Stosunki polsko-niemieckie w zastraszającym tempie uległy tabloidyzacji, bo tabloidyzują się politycy wygadując banialuki na poziomie gazetowych plotek i przecieków, które służą zaledwie ekscytowaniu odbiorcy.
Ciekawe, jak owe relacje będą wyglądały za kilka miesięcy, jeśli w porę nie przyjdzie otrzeźwienie. W tabloidowy nurt doskonale wpisuje się wypowiedź premiera dla Dziennika o dyskryminowaniu polskiej mniejszości w Niemczech. Znamienny jest przykład rodziców, którzy nie mogą rozmawiać w ojczystym języku z dziećmi. Pal licho fakty i to że problem dotyczy nie mniejszości lecz kilkunastu osób. Ważne, by dać odpór germańskiej nawale.
Absurdem zionie z postulatu pani minister Fatygi, która domaga się dla Polaków foteli w Bundestagu. Jeśli iść tym tropem rozumowania, to nasi rodacy powinni, niejako automatycznie, z tego tylko powodu, że jest ich ma Wyspach grubo ponad milion, mieć parlamentarzystów w Irlandii, w Anglii i w Szkocji. A w miejscowościach, gdzie Polaków jest większość, domagać się dwujęzycznego nazewnictwa ulic. Why not? Przecież w takim ograniczonym zakresie, nie uwzględniającym historycznych uwarunkowań, to możemy się domagać praw przysługującym etnicznym mniejszościom wszędzie tam, gdzie Polacy wyjechali za chlebem w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat.
Ale nie łudźmy się, by pani minister uznawała zasadę wzajemności i do głowy jej przyszło, że za jakiś czas, tym, którzy przyjadą zza wschodniej granicy do pracy, też przyznać status mniejszości.
Komentarze
Pokaż komentarze