coryllus coryllus
2299
BLOG

Sukces po polsku

coryllus coryllus Kultura Obserwuj notkę 23

Wrocław jest, jeśli idzie o czytelnictwo, jednym z najważniejszych miast w Polsce. Nie ma co porównywać z Wrocławiem stołecznego miasta Krakowa, w którym czyta się tylko to, co napisali miejscowi. Odciągnąć mieszkańców Wrocławia od książek jest bardzo trudno, ale jeśli organizatorzy wrocławskich targów dobrych książek będą przygotowywać tę imprezę tak jak w tym roku, to okaże się, wkrótce, że i takie rzeczy są możliwe. Bardzo dobre targi zostały, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zamienione w targi takie sobie. Hala stulecia i teren wokół niej to jest taki wrocławski Szembekplatz tyle, że sześć razy większy. No to sobie teraz wyobraźcie, że ktoś organizuje targi książki w Warszawie na Szembeku, a potem czeka na entuzjastyczne opinie odwiedzających i uczestników.

Największą atrakcją tej imprezy była nieczynna, ze względu na późną porę roku, wielka fontanna. Było też lodowisko, ale nie skorzystałem. Wystawcy siedzieli w dwóch pomieszczeniach, w tak zwanej hali, która przypominała szatnię kanadyjskich hokeistów, zarówno jeśli idzie o gabaryty, jak i o aromaty, dominujące w atmosferze, kiedy pomieszczenie nabiło się już po brzegi ludźmi. Było ciepło, bardzo ciepło, wręcz upiornie ciepło, ale wszyscy baliśmy się, że jak wyjdziemy z tego upału na powietrze, na ten plac ogromny gdzie hulają wichry, to się poprzeziębiamy. Siedzieliśmy więc w środku. Drugie pomieszczenie było dużo gorsze, był to bowiem namiot, a atmosfera tam panująca też przypominała szatnię hokeistów, tyle, że jakuckich, szykujących się do ostatecznej rozprawy z drużyną Czukczów. I tam właśnie siedzieliśmy my, Toyah i ja.

Jakież było moje zdziwienie, kiedy wracając, włączyłem sobie radio w samochodzie, a tam redaktorki z II programu, jedna przez drugą, wychwalały imprezę, jej klasę, atrakcyjność i rangę. To była lokalizacyjna porażka, porażką było również to co mieliśmy do dyspozycji w środku, a te wariatki piały z zachwytu nad urodą miejsca, nad cudownym, bajkowym otoczeniem (przy hali stulecia) i jeszcze czymś, czego nie zapamiętałem.

No, ale teraz o tym co się wydarzyło w trakcie. Przede wszystkim okazało się, że prawdziwy rynek, bez protekcji i ułatwień dla wybrańców jeszcze istnieje. I to jest właśnie rynek książki. Igor Janke tak samo musiał siedzieć na stoisku jak my, Igor Zalewski również, a Łysiak Tomasz, który wpadł, jak to gwiazdor, na godzinkę tylko, nie zrobił tam żadnej furory.

Do nas jak zwykle przychodzili stali czytelnicy, a także sporo nowych osób. Niektórzy pytali o naszą sytuację w salonie24. Jeden Pan wręcz powiedział, że z całą pewnością nie zwynięto nas za to, że tytuł notki dotyczył Mateusza Morawieckiego. - Igor – powiedział ten pan – nie jest aż tak małostkowy, znam go dobrze. Potem jeszcze sugerował, że z całą pewnością mamy jakieś cięższe grzechy na sumieniu.

Pojawili się też jacyś dziwni panowie, którzy, jak mniemam, chcieli mi zaiponować swoją erudycją, osadzeniem w środowisku naukowym regionu (przerzucali się niekomu nieznanymi nazwiskami i kiwali przy tym głowami), a jeden z nich zapytał kto recenzuje moje książki. Powiedziałem, że nikt, bo to nie są książki naukowe. Później opowiedziałem im o saletrze i wyprawie Daniela Vettera na Islandię, a oni zwiali. Nie odeszli, nie pożegnali się, ale po prostu zwiali rzucając na odchodne, że sprawy te są im znane albowiem badają oni relacje wiedeńsko-praskie na przestrzeni dziejów. Nic oczywiście o tych sprawach nie wiedzieli, ale zdawało im się, że przyjdą na stoisko i trochę poszpanują.

Staliśmy sobie i sprzedawaliśmy kiedy nagle dobiegł nas zza szeregu stoisk głos Jana Hartmana, który przekonywał publiczność, że Boga nie ma i zbierał za to oklaski. Byli także inni pisarze: Wajrak, Marek Niedźwiedzki, a także Wojciech Mann. Same sławy. O nich też mówili w radio. Jeśli idzie o ofertę rzecz wygląda coraz gorzej. Mam na myśli wielkich wydawców książek dla dorosłych. Oferta dla dzieci jest ciekawsza i widać, że ludzie jakoś sobie radzą z promocją i sprzedażą. Książki dla dorosłych zaś to jest prawdziwy dramat. W zasadzie można by je podzielić na trzy grupy: klasyka, książki dziennikarzy telewizyjnych i radiowych, taniocha. Ten ostatni dział jest szczególnie ciekawy, bo wydawcy grają tytułami. I tak na stoisku Zyska leżała książka pod tytułem „Esesman i Żydówka”. Na okładce widać było niemieckiego oficera, odwróconego tyłem i jakąś laskę, z długimi czarnymi włosami, niby tę Żydówkę, tyle, że wyglądała ona raczej na pracownicę seks szopu. No, ale w końcu chodzi o to, by wywołać sensancję i opisać romans z dobrą pointą. Tak się zastanawiam, jaką ja bym dopisał pointę, gdyby mi przyszło do głowy napisać coś takiego. Myślę, że Żydówka powinna nawrócić esesmana na katolicyzm, a potem powinni wyjechać razem do stanu Utah i wstąpić do sekty mormonów.

W czasie targów nagraliśmy trzy pogadanki. Ja dwie, a Toyah jedną. Kacper Gizbo wrzucił już jedno nagranie do sieci, a drugie powinno być lada moment.

 

https://www.youtube.com/watch?v=-0VAnnwGkvU

 

Dziś wieczorem będę w klubie Ronina, ale tam zdaje się wstęp jest tylko za zaproszeniami. Na wszelki jednak wypadek informuję – początek o 20.00. W sobotę zaś będę miał spotkanie w Grodzisku, o godzinie 17, tam gdzie zwykle. Obejrzymy fragmenty filmu „Misja” i porozmawiamy o jezuitach.

coryllus
O mnie coryllus

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (23)

Inne tematy w dziale Kultura