O PRLu mawiało się, że jest to „nasze państwo, bo innego nie mamy”. To nieprawdziwa teza: skoro władze decydowały o tym, czy możemy wyjechać z kraju, z kim wolno nam się spotykać, a nawet, okresowo, o której wolno nam wracać do domu – to z pewnością nie było nasze państwo, bo to raczej my byliśmy jego własnością. Po dwudziestu latach wciąż funkcjonują w Polsce całkiem liczne relikty prawne ustroju niewolniczego. Wciąż musimy nosić różnego rodzaju więzy i dyby, często zupełnie absurdalne. Jednym z takich reliktów jest Ustawa o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami.Petryfikuje ona dawny, komunistyczny zakaz wywozu przedmiotów zabytkowych. W jej świetle każda filiżanka z urwanym uchem, mająca więcej niż 55 lat (czyli np. z roku 1954) podlega zakazowi wywozu bez specjalnego zezwolenia.
Ustawa – w swej pierwotnej wersji – powstała pod pretekstem „ochrony” dzieł sztuki, ale realizowała, w minionej epoce, dwa zupełnie inne cele. Po pierwsze, uniemożliwienie poddanym finansowego uniezależnienia się od państwa, po wtóre, radykalne obniżenie krajowej ceny dzieł sztuki, po to, aby wywozić je mogli właściciele Peerelu i ich delegaci. Przedsiębiorstwo Państwowe Desa, pod milicyjnym nadzorem, realizowało tę misję skutecznie, oferując legalną możliwość spieniężenia srebrnej cukiernicy po babci za kilka procent jej realnej (tj. obowiązującej w wolnym świecie) wartości. Rozpętano jednocześnie dziką histerię, by antyki kojarzyły się Polakom z czymś zakazanym lub przynajmniej podejrzanym. W peerelowskich kryminałach co drugi zbrodzień, morderca i gwałciciel był jednocześnie handlarzem lub przemytnikiem antyków – z jakiegoś tajemniczego powodu, ze szczególnym uwzględnieniem ikon. Handlował, nikczemnik, starymi, świętymi obrazkami, a w wolnych chwilach znęcał się nad sąsiadami i deprawował uczennice.
Efekt funkcjonowania ustawy był dokładnie taki jaki założono: większość naprawdę cennych antyków wyjechała sobie radośnie z Polski w walizkach osób, których prawo nie obowiązywało. Dziś, po stratach wojennych i dziesięcioleciach tego ubeckiego eksportu można śmiało powiedzieć, że Polska jest krajem bez antyków z prawdziwego zdarzenia. Ilość naprawdę cennych, zabytkowych przedmiotów w rękach prywatnych i na rynku jest, jak na warunki europejskie, zupełnie znikoma, a wartość polskiego handlu antykwarycznego jest ułamkiem procenta brytyjskiego czy niemieckiego [Dlatego pan prezydent Piskorski, przy największej wiedzy i talencie, nie mógłby we współczesnej Polsce aż tak serdecznie dorobić się na antykach, jak to deklaruje. W tym celu musiałby być profesjonalnym i uznanym, międzynarodowym marszandem]. Brytyjczycy wszakże mogą sobie wywieźć lub przywieść wszystko, co tylko chcą, poza listą skarbów narodowych. Ta lista jest stosunkowo krótka. W Polskich warunkach byłby to Ołtarz Wita Stwosza, regalia królewskie, Dama z łasiczką, Kolumna Zygmunta, kilka arrasów i niewiele więcej. W wolnym świecie przyjmuje się po prostu, że własność jest prawem nadrzędnym, a normalne kraje nie wtrącają się do kwestii miejsca pobytu nocnika prababki tego czy owego obywatela.
Ponieważ przedmiotów zabytkowych jest w Polsce mało, Polacy importują je z zagranicy. Od kilkunastu lat antyki o wiele większym strumieniem płyną do Polski niż z niej wypływają. O dziwo, i tu zdarzają się kłopoty, niektórzy celnicy bowiem, jakoś przez te wszystkie lata nie potrafili nauczyć się, że wwóz do kraju dzieł sztuki jest akurat całkiem legalny i pożądany. To pewnie pamiątka tej peerelowskiej anty-antykowej histerii. Pamiętam, że gdy kilka lat temu byłem we Lwowie, w jednej z galerii zobaczyłem koszmarny landszafcik oprawiony w bardzo fajną ramę. Pomyślałem, że obraz wiszący u mnie w domu wyglądałby w tej ramce znacznie lepiej. Właściciel galerii nie chciał sprzedać mi samej ramy, ponieważ jednak cena przedmiotu była niska, a w efekcie negocjacji uległa jeszcze obniżeniu o połowę, kupiłem obrazek, po czym ku zdumieniu sprzedawcy kazałem wyjąć go z ramki i ...wręczyłem mu go z powrotem w prezencie. Ja byłem zadowolony, sprzedawca przeszczęśliwy, że trafił na wariata, celnik ukraiński nie robił problemu. Natomiast polski celnik, rozpoczął przesłuchanie.
– Gdzie macie Państwo obraz do tej ramy.
– Nie mamy przy sobie.
– To gdzie on jest?
– Nie ma, kupiliśmy tylko ramę, o tu jest paragon.
– Marek – zwrócił się do kolegi – tu mają jakąś pustą ramę, pewnie obraz jest gdzieś zawinięty.
Przytaczanie dalszego ciągu rozmowy nie ma sensu. Obaj panowie celnicy nie znali prawa, w otoczeniu którego pracowali, ale intuicyjnie czuli, że nie daje mi ono wolności do wwiezienia na teren Polski dzieła sztuki. Gdybym, w przypływie fantazji, nie oddał oprawionego wcześniej w moją ramkę pejzażu, niechybnie zostałby mi on na granicy odebrany i musiałbym, choćby tylko dla zasady, odwoływać się od tej decyzji w Warszawie. Kto wie, może zostałbym nawet tymczasowo uwięziony, jak to się przydarzyło kilka lat temu w Szczecinie pewnemu mojemu znajomemu. Spędził on noc w areszcie za „próbę wwiezienia” do Polski polskiego obrazu, kupionego legalnie i z całą dokumentacją za granicą. Następnego dnia mógł nawet poczytać o sobie w lokalnej gazecie jako o groźnym przestępcy. To był podobno „przypadek”. Znajomy został zwolniony, obraz też, ale słowo „przepraszamy” ze strony służb celnych nie padło do dziś. Jest w Polsce kilka muzeów (m.in. w Przemyślu) które niemal w całości wypełniają ikony odebrane „przemytnikom”. Celnicy zabrali je zastraszonym i nieświadomym Ukraińcom lub Białorusinom całkowicie, w moim pojęciu, nielegalnie. Polskich przepisów nie naruszono, jeśliby natomiast obiekty te odebrano na podstawie jakiejś sąsiedzkiej umowy granicznej, w związku z naruszeniem przepisów obcych, to powinny, zamiast podlegać „upaństwowieniu” w Polsce, zostać zwrócone krajowi, z którego przyjechały.
Liberalizacja ustawy o ochronie zabytków, w tej jej części, która dotyczy ich przewożenia przez granicę nie zagroziłaby polskim kolekcjom w najmniejszy nawet sposób. Przydałoby nam natomiast, dla odmiany, trochę normalności i wolności. Idę jednak o zakład, że przepis ten, jeśli UE nie wyda naszym dobroczyńcom nakazu kategorycznego, nie będzie podlegał zdroworozsądkowym zmianom. Przecież „raz zdobytej władzy, jak zapowiedział niegdyś Władysław Gomułka, nie oddamy nigdy”, dotyczy to także poszczególnych obszarów urzędniczego panowania nad nami.
Dlaczego akurat dziś natchnęło mnie by pisać na ten temat? Otóż zaciekawiony, jakimi sukcesami w walce z przestępczością chwali się nasza policja, zajrzałem sobie na portal „policja.pl”, gdzie m. in. można przeczytać:
[ http://www.policja.pl/portal/pol/1/57251/Policjanci_odzyskali_kilkaset_monet_rzymskich.html ]
„Blisko 400 monet rzymskich oraz kilka ozdób wykonanych z brązu i srebra zabezpieczyli dolnośląscy policjanci. Funkcjonariusze zatrzymali w tej sprawie 45-letniego mężczyznę, podejrzanego o nielegalny obrót zabytkami archeologicznymi. Sprawca za swój czyn odpowie przed sądem. […] Ponadto funkcjonariusze zabezpieczyli wykrywacz metali. […]
W świetle ustawy o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami oraz kodeksu karnego nielegalne jest prowadzenie prac wykopaliskowych bez pozwolenia właściwego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków lub prowadzenie ich wbrew warunkom pozwolenia, także przy użyciu urządzenia do wykrywania metali lub innych urządzeń umożliwiających poszukiwanie zabytków. Nielegalne jest także zabieranie ze sobą w celu przywłaszczenia, pozyskanych przedmiotów zabytkowych, które w myśl przepisów prawa są własnością Skarbu Państwa oraz handel nimi.”
Nie twierdzę, że ten konkretny, zatrzymany przez policję poszukiwacz jest Bogu ducha winny. Nie znam szczegółów. Być może rozkopał jakieś grodzisko, czyli po prostu ukradł skarb archeologom. Sukces policji może być więc całkiem realny. Czego się zatem czepiam? Otóż policyjny redaktor w cytowanej notce nie sugeruje bynajmniej przestępstwa kradzieży lecz „nielegalny obrót zabytkami archeologicznymi”.Pojęcie to nie występuje w cytowanej ustawie. Być może ma ono sugerować nielegalne źródło pozyskania przedmiotu sprzedaży, jednak w kontekście kolekcjonerskim jest czystym wymysłem. Czytelnik, nie znający tematu może sądzić, że nie wolno mu kupić lub sprzedać rzymskiej monetki, że istnie jakaś akcyza lub specjalne pozwolenie na tego typu transakcje. Szczęśliwie jest to nieprawda. Nie ma takich zakazów, a transakcji numizmatycznych mamy w Polsce kilka milionów rocznie. Podobnie jak służba celna opisana kilka akapitów wyżej, tak i policja ma obyczaj to nasze absurdalnie restrykcyjne prawo epoki niewolniczej przyozdabiać w dodatkowe pojęcia i interpretacje.
Poszukiwanie monet i innych obiektów z wykrywaczem metali, poza rezerwatami archeologicznymi i innymi miejscami zastrzeżonymi, w całym wolnym świecie jest najzupełniej legalne. W Wielkiej Brytanii jest to hobby niemal tak powszechne jak rybołówstwo. Przyjmuje się, że poszukiwacz powinien uzyskać zgodę właściciela terenu, jeśli takowy jest, i podzielić się z nim znalezionymi przedmiotami po połowie. Na trenach niczyich (np. w korycie Tamizy w czasie odpływu) poszukiwacze nie muszą mieć żadnej zgody i nie dzielą się z nikim. Pomysł, żeby policja gnębiła jakiegoś numizmatyka, jeśli nie posiada twardych dowodów, że rozkopał jakieś oznaczone stanowisko archeologiczne, jest tam zwyczajnie niedorzeczny.
W Polsce natomiast, wszystko co pod ziemią – należy do państwa. Nawet słoik ze sztuczną szczęką mojego śp. wujaszka, zakopany przypadkowo w stanie wojennym, podczas prac nad ziemianką (szczęka stanowi chroniony prawem zabytek techniki, liczy sobie bowiem więcej niż 25 wiosen). Jeśli znajdziesz w polu wyoraną pługiem, złamaną boratynkę (najpopularniejszą monetkę kolekcjonerską, wartą kilka złotych), zamiast schować ją do kieszeni, chuchnąwszy wprzódy na szczęście, jesteś zobowiązany „…przy użyciu dostępnych środków, zabezpieczyć ten przedmiot i oznakować miejsce jego znalezienia oraz niezwłocznie zawiadomić o znalezieniu tego przedmiotu właściwego wojewódzkiego konserwatora zabytków, a jeśli nie jest to możliwe, właściwego wójta (burmistrza, prezydenta miasta).” Ponieważ większość dawnych monet została gdzieś kiedyś znaleziona, każda polska kolekcja numizmatyczna jest z zasady podejrzana i podlegać może w dowolnej chwili „zabezpieczeniu”, niestety, nie konserwatorskiemu lecz operacyjnemu. Jest to więc prawo dające władzy nadzwyczajne możliwości ingerencji w prywatne pasje i zajęcia obywateli.
Nasze państwo niedawno zrezygnowało z prowadzenia nieudolnego handlu pietruszką, dobrze by było, żeby wreszcie porzuciło władztwo nad warstwą humusu w naszych ogródkach i ruchem granicznym portretów naszych przodków. Tylko kto je do tego zmusi?




Komentarze
Pokaż komentarze (3)