Berlin, niedziela. Finał „Niemieckiej WOŚP”.
Wolontariusze stoją na ulicach, ale nikt nie wrzuca.
Nie dlatego, że ludzie są skąpi.
Po prostu każdy przechodzień pyta:
„Przepraszam, ale dlaczego państwo nie kupiło tego sprzętu?”
Wolontariusz czerwienieje, tłumaczy, że to „akcja charytatywna”, a przechodzień patrzy na niego jak na kogoś, kto zbiera na paliwo do Tesli.
W tej idylli szpitale odmawiają przyjęcia darów, bo… mają nowsze.
Ordynator wzrusza ramionami:
„My już mamy trzy takie tomografy. Jeden czeka w magazynie, bo się nie mieści.”
Puszki stoją smutne, puste, niepotrzebne.
Niemcy nie wiedzą, co z nimi zrobić.
Może na śrubki? Może na cukierki?
Może na ogórki kiszone, gdyby kiedyś wpadli na pomysł, żeby mieć problemy rodem z zusowskiego systemu?
A teraz przenieśmy się do Polski
Tu system zdrowia działa jak Windows 95 na komputerze z Lidla: niby działa, ale każdy restart to porażka.
finansowanie często skąpe,
sprzęt bywa przestarzały,
wiele szpitali zadłużonych,
inwestycje spóźnione o dekady.
I wtedy pojawia się WOŚP — organizacja, która przykleja serduszka na sprzętach, ubraniach, a jak trzeba, to i na czole. Działa brandowo, to inaczej niż państwo, które w takich sprawach musi najpierw powołać komisję do spraw ustalenia, dlaczego poprzednia komisja nic nie ustaliła.
A w Niemczech?
Tam WOŚP raczej nie jest potrzebna. Bo system działa sprawniej. Bo sprzętu nie brakuje. Bo szpitale mają budżet, a nie długi. Bo państwo inwestuje, zanim coś się zepsuje, a nie po fakcie.
Gdyby Niemcy zobaczyli polski finał WOŚP, zapytaliby:
„To państwo nie kupuje sprzętu? To kto kupuje?”
A Polak odpowiedziałby:
„My. W styczniu. Po ogórkach, puszką.”
I wtedy Niemiec zrozumiałby, dlaczego Polacy mają takie mocne serca.
Bo oprócz ZUS‑u muszą pompować jeszcze WOŚP-u puszki.
Tekst pisany w różowych okularkach i z bezpiecznej odległości od czerwonych akcentów. To satyra i opinia autorska, nie instrukcja obsługi rzeczywistości. Nie odnosi się do żadnych osób.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)