W dniach tak cudownego bałaganu zafundowanego nam przez Ministerstwo Zdrowia, gdy zmagania setek jego urzędników z tabelą refundacyjną leków wydają się nie mieć końca, ośmielam się przypomnieć, że to samo Ministerstwo zostało zobowiązane do realizowania znacznie trudniejszego zadania, mianowicie gromadzenia i przechowywania pełnej wiedzy o każdym zdarzeniu medycznym i stanie zdrowia każdego obywatela. Chodzi o Ustawę z dnia 28 kwietnia 2011 r. o systemie informacji w ochronie zdrowia. Prezydent RP, mimo zastrzeżeń GIODO, podpisał ją bez wahania, bo już 18 maja 2011 r. Jest to zatem obowiązujące prawo, choć sam system informatyczny nie jest jeszcze gotowy, dopiero powstaje – kosztem ok. 240 milionów zł.
System będzie „wiedział” dosłownie wszystko o wszystkich, a ten, kto będzie nim zarządzał posiądzie ogromną władzę. Zapisana będzie bowiem każda wizyta u lekarza, jej powód, diagnoza i rodzaj podjętej terapii, każde niedomaganie i deficyt każdego obywatela, inaczej mówiąc, każdy jego pryszcz i plomba w zębie, niezależnie czy będzie się on leczył przy pomocy państwowej służby zdrowia, czy całkiem prywatnie.
Zastanówmy się, czy w kraju totalnej inwigilacji medycznej, jakim się staniemy, możliwe będzie na przykład istnienie realnej opozycji politycznej… Każdy przecież ma swoje „dane wrażliwe”, które w odpowiednim oświetleniu medialnym, stać się mogą główną cechą opisu, nielubianego przez sprawujących władzę; polityka, dziennikarza, prawnika czy działacza społecznego. Zakładam, że gromadzone dane będą wielorako i twórczo wykorzystywane, na tej choćby zasadzie, że zawieszona w pierwszym akcie strzelba… Zresztą, czy ktoś żyjący w Polsce może mieć jeszcze wątpliwości, że przed kolejnymi wyborami dane tego typu wypływać będą do mediów wartkim strumykiem? W wersji delikatniejszej będą one informować, że opozycyjny kandydat podczas pobytu w Tajlandii zaraził się tajemniczą chorobą… (po wyborach okaże się że chodziło o grypę). Dowiemy się, że ktoś ma łuszczycę, a ktoś inny chroniczne migreny – to powinno wystarczyć, nasi przywódcy powinni być przecież okazami zdrowia! Gdy jednak trzeba będzie utrącić kogoś realnie zagrażającego systemowi władzy lub interesom jego ludzi, dla pewności włączy się „przecieki” w wersji hardcorowej. To, co dotychczas mogło być zaledwie insynuowane, będzie pokazywane z pełną mocą dowodów.
Pomysłodawcy tego systemu informatycznego, ludzie inteligentni i kreatywni, wszelkie argumenty przeciw jego tworzeniu nazywają demagogią i populizmem. Cóż, mają swoją zabawkę i swoje miliony do wydania, swój dzień tryumfu. Gdy system powstanie, ich szefowie okażą się ludźmi służb, lub zostaną na takich wymienieni – jak to się stało z NASKiem. Sielanka się skończy i zaczną się wybory moralne. Okaże się też, że władza, której poczucie mają obecnie, naprawdę należy do mocy większej i niepodzielnej.
Niemniej, ustawa została przyjęta, nb. bez wielkiej dyskusji, rozdzierania szat i hamletyzowania. Cały system władzy, nie tylko zresztą w Polsce, domyka się, a demokracja, jak to zawsze bywało, ewoluuje w kierunku totalitaryzmu. Wiem, że nasze Ministerstwo Zdrowia, kojarzy się obecnie raczej z bałaganem i, nomen omen, dezinformacją, a nie z groźną instytucją totalitarną, zaś moje strachy wyglądać dziś mogą równie wiarygodnie co horror klasy C. I oby tak pozostało, urzędnicze niechlujstwo jest bowiem, w opisywanym kontekście, chyba jedynym elementem pocieszającym. Jeśli mamy wylądować w piekle, to lepiej w takim z kłopotami logistycznymi i bez opału.
Komentarze
Pokaż komentarze (1)