401 obserwujących
2903 notki
12266k odsłon
3637 odsłon

Kuria Skłodowska była Żydówką

Wykop Skomentuj3

 Złodziejstwo w świecie filmowców jest rzeczą powszechną. Do wczoraj jednak łudziłem się, że są jakieś granice, za którymi oni się zmieniają i łupią już tych budżetów tak bezczelnie. Wczoraj jednak musiałem zmienić zdanie. Nie ma żadnych granic….

Poszedłem ci ja, uważacie, do kina w niedzielny wieczór, żeby tam obejrzeć film o znanej badaczce natury wszechświata Kurii Skłodowskiej. Nie liczyłem na wiele, naprawdę...nie spodziewałem się niczego właściwie, powiem wprost, bo po co kłamać, ale to co zobaczyłem zdruzgotało nawet te moje nędzniutkie marzenia. Oto za pomocą szalika, oszklonej komórki, jednej jasnej sukienki, dwóch kapeluszy, w tym jednego z szerokim rondem, a także kilku fraków wypożyczonych od kelnerów z restauracji Belevedere wyprodukowano film kostiumowy. O przepraszam….były jeszcze wnętrza. Dwa niewielkie wybite boazerią pomieszczenia, które imitowały szwedzką i francuską akademię nauk. To wszystko. Nazwanie tego nędzą to jest duża ekstrawagancja. Nie lepiej było w tak zwanej warstwie fabularnej. Reżyser bowiem postawił na emocje. - Na na co miał postawić reżyser – zdenerwuje się zaraz czytelnik – tak przecież uczą we wszystkich szkołach, tych gdzie pisze się scenariusze i tych gdzie się kręci filmy – muszą być emocje i trzeba pokazać żywego człowieka. To są bardzo chwalebne zamierzenia, ale jeśli w każdym filmie widzimy te same emocje i tego samego „żywego człowieka” zaczynamy mieć trochę dosyć i zastanawiamy się czy nie można by tego zrobić inaczej. Może kiedyś będę miał tyle pieniędzy, żeby zrobić taki film. Całkiem inaczej – nie przez emocje i nie przez człowieka.

Kuria Skłodowska miota się po ekranie, bo albo umiera jej mąż, albo nie chcą jej dać katedry na Sorbonie, albo ma kłopoty z kochankiem. Pani Gruszka, którą ją gra, jest oczywiście bardzo przekonująca i zachowuje się tak, jak to się zwykle dziewczyny zachowują w określonych sytuacjach. Jak im się chce coś odebrać wybiegają z pokoju tłumiąc łzy, z zaciętym wyrazem twarzy, jak się do nich przystawia jakiś pryk, któremu śmierdzi z gęby, zwieszają głowę i udają, że nie do nich jest ta mowa. I to wszystko się Karolinie Gruszce udaje znakomicie. No, ale to nie jest film o Kurii i o tamtych czasach. To jest film o tym, jak powinna wyglądać terapia po rodzinnej traumie. Ponieważ my tutaj mamy specjalny wytrych do rozwiązywania różnych zagadek, możemy jednak coś z tego wycisnąć. Pani Marysia, po śmierci męża znajduje sobie pocieszyciela w osobie Paula Langevina i wokół tego wątku kręci się cała fabuła. Jego żona dostaje histerii, on sam zachowuje się jak gnojek, w serii całkiem nieprawdopodobnych i wydumanych scen. Oto wyzywa, na przykład, na pojedynek wydawcę, który opublikował listy, które wymieniał z Marią. I już, już mają się strzelać, ale wydawca mówi, że nie może pozbawić Francji tak wybitnego umysłu jak Langevine. Strzela więc w powietrze. Langevine czuje się upokorzony i ucieka w krzaki. Za nim biednie pani Marysia, która znalazła się w tym lasku nie wiadomo skąd. No, a potem, pod jakimś drzewem w przytomności tych wszystkich sekundantów oboje zaczynają się miziać i tulić. Takich scen jest mnóstwo. Wracajmy jednak do naszego wytrychu. Olbrychski, który gra tam starego, wpływowego pyrka, co mu śmierdzi z tej gęby, nie chce dać Kurii katedry i mówi, żeby szukała szczęścia w Londynie. I tu się zapala pierwsza czerwona lampka. Zaraz potem okazuje się, że przygotowano kampanię prasową przeciwko niej na bazie tych listów, co je żona Langevina wykradła. A jakby tego było mało w domu pani Marysi zjawia się ambasador Szwecji i oznajmia, że dostała ona drugiego Nobla. I jest świetnie, ale do czasu. Po opublikowaniu kompromitujących listów, pan ambasador chce skłonić Kurię, żeby nie jechała do Sztokholmu, podsuwa jej nawet oświadczenie, w którym ona sama rezygnuje z nagrody. Ta jednak się upiera i jedzie, no a oni widząc tę kobiecą determinację, nie mają wyjścia i dają jej te pieniądze.

Jak było naprawdę? Widząc głupi upór Francuzów, Brytyjczycy postanowili wykorzystać tego samego wydawcę, który rozdmuchał sprawę Dreyfusa, do przejęcia Kurii i jej wynalazków. Nakręcili kampanię prasową, żeby pomóc jej w podjęciu decyzji, a jednocześnie wpłynęli na szwedzką akademię w sprawie tego Nobla. Nikt przenigdy nie dałby pani Marysi nagrody, jeśli rzeczywiście chodziłoby o jakiś skandal obyczajowy. No, ale szło o coś innego zgoła. O jej przenosiny za kanał, które nie doszły do skutku, bo ona się rzeczywiście uparła. Przy okazji dowiedzieliśmy się czym jest ta cała nagroda. To jest jałmużna, garść drobniaków, które się wręcza oszukanym frajerom przejmując wyniki ich badań i stworzone przez nich technologię „dla dobra ludzkości”. O tym dobru ludzkości toczą się różne rozmowy na początku filmu. One są zaaranżowane tylko po to, by pokazać jak poświęcenie szlachetnych badaczy jest marnowane przez złych karierowiczów z akademii oraz podłych finansistów. Że też nikt jeszcze nie zrobił filmu o tym, jak podli karierowicze z akademii wraz ze złymi finansistami do spółki robią w trąbę szlachetnych badaczy wmawiając im, że wyniki ich badań posłużą leczeniu raka, zamiast przygotowaniom do kolejnej wojny. Czekam na taki film z utęsknieniem. Wiem, że on nigdy nie powstanie, bo po to właśnie robi się filmy o miłości Kurii do Langevina, żeby zasłonić istotę sprawy. I płacą za to drobniakami ci sami finansiści, co wcześniej „dali szansę” Kurii Skłodowskiej. Chodzi też o to, by widz, ciemna masa, ekscytował się tymi osiągnięciami i im kibicował w nadziei, że one kiedyś tam, wyzwolą ludzkość od strachu przed chorobami nowotworowymi. Nie wyzwolą. To wiadomo już dziś i nie ma się co łudzić. Posłużą do czegoś zgoła innego.

Wykop Skomentuj3
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura