4 obserwujących
12 notek
21k odsłon
188 odsłon

"Agrypina" w reżyserii Sir Davida McVicara – transmisja live HD z The Metropolitan Opera

Photo-by-Ken-Howard-Met-Opera
Photo-by-Ken-Howard-Met-Opera
Wykop Skomentuj12

Agrypinę Haendla w reżyserii Sir Davida McVicara widziałam w londyńskiej operze ENO (English National Opera) w lutym 2007 r. Byłam zachwycona. Nie tylko ja, tu można przeczytać jedną z recenzji z tego spektaklu. Była to inscenizacja tak współczesna (nie tylko dlatego, że większość drugiego aktu rozgrywa się w modnym barze), a jednocześnie tak dynamiczna, tak filmowa, że można ją było porównać do „Ojca chrzestnego” lub „Pulp fiction”.

 „Agrypina” z Metropolitan Opera, transmitowana live na cały świat, w Polsce przez wiadomą sieć kin, jest jeszcze lepsza niż inscenizacja z 2007 r. z ENO. Tamta wersja była jednak angielska, choć również zabawna i niezwykła. Inscenizacja Davida NcVicara dla Met jest bardzo amerykańska, nie tylko dlatego, że Claudio wracając z podboju Brytanii bawi się insygniami koronacyjnymi podbitej Brytanii  – cóż to za niezwykły żart, nieśmiertelna korona brytyjska w rękach cesarza Rzymu (czytaj: prezydenckiego gbura amerykańskiego) na Kapitolu (i rzymskim i amerykańskim) . Tancerze wykonujący street dance z elementami drylu amerykańskich żołnierzy do arii Ottone’a (Iestin Davies) to zabawa nie tylko w operę, to – moim zdaniem – synteza stylistyczna nie do pobicia, lepsza niż w „La la land” czy „Młodym papieżu”.

Ottone z tancerzami w tle

Claudio jak wiadomy amerykański prezydent

Aluzji do współczesnego kultu celebrytów, obsesji modą, fałszu polityków i nasycenia gejowską symboliką (po angielsku camp culture lub camp) jest w tym spektaklu tak dużo, że trzeba maksymalnego skupienia, żeby żaden z pomysłów reżysera nie umknął podczas spektaktu.  

Neron robi kreski kokainy wiadomą kartą kredytową, wiadomą kartą kredytową wymachuje Claudio, aby ukazać siłę swego uczucia, Narciso i Pallante gadają do siebie przez telefony komórkowe do momentu, gdy na siebie wpadają, Poppea próbuje bezskutecznie złapać taksówkę w czasie ulewy, kumple-geje tulą się do niej przy pogaduchach, i ciągle wszyscy piją szampana… Jak gdybym oglądała „Wilka z Wall Street” albo „Diabła ubierającego się u Prady”, albo (na prymitywniejszym poziomie) „Sex w wielkim mieście”.

To, rzecz jasna, tylko mały wycinek tego niezwykłego spektaklu.

Wszyscy wykonawcy śpiewają bardzo dobrze. Joyce di Donato jest cudowna głosowo i aktorsko, choć słyszałam już (przynajmniej jedną) bardziej zachwycającą Agrippinę. Bardzo podobał mi się Ottone, i Poppea (Brenda Rae). Piękny głos i ogromny talent ma także Kate Lindsay (Nerone).

Najbardziej wzruszające było to, że wszyscy byli dobrzy, i – choć popisywali się przed publicznością indywidualnie – to cały czas byli zespołem. W polskich teatrach muzycznych to rzadkość. Zresztą o polskiej operze nie ma już nawet co pisać, takiego upadku jak obecnie nie doświadczyłam nigdy wcześniej, choć dobrze też nie było. O tym, jak polski teatr operowy stacza się ku upadkowi, pisałam już wcześniej tu

Reszta – orkiestra, scenografia, kostiumy, nagranie dla telewizji – to po prostu klasa światowa. Po prostu The MET. Nawet taki szczegół jak obrzydliwe mikrofony (niezbędne przy nagraniach spektaklu) schowali tak sprytnie, że nie wisiały śpiewakom przy ustach.

Ten spektakl z pewnością zostanie pokazany przez Mezzo. Muszę go sobie nagrać, bo szansa na to, że w niedalekiej przyszłości obejrzę dobrze wystawioną operę, zwłaszcza operę Haendla, są znikome.


Wykop Skomentuj12
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura