Dariusz Kozłowski Dariusz Kozłowski
295
BLOG

Karykaturzysta w agencji rządowej

Dariusz Kozłowski Dariusz Kozłowski Kultura Obserwuj notkę 1

 Przejażdżka po Rosji” Andrzeja Wróblewskiego, bardzo zabawna i przerażająca zarazem książka, natchnęła mnie do rozważań, ile z człeka sowieckiego zagnieździło się także w naszej mentalności. Wróblewski opisuje naród, którego życie regulują równania z wieloma niewiadomymi i który prawo traktuje z nieufną wyrozumiałością. Za to łapówki, bakszysze, feudalne rewiry, niejawne zakazy i zezwolenia, są narzędziami znajomymi i pewnymi, jak zmienność pór roku.

Z tego, co powszechnie wiadomo o Polsce, także ona jest krajem ludzi, którzy żyją „po rosyjsku” – wszechmocnych panów feudalnych, lekceważących prawa, które sami zresztą stanowią i rozmaitych typów, sprawujących w ich imieniu przestępczą władzę. Z niejaką przykrością i zdumieniem skonstatowałem, że pomimo siwych skroni nikogo takiego osobiście nie znam. Fakt – większość żywota spędziłem w muzeach i bibliotekach, więc może po prostu nie miałem okazji poznać osobników korupcją i występkiem torujących sobie drogę przez życie. Poczułem się zaniepokojony i jakby odrobinę wykluczony społecznie. Z rosnącą zgrozą uświadomiłem sobie, że nawet nie znam nikogo, komu w ogóle warto byłoby dać łapówkę! W tym momencie zrobiło mi się już całkiem smutno i głupio; oto życie przechodzi obok, a ja tkwię gdzieś na jego marginesie, na peryferiach Grajdołu. Po chwili przypomniała mi się pewna historia sprzed kilku lat i odrobinę poprawiła humor:

 Słuchaj, ty potrafisz rysować karykatury! – oznajmił mi pewien znajomy po wernisażu moich komiksów*.

Naprawdę? – Ucieszyłem się. – Ciekawe, skąd to wiesz, biorąc pod uwagę, że jak dotąd żadnej jeszcze nie narysowałem.

Potrafisz, potrafisz. I z nieba mi spadasz. Mój kolega, ma problem. Otóż, wyrzucają z pracy jego szefa, to jeden z wiceprezesów bardzo ważnej agencji rządowej. Co ci będę mówił stary, to są ludzie realnej władzy, nie jakiś tam zapierdziany minister, tacy mogą naprawdę wiele załatwić…

No i ?

No i…, ile bierzesz za rysunek? Potrzebna jest karykatura tego zwalnianego szefa, i to na już. Ktoś podpytał i okazało się, że taki prezent chciałby on dostać „na do widzenia”.


Powiedzmy sobie szczerze, cierpiałem akurat na całkowity brak gotówki, co więcej stan ten zaczynał być chroniczny. Wystawa pociągnęła za sobą pewne koszty, a sprzedaż prac nie była na niej przewidziana. Trudno, umiem czy nie, trzeba rysować.

Następnego dnia otrzymałem zlecenie:

 Na wykonanie ma pan tylko dzisiejszy wieczór i ewentualnie noc. Karykatura potrzebna jest na jutro, o tu są, widzi pan, fotografie Prezesa. Da pan radę z nich narysować zabawny portret? Dobrze, ile pan sobie liczy? Między pięćset a tysiąc złotych, w zależności od formatu? No, to nie ma problemu, to nie są żadne pieniądze, my się zresztą składamy w biurze. Może pan sobie, drogi panie, rysować co pan chce, coś pan tam przecież wymyśli, byleby podobieństwo było. Podobieństwo jest najważniejsze. A format, no cóż, taki jaki akurat ma pan papier. Przecież nie będzie pan teraz biegał po sklepach. A my to już sobie potem oprawimy to w ramkę. Mamy tu stolarza.

 Nazajutrz zameldowałem się w owej „Agencji do spraw bardzo ważnych”, taszcząc pod pachą spory pastel, a na nim wizerunek ex-wiceprezesa. Siedział on w blaszanym samolociku, na dziecięcej karuzeli. Niestety, łańcuch utrzymujący samolot w ruchu wirowym właśnie pękał, wokół Pana Prezesa fruwały jego ułamane ogniwa, zaś samolocik szykował się do samodzielnego lotu. Subtelność rysunku miała polegać na tym, że kierunek tego lotu nie był wyraźnie określony, a przynajmniej sugestia upadku nie była zaznaczona wprost. Oblicze portretowanego urzędnika, wyrażało zaambarasowanie, ale przecież nie strach. No i, co najważniejsze, zawierało w sobie tyle podobieństwa, że zleceniodawca nie mógł go zakwestionować.

 Czyli powiedział pan, pięćset złotych - zamyślił się Pan Dyrektor.

W tym formacie to raczej tysiąc.

Hmm, pięćset złotych – powtórzył, jakby nie słysząc mojej uwagi. Pomyślałem, że jego delikatne upojenie alkoholowe, którego wcale nie próbował przede mną ukryć, jest może powodem tego braku koncentracji.

Pan poczeka – skierował się do szafy, jakby planował zapłacić mi trzymaną tam gotówką, ale nie, wyjął z niej butelkę „wyborowej”.

A cholera, widzi pan, koniak się skończył… No, więc, co to ja chciałem… acha, my tego rysunku ofiarować szefowi nie możemy. Jeszcze on, [wulgaryzm] pomyśli, że ja sobie z niego jaja robię. Że on spada, a ja zostaję …Napijmy się!

Karuzela stanowisk to przecież wasz wspólny los, element ontologii urzędniczego bytu. Zresztą, możemy dodać jakąś podniosłą inskrypcję w stylu: „Leć Szefie szczęśliwie i ląduj tak wysoko, żebyśmy w przyszłości też mieli gdzie lądować”.

– E, a czy on się aby na tym pozna? Nic to, kupimy mu mapę, sekretarka już coś tam znalazła w antykwariacie.

– To bardzo miło, a jak zamierza mi pan zapłacić?

– Pieniędzy to ja panu nie dam, od razu to powiem. Musiałbym dać ze swoich, bo składkowe pójdą na tę mapę. Ale fakt, obraz pan wymalował, i nawet podobieństwo niestety jest. Jestem panu coś winien. Ale cholera… wódka się skończyła. Strasznie tu stresującą robotę mamy, trudno przeżyć o suchym pysku. Nie masz pan pojęcia, jak tu trzeba ostrożnie wszystko robić. Donoszą psiekrwie! Teraz wyjdę na chwilę, może ktoś mi pożyczy flaszkę. Siedź pan, zaraz wrócę i coś wymyślę! [Po chwili, faktycznie z nową butelką] Wie pan co. W sumie fajny ten rysunek, pokażę go paru kolegom, będzie kupa śmiechu.

– Pewien problem wciąż stanowi brak zapłaty.

– A daj pan spokój, jakieś tam byle pięć stów, ja panu za to odrolnię działkę.

Trochę mi głupio, ale… nie mam żadnej działki.

– Musi pan mieć działkę! Przyjdzie pan w przyszłym tygodniu, wybierzemy działkę rolną, którą pan kupi. A ja ją panu potem odrolnię. Oczywiście nie tak od razu, jakiś rok czy dwa będzie pan musiał poczekać, ale przecież to się panu opłaci.

 Jakiś czas później wracałem lekko chwiejnym krokiem do domu. Bez pieniędzy, ale za to z portretem. Pod śmietnikiem moi sąsiedzi pili piwo z plastikowych butelek. Wniebowzięta twarz pana Staszka wskazywała, że nawiązał on już kontakt z Wszechświatem i jest w chwili obecnej depozytariuszem najgłębszej ezoteryki i całej prawiedzy ludzkości. Pomyślałem sobie, że tysiąc razy bardziej wolałbym być lumpem jak on, niż urzędnikiem w takim typie, z jakim przed chwilą miałem do czynienia.

Co pan tam wyrzucasz? – kolega pana Staszka wyraził zawodowe zainteresowanie.

A portret… klient zamówił, ale mi nie zapłacił, więc wyrzucam.

Pokaż pan …No, przecież od razu widać, że to kutas. Trzeba było jakoś tak go wyrysować, żeby to się nie rzucało w oczy, a tak nic dziwnego, że nie zapłacił.

----------
* Obecnie można je oglądać na stronie: http://aip.salon24.pl

Polecam się: Dariusz Kozłowski. Cała Nadzieja w korupcji. Felietony i rysunki. Łomianki, Wydawnictwo LTW, 2013, s. 208. Zamówienia: http://www.ltw.com.pl, tel. +48 22 751 25 18 Drodzy komentatorzy, na tej stronie zwalczam przejawy braku szacunku dla bliźniego. Szacunek jest ważny skoro nie umiemy kochać. Myślenie grupowe i partyjnictwo - niemile widziane. Zapraszam wszystkich z ambicjami do suwerenności. Arnold i Polinezja Etiopskie drogi: Odcinek 1 Odcinek 2 Odcinek 3 Odcinek 4 Odcinek 5 Odcinek 6 Odcinek 7 Odcinek 8 Odcinek 9 Odcinek 10 Odcinek 11 Odcinek 12 Odcinek 13 Odcinek 14 Odcinek 15 Odcinek 16 Odcinek 17 Odcinek 18 Odcinek 19 Filipiny: Ania i Józef, czyli seks w małe wiosce Grobowce z pełnym wyposażeniem Synkretyczny taksówkarz

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Kultura