Od jakiegoś czasu mówi się, że jedną z przyczyn problemów absolwentów studiów w znalezieniu pracy jest niedostosowanie szkolnictwa wyższego do rynku pracy.
Studia, czy fabryki bezrobotnych?
Wyższe uczelnie są „fabryką” przyszłych bezrobotnych. Czy blisko 2 miliony studentów w Polsce to wielki sukces kraju? Czy nie spowodowało to kuriozalnej sytuacji, że dużo łatwiej znaleźć pracę absolwentowi szkoły zawodowej, niż szkoły wyższej? Czy dyplom niektórych wyższych uczelni nie ma obecnie takiej wartości, jak papier, na którym został wydrukowany. Mamy dzisiaj rzesze bezrobotnych humanistów, pedagogów i ekonomistów, a znalezienie dobrego hydraulika lub murarza jest zadaniem prawie niewykonalnym.
Ponadto przygotowanie do wyuczonego na studiach zawodu również nie jest najlepsze. Za dużo jest teorii, definicji, za mało przedmiotów uczących kreatywnego myślenia.
Czy jednak ten problem nie zaczyna się wcześniej?
Spójrzmy na szkoły średnie i egzamin maturalny. Mam wrażenie, że w polskim szkolnictwie niewiele się zmieniło od czasów Gombrowicza, bo lekcję polskiego niestety w wielu przypadkach wyglądają podobnie jak ta z „Ferdydurke”: „Słowacki wielkim poetą był” i koniec i nie ma dyskusji. Ktoś mądry kiedyś stwierdził, że był to znaczy, że był, a jak ktoś tego nie rozumie to znaczy, że nie jest wystarczająco inteligentny. Przeładowany kanon lektur szkolnych powoduję, iż nie ma czasu na ich dokładną analizę. Ważne, żeby zapamiętać jedyną słuszną interpretację, bo to może przydać się na maturze, gdzie własna interpretacja tekstu nie jest przecież mile widziana, najważniejsze, by „trafić w klucz odpowiedzi”. Szkoda, że na lekcjach języka polskiego pisze się tak mało rozprawek, w których można przedstawić swoje zdanie na dany temat, a następnie bronić go za pomocą konkretnych argumentów.
Lekcje chemii i fizyki w wielu szkołach ograniczają się do obliczania zadań oraz wkuwania na pamięć praw fizyki. Jak później ludzie mają wybierać studia techniczne, gdy w całym procesie swojej edukacji nie przeprowadzili żadnego doświadczenia chemicznego, a lekcję przedmiotów ścisłych kojarzą im się wyłącznie z przepisywaniem zadań z tablicy do zeszytu?
Zadziwia również fakt, iż jeszcze do niedawna matura z matematyki nie była obowiązkowa. Czy bez znajomości przynajmniej podstaw „królowej nauk” można normalnie funkcjonować w dorosłym życiu? Czy znajomość języka obcego jest ważniejsza, niż matematyki? Chyba, że państwo przygotowuję młodych ludzi do opuszczenia kraju w poszukiwaniu pracy.
Nauka historii, bez znajomości , której ciężko zrozumieć teraźniejszość i układać sobie przyszłość niestety w wielu przypadkach bazuje na nauce dat. Czy to naprawdę tak istotne, czy jakaś bitwa miała miejsce w 1500, czy 1501 roku? A może ważne są przyczyny, przebieg oraz skutki danego zdarzenia.
Ponadto obecnie występuję dziwna moda na naukę w liceach ogólnokształcących. Nauka w technikum lub szkole zawodowej to dla wielu młodych ludzi z różnych przyczyn to po prostu obciach. Jednak to te szkoły często kształcą w niezwykle poszukiwanych na rynku pracy zawodach.
Brak perspektyw
Młodzi ludzie, którym przez lata rodzice powtarzali: „Ucz się dziecko, a będziesz miała lepsze życie niż ja miałem/miałam” poszli na studia i po ich zakończeniu zderzyli się z brutalną rzeczywistością, brakiem pracy i perspektyw oraz z sytuacją, gdy po wielu latach nauki jedynym o czym marzą jest staż w jakimś urzędzie. Nasz chory system edukacji powoduję, iż może i rzeczywiście po zakończeniu kształcenia młodzi ludzie wiedzą w którym roku była bitwa pod Grunwaldem, znają tytuły utworów Słowackiego oraz prawa Newtona, ale nie potrafią zastosować zdobytej przez nich wiedzy w dorosłym życiu, zarówno prywatnym, jak i zawodowym lub wiedza ta jest zupełnie nieprzydatna.


Komentarze
Pokaż komentarze (8)