt wielu mamy autorów i zby wiele produktów. W związku z tym gwałtowna promocja medialna jakiegoś tytułu wręcz odstrasza czytelników. Inaczej jest z widzami, którzy chodzą na filmy do kina. Im to pomaga i jakoś tam ich kręci. Rynek książki rządzi się swoimi, tajemniczymi prawami, bo książka jest produktem nie dającym się wtłoczyć w hierarchie. Oczywiście, cały czas ktoś próbuje to robić. Mamy te segmenty rynku i te gatunki, mamy rankingi na najlepszego pisarza kryminałów, na najlepszego pornografa i najlepszego autora książek o sporcie. Potem to wszystko ląduje w Biedronce. Ostatnio wylądowała tam biografia Salingera, sam widziałem. Po co? Dla kogo? Nie mam pojęcia.
Powtórzymy więc jeszcze raz: z książką jest tak, że każda masowa dystrybucja lansowana w mediach i sieciach z miejsca może by sklasyfikowana jako propaganda i śmieć. Czytelnika książek, prawdziwego czytelnika, oszukać się nie da. Trzeba by było spalić wszystkie egzemplarze druków zwartych od pierwszego wydania Don Kichota do dziś, póki co nikt nie zamierza tego robić. Wszelkie masowe dystrybucje są dziś obliczone na pracowników korporacji i coraz bardziej ogłupiałą młodzież. Nie wróżę jednak temu przedsięwzięciu sukcesu, myślę, że ono się załamie, tak jak wiele takich imprez wcześniej.
Jestem też dziwnie spokojny o to, że książka przetrwa jako produkt papierowy, że nie zagrozi jej elektronika i nie zniknie z powodu coraz większej ilości coraz głupszych filmów. Tomek wysłał mi wczoraj nowy, oczywiście „znakomity” film Bagińskiego, nakręcony w cyklu „Legendy polskie”. Nosi on tytuł „Smok” i jest żywym dowodem na to, co tutaj napisałem o dystrybucji. Hierarchia, z istoty nieważna, ale za to wsparta na państwowych budżetach próbuje zodbyć trochę sławy, bo zakładam, że o grosz już tam nie idzie, lansując się za granicą oraz wśród tak zwanej młodzieży. Ta zaś tradycyjnie już traktowana jest przez hierarchię jak banda głupków. Bagiński ma opinię geniusza, moim zdaniem całkowicie niezasłużoną. Pan ten to jedynie swoisty drogowskaz dla ludzi młodych, którzy mają iść jego śladem i popełniać te same grzechy wobec odbiorcy, zabieagjąc jednocześnie o przychylność hierarchii dzielącej budżety. To jest po prostu słabe, a momentami wręcz hańbiące. Zresztą sami popatrzcie. To jest zła droga – via mala, jak mówią w dalekich stronach. Był zresztą nawet kiedyś film pod takim tytułem.
http://kultura.gazeta.pl/kultura/1,114438,19267259,polski-cwaniak-w-hollywoodzkim-stylu-smok-tomasza-baginskiego.html#NiePrzeg
Przypominam, że od jutra zaczynają się targi we Wrocławiu. Jadę tam pożyczonym samochodem, z duszą na ramieniu, bo nie jestem dobrym kierowcą. Jeśli ktoś będzie mógł znaleźć się przy ul. Wystawowej 1 w okolicach godziny 12.00 i pomóc mi w rozładuknu będę wdzięczny. Zapraszam na stronę www.coryllus.pl



Komentarze
Pokaż komentarze (59)