coryllus coryllus
2051
BLOG

Hornblower a sprawa polska

coryllus coryllus Historia Obserwuj temat Obserwuj notkę 36

Nie było dziś prądu od rana. Nie mogłem więc nic napisać, a teraz muszę lecieć. Zostawiam Wam fragment tekstu z najnowszego numeru Szkoly Nawigatorów.

 

Spośród wszystkich bohaterów masowej wyobraźni stworzonych na Wyspach Brytyjskich Horatio Hornblower jest najbardziej tajemniczy. Nie przez swój fach bynajmniej, bo przecież wielu angielskich marynarzy doczekało się upamiętnienia w literaturze i filmie. Horatio Hornblower ma inne walory, które czynią zeń postać niezwykłą i ważną. Otóż admiralicja wysyła go zawsze w te miejsca, gdzie dzieje się coś naprawdę ważnego, od czego zależy los nie tylko aktualnej kampanii przeciwko Bonapartemu, ale także całej europejskiej geopolityki. Można oczywiście powiedzieć, że Hornblower to literacka proteza zastępująca zabitegopod Trafalgarem Nelsona, bohatera prawdziwego, który nie dożył chwil największego triumfu nad korsykańskim uzurpatorem. Być może tak właśnie jest, być może po to Hornblower został stworzony, ale nawet jeśli uznamy tę hipotezę za słuszną, zaraz przyjdzie nam stwierdzić, że jest to zaledwie część prawdy. Hornblower jest bowiem postacią o wiele głębszą. Jest ostrzeżeniem, rękawicą rzuconą wszystkim wrogom, sygnałem, który marynarka królewska rozsyła na wszystkie strony świata – drżyjcie, oto nadchodzę!

Wielu, czytając te słowa, wzruszy ramionami. - To tylko cykl słabych powieści dla niedojrzałych emocjonalnie mężczyzn, którzy nigdy nie mogliby przeżyć na morzu żadnej przygody, bo strach by im nie pozwolił - powiedzą. Można przyjąć takie założenie, można nawet wskazać nieścisłości fachowe w każdej z książek tego cyklu, ot choćby takie jak ta, zawarta w interesującym nas tomie, kiedy to Hornblower, wytrawny wilk morski, znawca i praktyk, pyta jednego z oficerów, jak daleko sięgają przypływy na Bałtyku. Takich lapsusów jest więcej, ale nie mają one żadnego znaczenia wobec istotnej i poważnej roli, jaką ma spełniać Hornblower w literaturze i kulturze brytyjskiej. Gdyby go nieco odświeżono i podano w innej niż stare i bardzo brzydkie wydanie, znane nam z lat osiemdziesiątych, podobnie ważną rolę mógłby pełnić Horatio Horblower w całej Europie, w tym w Polsce. O jaką rolę chodzi? Otóż z kart książek o przygodach dzielnego marynarza, który zrobił karierę od midszypmena do admirała, dowiadujemy się wprost, choć nieco ukradkiem, jak naprawdę wyglądała kampania napoleońska i kto był w niej najważniejszym graczem. Kiedy mówię wprost, a jednak ukradkiem, mam na myśli ten specyficzny, właściwy tylko Brytyjczykom sposób opowiadania, w którym podnoszą oni na wyżyny swojego przeciwnika, przypisując mu istniejące i nieistniejące cechy, oskarżając go o zbrodnie, które popełnił i takie, które nigdy nie miały miejsca, po to tylko, by w oczach czytelników unieważnić go jedną sugestią, jednym obrazem lub motywem. Przekonującym, choć czasem trochę oszukanym. W oczach Hornblowera Napoleon Bonaparte jest złem wcielonym, groźnym i tajemniczym, ale jednocześnie jest godny najwyższej pogardy. Horatio nie fascynuje się nim i nie podziwia go. Jedyną myślą, jaka towarzyszy Hornblowerowi, jest przemożne pragnienie zniszczenia Bonapartego wraz z całą jego armią. Nastrój wszystkich powieści o Hornblowerze osadzony jest na prostym schemacie – z jednej strony dzika moc i potęga smoka żyjącego na lądzie, a z drugiej grupka dzielnych, brytyjskich marynarzy, którzy w trudzie, wśród niebezpieczeństw wykonują powierzone im zadania. I zawsze zwyciężają. Zawsze – podkreślmy --a to dlatego, że są dobrze przygotowani. Cały smak przygód Hornblowera polega na głębokich i szczegółowych opisach przygotowań do wykonania powierzonych zadań. Postaci, które biorą w tym udział, są zwyczajne, ale dokonują rzeczy nadzwyczajnych, przewaga intelektu nad siłą zaznacza się w przypadku każdego z nich tak mocno, że człowiek, czytając to, nie może wyjść z podziwu i sam chciałby czym prędzej znaleźć się na liniowcu i brać udział w tych wszystkich śmierdzących prawdziwym profesjonalizmem rytuałach. Dopiero po chwili przychodzi refleksja, a z nią otrzeźwienie. Liniowiec to piekło, Hornblower to potencjalny wisielec, zamordowany przez rozwścieczoną nudą lub dyscypliną załogę. Cała zaś jego moc i niezwykłość polega na bezwzględnym stosowaniu terroru. On sam i jego zwierzchnicy nie mogą mieć wobec załóg cienia litości, w przeciwnym razie zginą, a Imperium się rozsypie. To jednak działa. Terror, dyscyplina, sztywne formy i rozbudowane rytuały pozwalają tym ludziom przeżyć nie tylko ostrzał, nie tylko sztormy, ale tygodnie nudy, złe jedzenie, robaki lęgnące się w sucharach i śmierdzącą wodę, którą podaje się im do picia. Bez tego wszyscy by zginęli, a losy świata potoczyłyby się zupełnie inaczej. Bo, o czym łatwo się przekonać sięgając po dowolną powieść z cyklu hornblowerowskiego, od postawy Horatio Hornblowera zależą losy świata. Jeśli nie wierzycie, sięgnijcie po najbliższą nam, z racji miejsca i emocji związanych z tamtą epoką powieść hornblowerowską zatytułowaną Komodor. Zanim zajmę się jej treścią, omówię krótko charakterystykę samego bohatera – Horatio Hornblowera, człowieka, którego imię łączy jawnie i bezwstydnie z Nelsonem, człowieka, z którym może się utożsamić każdy najbardziej safandułowaty dzieciak z przedmieść czy angielskiej prowincji. Hornblower pochodzi ze wsi. Jako dziecko rzadko się mył i nie miał towarzyskiego wzięcia. Kiedy trafił na okręt i postanowił w nieludzkim trudzie zrobić karierę w marynarce, okazało się jednak, że cierpi na chorobę morską. Na dokładkę nie potrafi skakać jak małpa po linach, bo paraliżuje go strach. W dodatku ma wstręt do śpiewu i marynarskie pieśni drażnią go bardzo. Jedyne co daje mu przewagę nad brutalnymi i ordynarnymi kolegami to matematyka. Horatio liczy szybko, szybko kojarzy i błyskawicznie wyciąga wnioski. I ta właśnie cecha daje mu bezwzględne fory przed całą wielką armią Napoleona Bonaparte maszerującą na Moskwę. Jakby tego było mało, Hornblower żeni się z arystokratką i ma z nią dzieci; jest to w dodatku nie byle jaka dama, bo siostra samego Wellingtona. Gamoń ze wsi, który pierwszy raz zobaczył wannę jako dorosły już człowiek, żeni się z siostrą lorda, późniejszego księcia, bohatera wojen i pogromcy Napoleona. W dodatku, w czasie każdej rozmowy pomiędzy Wellingtonem a Hornblowerem zaznacza się wyraźnie wyższość intelektualna tego drugiego. Nie może być inaczej, to jasne. Jak to jest jednak możliwe, by angielski autor, starający się z różnym skutkiem dbać o prawdopodobieństwo swojego dzieła, ożenił arystokratkę z marynarzem wywodzącym się z hołoty? To proste. Ona była wdową nie pierwszej już młodości, a on aspirującym oficerem. To według autora – Cecila Scotta Forestera – wystarczy, by rzecz uprawdopodobnić. Nie będziemy z tym dyskutować, dla nas istotne jest, że wiosną roku 1812, wiosną, która była jedyną taką w życiu poety Adama Mickiewicza, Hornblower mianowany komodorem wyrusza na Bałtyk. Żona żegna go czule, a jej brat sarkastycznie. My zaś ani się możemy domyślać, po co Hornblower płynie na wschód. Skupiamy się wyłącznie na szczegółach, które Forester dawkuje nam w sposób nieumiarkowany. Oto widzimy dwa pistolety wykonane na specjalne zamówienie, podarowane Hornblowerowi przez żonę, oto defiluje przed nami dziwny tłumacz, mówiący po rosyjsku, szwedzku, fińsku i polsku, a za nim kulawy kapitan, znany Hornblowerowi z dawnych lat i cała flotylla pływających jednostek przeznaczonych do zadań specjalnych, wśród których wyróżniają się – co za nazwa – dwa kecze bombowe. Póki nie zobaczymy ich w akcji, my laicy, za nic do możemy się domyślić, do czego służą. Sam Hornblower, komodor, dowódca eskadry do zadań specjalnych rezyduje na liniowcu o nazwie Nonsuch, potężnym okręcie uzbrojonym w 76 armat, na którym stale przebywa jakieś dziewięć setek ludzi. W czasie kiedy Hornblower wpływa na Bałtyk, armia cesarza Francuzów uderza na Rosję. Tak jak już nadmieniłem -- z jednej strony mamy 600 tysięcy ludzi maszerujących na Moskwę, a z drugiej kilka okrętów i załogi liczące w sumie około 1000 osób. Dokładnie czujemy tę dysproporcję. Dokładnie też wiemy, że szczegółowo przygotowany, pedantyczny do histerii Hornblower musi ostatecznie zwyciężyć. Zanim jednak to się stanie, powinien dostać się na Bałtyk, przepływając przez cieśninę Sund, co nie jest łatwe, tym bardziej, że Duńczycy są w ręku Francuzów, a Szwedzi przyjęli postawę wyczekującą. Kluczowa, zagarnięta jeszcze przez Karola X Gustawa wyspa Ven jest naszpikowana bateriami dział, które mogą w każdej chwili wystrzelić. Po przepłynięciu cieśnin Hornblower musi żeglować wzdłuż pomorskich brzegów należących do Szwedów, którzy nie opowiedzieli się po żadnej ze stron. Szwedzkie niebezpieczeństwo jest przez Forestera wyraźnie demonizowane, tym mocniej, że tłumacz, którego przydzielono Hornblowerowi, jest Finem, a jego kraj został właśnie przez nowego szwedzkiego króla oddany Rosji. Nie rozumiemy dlaczego, ale kiedy już to pojmiemy, będziemy absolutnie pewni, że Hornblower odniesie sukces. Nie ma bowiem innej możliwości, by król Szwecji, były napoleoński marszałek Bernadotte oddał cokolwiek Rosji bez porozumienia z Brytyjczykami, porozumienie takie zaś czyni zeń po prostu agenta korony na tronie w Sztokholmie. Agenta posiadającego dużą swobodę, ale także niezwykle łatwego do likwidacji, o czym pisze nam sam Forester w powieści Komodor, opiewającej czyny angielskich marynarzy na Bałtyku. Zanim mówiący po polsku fiński tłumacz Anglików próbował zastrzelić cara i króla Szwecji na balu w Petersburgu, wykorzystując do tego ukradzioną Hornblowerowi broń, którą ten dostał w prezencie od żony, cała angielska eskadra musi rozprawić się z najważniejszym dla interesów brytyjskich w tym rejonie problemem. To jest pierwsze zadanie, niejako próba ognia, która kończy się całkowitym sukcesem. Oto na Bałtyku szaleje francuska kontrabanda i na jeden z takich okrętów, w dodatku uprowadzony kupcom angielskim, trafia Hornblower. Dowodzi nim oczywisty zdrajca, angielski oficer, który wybrał służbę u Francuzów. Człowiek ten woli się zastrzelić z niepewnej przecież i niegwarantującej śmierci broni kapiszonowej niż wpaść w ręce komodora Hornblowera. Jego statek zostaje zajęty, a znajdujący się na nim oficerowie brytyjscy uwolnieni. Kolejnym zadaniem jest likwidacja francuskiego pirata szalejącego na południowym Bałtyku. I tę kwestię ludzie Hornblowera rozwiązują pomyślnie, my zaś dowiadujemy się, do czego służyły kecze bombowe. Otóż były to jednostki przygotowane do tego, by razić wroga ogniem moździerzy. A co za tym idzie -- likwidować cele naziemne, a także te cele nawodne, które szukają schronienia w płytkich zatokach niedostępnych dla liniowców. Piracki okręt Francuzów zostaje rozniesiony w drzazgi przez dwa kecze, a komodor przygląda się wylatującym w powietrze kawałkom z niekłamaną satysfakcją. Nie widzi całej akcji, bo Francuz schował się w zatoce, która zasłonięta jest łagodnymi pagórkami. Widać więc jedynie to, co zeń zostaje po każdej kolejnej salwie. Kiedy akcja się kończy, Forester mówi nam wprost, że od tego momentu to właśnie marynarka królewska jest jedynym władcą Bałtyku, na całym bowiem wschodnim morzu nie ma ani jednej jednostki tak dobrze dowodzonej jak Nonsuch komodora Hornblowera, ani jednego oficera tak zdecydowanego jak oficerowie Hornblowera i ani jednej załogi posiadającej tak szczegółowe i kategoryczne instrukcje. Hornblower staje się więc panem Bałtyku i bez przeszkód wyrusza ku swojemu przeznaczeniu, którym jest najpierw dwór petersburski, a potem Ryga.

Opis pobytu Hornblowera na balu u cara, gdzie ten podejmuje większość brytyjskich oficerów w towarzystwie króla Szwecji, fałszywego uzurpatora posadzonego na tronie przez Brytyjczyków, mocno nas rozczarowuje. To nie to samo, co walka z francuskim piratem. Forester silił się na demaskację lekkości obyczajowej petersburskich dam, a wyszła mu z tego opowieść o pijanym oficerze zaciągniętym do łóżka przez nimfomankę. Tak to już jednak jest, kiedy ktoś ma zbyt mało talentu, by z wdziękiem odmalować słabości swojego ulubionego bohatera. Nie dość, że Hornblower ożenił się z siostrą Wellingtona, przy całym bagażu kompleksów i zahamowań, które za sobą ciągnie, to jeszcze ją zdradził i nikt – o dziwo – się o tym nie dowiedział. No, ale porzućmy ten śliski temat. O wiele ciekawszy, ale tak samo bezsensowny jest opis zamachu, jaki tłumacz – Fin nazwiskiem Braun -- zamierza przeprowadzić. Ni mniej nie więcej człowiek ten chce, z zemsty za oddanie Finlandii Rosjanom, zabić cara i króla Szwecji; w dodatku z ukradzionej broni. To jest komicznie i nieprawdopodobne jak przypływy na Bałtyku. W dodatku Hornblower ze swoimi oficerami obezwładnia go w sposób tak dyskretny, że żaden z ochmistrzów i lokai obsługujących ogromne przecież przyjęcie nie orientuje się, o co chodzi.

Postać owego Fina jest jednak dość istotna. Z tego mianowicie względu, że w literaturze brytyjskiej żaden Polak nie zasłużył sobie nawet na taką wzmiankę, nawet na te kilka nasączonych pogardą akapitów, tak jakby podzielenie Polski było z brytyjskiego punktu widzenia czymś sensownym i celowym. 

 

Zapraszam wszystkich na stronę coryllus.pl. I dołączam nasze ostatnie pogadanki oraz trailer komiksu.

https://www.youtube.com/watch?v=-0VAnnwGkvU

https://www.youtube.com/watch?v=nxesnpO6EzA

https://www.youtube.com/watch?v=ZyLa3dzsBxI

https://youtu.be/iqpIZShF3mo

coryllus
O mnie coryllus

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (36)

Inne tematy w dziale Kultura