Nie wiem dlaczego, ale często jest tak, że jeśli jakiś geniusz-propagandysta nie zrobi sukcesu w Warszawie, ląduje w Grodzisku na posadzie lub współpracy z domem kultury. W niedzielę dowiedziałem się, że kółko teatralne w naszym mieście prowadzi Paweł Chochlew, ten gość, co wyreżyserował film „Tajemnice Westerplatte”. Poszliśmy do Centrum Kultury, żeby obejrzeć występ naszej córki, która grała jakiś epizod w jasełkach. Ja w swojej prostocie myślałem, że będą tylko te jasełka i do domu, ale się pomyliłem. Okazało się, że jest impreza WOŚP i licytacja różnych przedmiotów, w przerwach tejże licytacji różni lokalni artyści produkowali się na scenie. Dzieci grały na gitarach, jakaś dziewczynka śpiewała, a my czekaliśmy na jasełka, które zostały zaplanowane na później. Okazało się, że nie będzie to jedyne przedstawienie tego dnia, bo swój występ będą mieli także młodzi aktorzy prowadzeni przez Chochlewa.
Teraz mała dygresja. Myśli te nasze jasełka widzieli już wcześniej, w kościele w Łąkach, moja żona oglądała przedstawienie ze wzruszeniem, a ja i moje starsze dziecko, troszkę z tego drwiliśmy i zasłanialiśmy oczy w momentach najbardziej krytycznych, na przykład wtedy kiedy do żłóbka Pana Jezusa szła Smerfetka. No, a teraz czekaliśmy znowu na ten występ tylko w innych okolicznościach i trochę zgrzytaliśmy zębami. Poza tym panie prowadzące licytacje darły się tak okropnie przez mikrofony, że wytrzymywaliśmy to z trudem. Przed jasełkami był jednak Chochlew, to znaczy nie on sam, bo ponoć się rozchorował, ale ja myślę, że kłamał i nie przyszedł specjalnie, żeby nie brać na siebie odpowiedzialności za to, że oszukał te biedne dzieci, które chciały być aktorami.
Ja nie mogłem uwierzyć w to co widzę. Najpierw na scenę wyszła jakaś istota płci męskiej w pelerynie, licząca sobie latek kilkadziesiąt, choć może był to tylko tak spasiony licealista, trudno dociec. Pan ów zagajał i gawędził ze swadą, mówił coś o bajkach i nie było jeszcze akcji, a siedząca obok mojej żony koleżanka z pracy szepnęła – oby się nie okazało na koniec, że ten grubas uwiedzie Czerwonego Kapturka. Następnie się zaczęło. Przedstawienie było o tym, że jak się usunie z bajek zło, to bajki te są do niczego. Nie ma akcji, nic nie jest ciekawe i w ogóle lepiej jest, żeby smok zjadał dziewice, czarownica paliła dziećmi w piecu, a zła macocha truła swoje pasierbice. Wtedy świat nabiera kolorów. Potem był jakiś antrakt a następnie pokazali Czerwonego Kapturka, wyrośniętą dziewczynkę, która miała iść do babci, ale postanowiła jednak poszukać sobie narzeczonego. Od razu powiem, że całe to przedstawienie trzymało się tylko na tej jednej aktorce, która była absolutnie i bezwzględnie najlepsza. Ja wiem, że to wszystko były dzieci plus ten stary, co odgrywał konferansjera i narratora, ale bywają dzieci naprawdę uzdolnione, trzeba ich tylko poszukać. A jeśli dzieci są tylko dziećmi, to jest jeszcze przecież reżyser, który ma różne dobre i stosowne dla dziecięcych temperamentów pomysły. No chyba, że nazywa się Chochlew i ma za sobą film katastrofalny pod tytułem „Tajemnice Westerplatte”.
No, ale wracajmy do przedstawienia. Kapturek wędruje przez różne bajkowe narracje i próbuje bezskutecznie wyrwać faceta a to królewnie śnieżce, a to tej co żabę miała całować, a to jeszcze komuś. No, ale nie ma szczęścia i czuje się samotna. I wiecie co się zdarzyło na koniec? Na pewno nie zgadniecie. Okazało się, że ten narrator przemienił się w królewicza, ten co był ledwie 10 lat młodszy ode mnie i ona się mu rzuciła na szyję, ta dziewczynka, ten kapturek. Musieliśmy ukryć twarze w dłoniach, nie dało się inaczej. Ja zaś pomyślałem, że te nauczycielki to jednak mają intuicję, chyba wyrobioną przez lata praktyki w szkole. A może ta pani znała po prostu reżysera Chochlewa i wiedziała, że poza pewien bardzo uproszczony schemat on nie wyjdzie nigdy. Jedyne zaś co rozumie z teatru to przymus pokazywania najtańszych i najbardziej prymitywnych emocji.
No, a kiedy już się ta żenada skończyła były nasze jasełka. I tu się okazało, że nasze wcześniejsze szyderstwa, moje i syna, nie przystawały wcale do jakości tego przedstawienia przygotowanego przez dwie panie katechetki, które nie reżyserują filmów, nie mają praktyki teatralnej, za to uczą dzieci i wiedzą, że tak naprawdę dzieciństwo ma swoje prawa. Wiedzą także co to jest talent i jak go odnaleźć. Trzeba bowiem przyznać, że tylu utalentowanych i obdarzonych tak niezwykłą ekspresją dzieci ile jest w szkole w łąkach nie ma w okolicy nigdzie. Moimi faworytami byli dwaj chłopcy, jeden śpiewał piosenkę na otwarcie i na koniec, a śpiewał tak, że wszystkie lokalne i nie tylko lokalne gwiazdy powinny wejść pod stół i tam pozostać na zawsze. Drugi grał kierownika pasterzy wędrujących do Betlejem, a potem jednego z trzech króli i był równie dobry co tamten. Obaj są niewysocy i raczej okrągli, ale na scenie radzą sobie znakomicie. Jeśli zaś idzie o dziewczynki, to jakoś tak się złożyło, że są tam, w tej grupie same znakomite wokalistki i kilka wybitnych aktorek. Najlepsza była, co podkreślają zgodnie wszyscy, odtwórczyni roli dziewczynki z zapałkami ( w jasełkach występowały też postaci z bajek). Nie chcę przesadzić z pochwałami, ale jasełka były naprawdę świetne i przygotowane perfekcyjnie. Bez porównania z tym w co wrobił dzieci znany i wykształcony zawodowo reżyser Chochlew.
I teraz pointa. Wiem, że w mieście naszym jest wielu utalentowanych reżyserów, są to w większości panie, które uczą w szkołach, uważam, że zamiast płacić Chochlewowi miasto powinno dać im szansę. Panie katechetki, które przygotowały jasełka mają zadanie ułatwione, bo popiera je parafia, dyrekcja szkoły jest pozytywnie nastawiona do takich przedsięwzięć, mają gdzie przygotować dzieci do występów i wiedzą, które z nich dysponują autentycznym talentem. Potrafią także, bo mają praktykę w nauczaniu, tak pokierować tymi mniej ekspresyjnymi dziećmi, żeby też miały frajdę z występu na scenie. Wiadomo, że nie da się w szkole skompletować kilkudziesięcioosobowego zespołu z samych gwiazd i asów.
Tak się niestety składa, że fałszywe rozumiany profesjonalizm święci tu triumfy, a jakość rzeczywista i klasa oraz warsztat muszą się gdzieś tam ukrywać. Nazwisko – co z tego, że skompromitowane, skoro znane z telewizji – ważniejsze jest niż talent i praca.
Czekamy, kiedy nasze, niebiedne przecież miasto, dostrzeże że warto dać szansę tym, którzy nie angażują się w medialną, a w dodatku antypolską propagandę, ale interesują się sztuką. Tak naprawdę, z serca...
Zapraszam na stronę www.coryllus.pl, do sklepu FOTO MAG, do księgarni Przy Agorze i do księgarni Tarabuk



Komentarze
Pokaż komentarze (31)